Mój (ex) proboszcz został biskupem

W sumie ostatnio się całkiem sporo dzieje, i tak mi jakoś to umknęło. A w sobotę 26 września 2015 r. Nuncjatura Apostolska w Polsce ogłosiła, iż Ojciec Święty Franciszek mianował dotychczasowego proboszcza Bazyliki Mariackiej w Gdańsku ks. prałata dr Zbigniewa Zielińskiego, biskupem pomocniczym archidiecezji gdańskiej, przydzielając mu stolicę tytularną Medeli. 
Uwielbiam to zdjęcie – uśmiech, jakby się łapał za głowę: co to będzie?
Święcenia biskupie ks. Zbigniewa Zielińskiego odbędą się w sobotę 24 października 2015 r. o godz. 18:00 w Bazylice Archikatedralnej w Gdańsku-Oliwie, której biskup nominat był proboszczem w latach 2007-2014.
Bp Zbigniew ma 50 lat, w maju 2016 r. będzie obchodził 25. rocznicę święceń kapłańskich, które wraz z kolegami kursowymi przyjął w 1991 r. z rąk ówczesnego biskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego. Pierwsze 8 lat jego kapłaństwa wiązało się z parafią Matki Boskiej Bolesnej w Gdańsku, gdzie pracował jako wikariusz. W 1999 r. na sopockim Hipodromie animował spotkanie wiernych z Janem Pawłem II w ramach jego pielgrzymki do Polski. Następne 4 lata spędził w Gdańsku-Oliwie przy parafii archikatedralnej Trójcy Świętej, przez pierwszy rok jako wikariusz, następnie jako pomoc duszpasterska prowadził duszpasterstwo akademickie; równocześnie został dyrektorem Wydziału Duszpasterskiego Kurii Metropolitarnej Gdańskiej, które to stanowisko zajmował do maja 2008 r. Pełnił szereg funkcji w ramach struktur kurialnych (członek i sekretarz Rady Duszpasterskiej, członek Rady Kapłańskiej, Rady ds. Ekonomicznych i Kolegium Konsultorów, członek Komisji Głównej III Synodu Gdańskiego). Przeprowadził w archidiecezji gdańskiej sześcioletnią peregrynację obrazu Jezusa Miłosiernego. W wymiarze diecezji jest duszpasterzem leśników oraz Kościelnej Służby Mężczyzn Semper Fidelis.
Od 2002 r. wykłada w Gdańskim Seminarium Duchownym – w 2004 r. obronił na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie doktorat z zakresu socjologii religii.
W sierpniu 2004 r. został mianowany proboszczem parafii św. Michała Archanioła w Sopocie (którego to dekanatu sopockiego przez krótki okres w 2007 r. był także dziekanem), w której podjął i przeprowadził prace budowy nowego budynku plebanii. W następnym roku otrzymał nominację na kanonika honorowego Kapituły Archikatedralnej Gdańskiej.
Po śmierci wieloletniego proboszcza katedry oliwskiej + ks. prałata Brunona Kędziorskiego, w grudniu 2007 r. ks. Zbigniew Zieliński objął probostwo parafii archikatedralnej, jak również został dziekanem dekanatu Gdańsk-Oliwa. W tym samym okresie otrzymał godność Kapelana Jego Świątobliwości, zaś na początku 2008 r. otrzymał nominację na prałata dziekana Kapituły Archikatedralnej Gdańskiej (od 2013 r. był prepozytem tejże kapituły), przeprowadzając szereg bardzo poważnych i koniecznych prac remontowych w katedrze gdańskiej. W związku zaś z przejściem na emeryturę ks. infułata Stanisława Bogdanowicza, w 2014 r. ks. Zieliński został mianowany proboszczem parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku czyli Bazyliki Mariackiej.
Tyle jego CV. Co ja mogę o ks. Zbyszku powiedzieć? Heh, to „biskup” jakoś tak dziwnie brzmi… Człowiek niewątpliwie wielkiej kultury osobistej, obdarzony ogromną wiedzą, dużymi zdolnościami organizacyjnymi które umiejętnie wykorzystywał w swojej pracy duszpasterskiej, podejmując szereg przedsięwzięć inwestycyjnych. Równocześnie zawsze dostępny, znajdujący dla drugiego człowieka czas, uwagę, dobre słowo, chętny do pomocy. Z zamiłowania – narciarz. 
Ks. Zbyszka znam od bardzo wielu lat, jeszcze jako wikarego, który w 1999 r. przybył do katedry oliwskiej. I choć może do jego „fan clubu” nie należałem, to uważam, że jest to dobry ksiądz, który potrafił pochylić się nad człowiekiem, chętny do pomocy, mający sporo pomysłów, pięknie mówiący i celebrujący (ludzie z Trójmiasta, nawet nie kojarząc z twarzy, z pewnością rozpoznają jego charakterystyczny głęboki głos), a to, że przy okazji najwyraźniej ma też żyłkę do dbałości o finansową stronę inicjatyw kościoła i organizowanie w tym zakresie przedsięwzięć (nowa plebania w Sopocie, odremontowana duża część katedry oliwskiej za jego probostwa, podjęte prace w bazylice mariackiej, choć spędził tam niecały rok) to tylko dobrze o nim świadczy w kontekście, niestety, wielu przypadków nieuczciwości duchownych. Kolędowanie z nim – jako ministrantowi – zawsze było mocno czasochłonne, bo nigdy się nie spieszył, nie patrzył na zegarek, dla każdego domu, rodziny, osoby miał czas, słuchał, pytał, rozmawiał. Nie traktował nigdy odwiedzin duszpasterskich jako przykrej konieczności. 6 lat temu przewodniczył naszej Mszy ślubnej. Po śmierci Mamy przy każdej okazji pytał o to, jak się trzymamy, jak Tata (znał go, powiedzmy, zawodowo). 
Przede wszystkim też – człowiek na poziomie, nie opowiadający byle czego, mający swoje poglądy, co w kontekście abp. Gocłowskiego pozwala mieć nadzieję na osobę jego formatu (w przeciwieństwie do abp. Głódzia…). 
Już wiadomo – święcenia biskupie ks. Zbigniewa Zielińskiego
odbędą się w sobotę 24 października 2015 r. o godz. 18:00 w Bazylice
Archikatedralnej w Gdańsku-Oliwie, której biskup nominat był proboszczem w latach 2007-2014. 
Na pewno warto za bp. Zbyszka się modlić. Bo diecezja duża, obowiązków wiele, a i na pryncypała trafił, niestety, ciężkiego. Oby dobry Bóg, który go do tej posługi i pełni kapłaństwa wezwał, dał dużo sił i pozwalał naprawdę docierać, być blisko i dla ludzi. No i – jak to kiedyś wyczytałem – żeby nie „zbiskupiał” 🙂

Przyszłość Kościoła – od ilości do jakości

O wybitny tradycjonalizm, zacofanie, lefebryzm trudno mnie posądzać – pewnie prędzej o modernizm 🙂 Te słowa znalazłem gdzieś na dniach, im bardziej patrzę na to, co się na świecie dzieje, tym bardziej widzę, jak bardzo to były słowa… po prostu prorocze. 

Z dzisiejszego kryzysu wyjdzie Kościół jutra. Kościół, który wiele utracił, stanie się maluczkim i będzie musiał zaczynać od początku. Nie będzie już mógł wypełnić wiernymi świątyń, które zostały zbudowane w okresach wysokiej „koniunktury”. Wraz z liczbą swoich zwolenników utraci wiele przywilejów w społeczeństwie, ale będzie się czuł silniejszy niż dotychczas, bo będzie dobrowolną wspólnotą, złożoną ze zdecydowanych ludzi. Jako mała społeczność będzie  o wiele mocniej angażował inicjatywę swoich poszczególnych członków. Na pewno będzie także znał nowe formy urzędu i wypróbowanych chrześcijan, ludzi różnych zawodów, będzie wyświęcał na kapłanów. W ten sposób będzie sprawował normalne duszpasterstwo w wielu mniejszych gminach czy grupach społecznych. Obok tego będzie, jak dotychczas, nieodzowny kapłan poświęcający się wyłącznie służbie Bożej. Ale pośród tych wszystkich zmian, które możemy przewidywać, znajdzie Kościół od nowa swoją istotę w tym, co zawsze stanowiło jego centrum, a jest tym wiara w Boga, w Trójcy Świętej Jedynego, w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem, w pomoc Ducha Świętego aż do końca. W wierze i modlitwie pozna znowu swoje właściwe centrum, a sakramenty przeżywać będzie znowu jako służbę Bożą, a nie jako problem struktury liturgicznej.

A wypowiedział je – precyzyjniej, spisał – niejaki Joseph  Ratzinger, ówczesny profesor niemiecki, gdzieś w połowie lat 70. ubiegłego wieku, w latach 2005-2013 papież Benedykt XVI. 
 
Dla wielu – którzy Kościół rozumieją bardziej jako strukturę, hierarchię, budynki, mienie, pewien poziom, przepych, tytuły, godności, dobra, to wszystko co namacalne i materialne, widoczne i zaznaczające w świecie swoją obecność – może to być prawda trudna do przyjęcia. No bo jak to… Ano tak, że wystarczy spojrzeć, co się dzieje w Europie: Niemcy, Francja, ale już także Skandynawia. Można się modlić o to, aby do nas zeświecczenie, naciski muzułmańskie nie dotarły – ale nikt nie wie, jak będzie. Poza tym, że sytuacja w w/w krajach nie napawa optymizmem. 
Czy to źle? Chyba nie – może dlatego, że mam takie głębokie poczucie, że to wszystko i tak się już tutaj, w naszej katolickiej Polsce dzieje. Kościół na co drugim rogu w mieście, w prawie każdej wsi, pełno bazylik, klasztorów. I co? Kolęda trwa u mnie na osiedlu może po 2 godziny – i ksiądz wraca, bo przyjmuje go może 10 domów… z 30-40. Mszy – siłą rozpędu, według starych grafików – pewnie w miejskich parafiach po 6 w niedzielę,a na niektórych puchy, wiatr zawiewa puste wnętrza. Publiczne wyznanie wiary, czy po prostu do niej się przyznanie – czyli nie zaparcie – budzi w najlepszym wypadku politowanie, kręcenie głową, coraz częściej agresję, w skrajności do przemocy włącznie. Prześmiewanie kwestii związanych z wiarą staje się dobrym zwyczajem (oczywiście, odnośnie katolików – muzułmanów się boją) – za to za domaganie się poszanowania dla wartości, dla wiary, Boga, Kościoła coraz częściej ponosi się konsekwencje, także w zakresie działań prawnych. 
To wszystko jest już tak naprawdę wokół nas. Tylko niektórzy po prostu jeszcze tego nie widzą, i nie rozumieją. 
Płynnie przechodzimy z ilości w jakość. Mam nadzieję.

Akcja Charamsa i dlaczego się nie udała

Życie nie znosi pustki, Zły nie śpi. A więc zadziało się na dniach. Jak zażartował jeden z autorów – w Watykanie same kłopoty z tymi Polakami: niedawno Wesołowski, teraz inny Charamsa… 

Kto? Ks. prałat dr Krzysztof Charamsa, 42 lata, kapłan diecezji pelplińskiej, z urodzenia gdynianin, zatrudniony w Kongregacji Nauki Wiary, wykładowca teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim oraz na Papieskim Ateneum Regina Apostolorum w Rzymie, drugi sekretarz Międzynarodowej Komisji Teologicznej. 
Osoba – mimo, iż prałat papieski, pracujący w „centrali” – tak naprawdę do zeszłego tygodnia nieznana szerzej. Jego twarz pojawiła się w ostatnim numerze TP na okładce w kontekście sporego artykułu pt. Teologia i przemoc, w którym – całkiem sensownie, nie ukrywajmy – wypunktował liczne mankamenty twórczości ks. dr hab. Dariusza Oko (tytułowanego dzielnie na wyrost profesorem – które to stanowisko, owszem, zajmuje, ale tytułu naukowego nie posiada) w kontekście tego, że karygodnym jest posługiwanie się chrześcijanina i katolika językiem tak pełnym nienawiści i pogardy, jak to czyni niejednokrotnie ks. Oko. 
W mojej ocenie, i to zamierzam podkreślić, pomimo kontekstu sytuacyjnego – tekst dobry i krytyczny, dość obszerny i konkretnie uwypuklający taki a nie inny (karygodny, w mojej ocenie) styl twórczości ks. Oko. Wreszcie ktoś podjął rzeczową dyskusję z owym księdzem, który znany jest głównie z plucia i upowszechniania w tym kraju pojęcia „gender”… do granic absurdu, które już chyba nie raz przekroczył, czego przykrą pochodną – niestety, trafnie – były pojawiające się komentarze, że dla Kościoła w Polsce zagadnienie gender stało się właściwie centrum działania, i więcej mówi się o gender niż o Jezusie, zbawieniu, Ewangelii. Słabo, co? Stąd moje po pierwsze zainteresowanie, po drugie pewna satysfakcja, że wreszcie ktoś podejmuje polemikę z ks. Oko i otwarcie, ale i na poziomie, nazywa sprawy po imieniu. „Gdy teologia staje się manifestem nienawiści, a nie racjonalnym wykładem myśli biblijnej i tradycyjnej wspólnoty chrześcijańskiej, nie jest już teologią, tylko zaczynem wojny ideologicznej”. Trudno być wiarygodnym świadkiem Jezusa, kiedy mówi się tylko o gender, ruchach gejowskich czy rzuca niepokojącymi statystykami. 
Za chwilę jednak, dzień czy dwa później, światło dzienne ujrzy materiał video, w którym tenże ks. Charamsa z uśmiechem, wręcz dumą oznajmia światu – przedstawiając się tak mniej więcej, jak ja to uczyniłem o nim powyżej – „jestem gejem”. Skrótowo – jest gejem, czuł się nim od zawsze, jest z tym szczęśliwy, od 5 lat pozostaje w związku z narzeczonym Eduardem. Zapowiada konferencję prasową, która odbywa się w jednej z popularnych rzymskich knajpek – pojawia się sam cały na czarno, pod koloratką, a obok ów narzeczony. Tworzy wizerunek współczesnego Lutra, bojownika o prawa uciśnionych, pogromcy homofobii – formułuje w tym zakresie bardzo konkretne i daleko idące postulaty, a wręcz żądania
Tu nie jest problemem to, że ks. Charamsa się zakochał – w końcu to zjawisko samo w sobie raczej nie jest obce większości ludzkości. Nie chodzi nawet o to, że zakochał się w osobie tej samej płci (co akurat dla mnie jest niesmaczne). Z kontekstu wypowiedzi wynika, że związek kwitnie, zatem należy uznać, iż dochodzi do aktów seksualnych, że bohater tej smutnej historii zamierza żyć długo i szczęśliwie z narzeczonym – a zatem ks. Charamsa jako kapłan i flagowy prałat jednej z najważniejszych rzymskich dykasterii z pełną świadomością łamie jedną z podstawowych zasad związanych z kapłaństwem (tak, wiem, żaden to dogmat czy przykazanie – tradycja – a jednak oczywista, niepodważona cały czas i obowiązująca: bezżeństwo i celibat), wykładowca akademickie jakby jednym wystąpieniem przekreśla i podkreśla, że to, co robił dotychczas, było nieszczere. Chodzi o to, że ma pełną świadomość, że grzeszy – zaś jego postawa to nic innego jak rozpierająca duma, radość, radość z możliwości podzielenia się z innymi swoim grzechem. Nikt nie kazał mu być księdzem, nikt go nie zmuszał. Skoro jednak zdecydował się przyjąć święcenia, dokonując wyboru i przyjmując wyrzeczenie w sferze seksu – ciśnie się kolokwialnie na usta: wtf? Co to ma być? 
Co ciekawe – a w sposób dość jaskrawy widać było np. w materiale przygotowanym przez TVN i Katarzynę Kolendę-Zalewską, którą to stację trudno uznać za prokatolicką czy sympatyzującą z Kościołem – skonsternowanie sytuacją nie tylko prezentują środowiska katolickie, chrześcijańskie, ale także dalekie od posądzenia o wszelkiego rodzaju sprzyjanie Kościołowi czy reklamowanie osób duchownych. Jak by nie patrzeć – w kontekście zwykłej uczciwości, rzetelności, wiarygodności osoby duchownej – trudno jest zrozumieć, jak żył przez 18 lat kapłaństwa facet, który funkcjonował w swoistej schizofrenii, sprzeniewierzając się zasadom moralnym, na których straży z definicji i powołania (kapłaństwo), nie mówiąc już o „pracy” (taka a nie inna kongregacja) powinien stać. Celibat to przyrzeczenie nawet nie tyle wobec Kościoła, co Boga. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5, 37) – gdzieś coś dzwoni? Hipokryzja. Która zakończyła się w tak dramatyczny sposób, wręcz wybuchem emocji, frustracji, złości, zmęczenia podwójnym życiem. 
Czy można uwierzyć, że to działanie ks. Charamsy wypłynęło faktycznie z potrzeby chwili, jego spontanicznej reakcji na krytykę po zajętym stanowisku i postawach w Kościele? Ja nie jestem skłonny, aby w to uwierzyć, szczególnie przy ewidentnej medialności i wyreżyserowaniu poszczególnych etapów tego, co obserwowaliśmy w ostatnich dniach. Ktoś z komentatorów przytoczył bardzo dobre porównanie – sytuacja ks. Charamsy i innego duchownego, również homoseksualisty, oraz jego coming out, dla którego ujawnienie orientacji seksualnej bynajmniej nie było manifestacją, protestem, widowiskiem medialnym (dokonał jej po konsultacji z przełożonymi zakonnymi), i któremu nie przeszkadza ona trwać nadal jako celibatariuszowi. 
I teraz wrócę jeszcze do początku – czyli artykułu w TP. Jak już to wyraziłem, niezłego. I co z tego – to już jest teraz bez znaczenia. Może ktoś kiedyś skojarzy ks. Charamsę z nim – mała szansa, bo nie mam żadnych wątpliwości, że w świadomości społecznej większości zdecydowanej zapisze się jako „ten ksiądz gej (etc.)” w kontekście zachowania, postawy autora, a nie argumentów i słuszności lub braku jego tez. Powtórzę – pisząc o ks. Oko ks. Charamsa miał rację, używał trafnych argumentów – tylko że o tym pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał. Na własne życzenie tegoż księdza, na skutek takiej a nie innej postawy (czego nie należy utożsamiać z samym faktem, że jest gejem – chodzi o postawę, działanie). A szkoda. 
To jest to, co napisał w oświadczeniu na okoliczność całej sytuacji ks. Adam Boniecki MIC. Kontekst sytuacyjny nie wpływa na merytorykę tekstu, dzięki któremu ks. Charamsa stał się szerzej znany. Gdyby redakcja TP była świadoma orientacji seksualnej autora, rzetelność wymagała by ujawnienia tejże w ramach tekstu lub przypisu. Nie wiedzieli. Co nie przeszkadza – celowo użyję tego słowa – prawicowym autorom mającym chyba jednak pewien problem z postrzeganiem rzeczywistości (wyzywającym, wypisującym brednie o tym, że Charamsa nigdy duchownym nie był ?, ubliżającym) wypisywania głupot o tym, że oto „wielka nierządnica” TP wreszcie ukręciła bata sama na siebie, że to koniec itp. Skąd to znamy? Zwolennicy ks. Oko, posługujący się bardzo podobnym językiem. Tym bardziej cieszy, że redakcja nie zamierza porzucić tematu, w którym ks. Charamsa zabrał głos swoim tekstem. 
W oświadczeniu TP wskazano, że „Ks. Charamsa przyznaje, że publikując artykuł w „Tygodniku” nie myślał o ujawnianiu swojej orientacji ani nas o niej nie informował”. Znowu przykrość, bo to jest zwyczajne kłamstwo – co można w tej chwili stwierdzić wręcz z pewnością. Ani bowiem moment skomasowania tych działań nie był przypadkowy, ani też nie zaistniały one spontanicznie. Tekst o objętości jak rzeczony opublikowany w TP musiał być przygotowywany, podobnie wysokiej jakości nagrania video z coming out’em ks. Charamsy – nie jedno, a szereg. Przyznał też, że napisał książkę – ktoś uwierzy, że to wszystko, ot, na kolanie, spontanicznie, wczoraj-dzisiaj? To po prostu dobrze sfinansowana i skrupulatnie przygotowana akcja nastawiona na promocję środowiska gejowskiego w przededniu rozpoczęcia Synodu Biskupów poświęconego rodzinie, do wywarcia nacisku na gremium ojców synodalnych. Nie, to nie teoria spiskowa – daleki jestem od nich. Tak to po prostu wygląda. Ksiądz, jeszcze przed wypuszczeniem tekstu w TP, kontaktował się z wieloma tytułami prasowymi, dostosowując swoją „ofertę” do ich profilu, podkreślając wartość materiału – potwierdziły to redakcje Newsweeka i Wprostu. W efekcie – pomimo chwilowego rozgłosu i popularności, którą pewnie zachowa przez jakiś czas, utracił raczej w większości wiarygodność. Tę, którą zyskał od początku, mając na uwadze, kogo (papieża) reprezentuje, do której pozyskania wykorzystał w sposób wyrachowany i jak najbardziej zaplanowany swoją pozycję, stanowisko, tytuły (kościelne i naukowe). 
Ludzie mają prawo czuć się oszukani – i czytelnicy TP (w tym ja). I osoby spoza grona, którym leży na sercu poziom i sposób językowy prowadzenia dyskusji w Kościele, którzy nie akceptują sposobu wypowiadania się przez ks. Oko – bo na skutek tej sytuacji mocno prawdopodobnym będzie sprowadzenie jakiegokolwiek kontestowania wypowiedzi ks. Oko do poziomu i wspólnego mianownika mniej więcej „gejostwo” itp. Zaszkodził w mojej ocenie też homoseksualistom, którzy starają się żyć zgodnie z przykazaniami – bo ugruntował tylko stereotyp, że gej to taki, który robi wokół siebie dużo zamieszania, chce aby go widziano, i wszystko chce pozmieniać. Wreszcie, na pewno takie zachowanie duchownego nie przyczyni się do przekonania do Kościoła i wiary w Jezusa kogokolwiek, to modelowe wręcz antyświadectwo. Boję się myśleć, ile zła ta sytuacja może przynieść tym najprostszym, nie wchodzącym w żadne niuanse, po prostu wierzącym… 
Przykre jest także to, że w swoich wypowiedziach po coming out’cie ks. Charamsa zbliżył się w zakresie używanych sformułowań, sposobu wypowiedzi… do tego, kogo punktował, czyli ks. Oko właśnie. Pomijając już kwestię niesamowitej ilości emocji, jakie mnie uderzyły w jego nagraniach video – niestety, wydaje mi się, odgrywanych w sposób, co tu dużo mówić, mało wiarygodny. Kościelna homofobia, gloryfikacja nienawiści, terroryzowanie, homofobiczne kłamstwo Kościoła, paskudne znieważanie – to tylko kilka przykładów.  
Ta sytuacja pokazuje coś bardzo bolesnego – że Kościół (bynajmniej nie tylko polski) ma duży problem z dwulicowością, podwójnym życiem, schizofrenią pewnej części swoich duchownych, którzy oddają się niejakiej grze pozorów, udają, oszukują. Obrazek ks. Charamsy tylko pokazuje, że ludzie z takimi problemami i skłonnościami bez problemu dostają się do „centrali”, awansują. On nie działał tam sam, nie zorganizował tego sam. Można mówić o „lobby”, można to określić inaczej – w Watykanie jest grupa duchownych, którzy taką „akcję Charamsa” współorganizowali, sfinansowali, zaplanowali. Można by się pokusić o stwierdzenie – Charamsa miał mniej do stracenia, w końcu to tylko monsignor, żaden biskup… Przywołanie pół żartem, pół serio zmarłego abp. Józefa Wesołowskiego to nie przypadek – a kolejny przykład tego, że filtr nominacji, awansów, szwankuje w zakresie moralności wybieranych osób, i to pomimo tego, że mamy kolejny już rok pontyfikatu papieża Franciszka, bardzo wyczulonego na kwestie nadużyć seksualnych. 
Pięknie wypowiedział się o. Józef Augustyn SI: „Musimy bardzo uważać, by ten skandal nie spowodował paniki i fobii homoseksualnej w seminariach. Pierwszym problemem nie jest bowiem pewien rodzaj wrażliwości, taka czy inna skłonność. Problemem nie jest homoseksualizm, ale wierność żyjącemu Bogu i przykazaniom przez Niego nadanym. Wrażliwość homoseksualna nie jest przekleństwem człowieka, lecz wyzwaniem i zadaniem, okazją do wierności żyjącemu Bogu. Bywa, że okazją trudniejszą. Ludzi dojrzałego sumienia, szukających Jezusa szczerze, nigdy nie trzeba wyrzucać z seminarium. Oni sami podejmą odpowiednią decyzję, rozeznając, jakie są warunki do godnego przyjęcia święceń. Człowiek głęboko uczciwy sam poprosi o stosowną pomoc, gdy ma problem i szczerze szuka rozwiązania współpracując z przełożonymi i wychowawcami. Wiem o tym z bezpośredniego spotkania z setkami, setkami alumnów. Człowiek wierny swojemu sumieniu znajdzie rozwiązania dla swojej wrażliwości, takiej czy innej; rozwiązania uczciwe, zgodne z intencją Kościoła. Kościół – odwołując się do nauki Chrystusa – ma prawo stawiać wymagania i warunki. Tak było w Kościele przez dwa tysiące lat, jest dzisiaj i tak będzie”. 
Tym bardziej więc – cześć i wdzięczność dla tych duchownych, którzy pomimo własnej słabości potrafią żyć w szczerości wobec Boga i samych siebie, unikając schizofrenii moralnej. 
W efekcie – zamiast szansy na rzeczową dyskusję i polemikę na temat poziomu, sposobu wyrażania, języka duchownych (i nie tylko) w Kościele, mamy skandal, który – poza dodaniem popularności samemu ks. Oko i niewątpliwie tym, że będzie sam w sobie przywoływany na potwierdzenie słuszności jego tez i sposobu ich wygłaszania – nie przyniesie nic dobrego. 
Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że – pomimo odnotowania sytuacji nie tylko na krajowym podwórku – całe przedsięwzięcie o kryptonimie Charamsa nie wpłynie i nie wymusi jakiegokolwiek działania w ramach Synodu Biskupów. Wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że zajście może mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Duch Święty ciągle czuwa. 
Prymas Polski abp Wojciech Polak mówił w kontekście sytuacji ks. Charamsy o osobistym dramacie, wzywając dla niego łaski opamiętania. Biskup pelpliński Ryszard Kasyna wezwał księdza do powrotu na drogę Chrystusowego kapłaństwa – co, niestety, wydaje się w świetle jego deklaracji mało prawdopodobne. 
Nie jestem w tym dobry, więc na koniec oddam głos Franciszkowi Kucharczakowi z GN: „„Coming out” ks. Charamsy, dokonany w przeddzień rozpoczęcia Synodu o Rodzinie w Rzymie, nie jest, oczywiście, przypadkiem. Patrząc z perspektywy ziemskiej, jest to happening zorganizowany przez księdza, który chce uznania Kościoła dla swoich grzesznych upodobań seksualnych. Ale świadomi chrześcijanie wiedzą, że takie rzeczy to zawsze coś dużo więcej. To wyzwanie rzucone Kościołowi przez osobowe zło, które nigdy nie śpi i aktywizuje się właśnie wtedy, gdy w Kościele dzieje się coś ważnego. To diabelskie „machnięcie ogonem” powinno uświadomić katolikom, że to nie przelewki. Zaczyna się synod. Patrzą na nas niebo i piekło. Na kolana, ludzie”. 

Po prostu. Różaniec.

Ja nie wiem, z czego to wynika, i nie bardzo to rozumiem… Ale co roku od kilku ładnych lat jakoś się cieszę na ten październik. Ten jeden w roku miesiąc, kiedy – gdzie by nie wejść do kościoła – ludzie modlą się na różańcu.
Pewnie kiedyś już o tym (nawet nie raz) pisałem, ale nie wiem, skąd u mnie ta „pobożność maryjna” się wzięła. A cudzysłów? Bo to pojęcie jakoś tak dziwnie brzmi. Po prostu lubię się modlić na różańcu.

Trochę mnie to dziwi, i nie do końca chyba rozumiem, kiedy w słynnych październikowych „czytankach” różańcowych różnej maści autorzy starają się wychwalać Matkę Bożą pod niebiosa. Dlaczego? Bo z jednej strony podkreśla się (z czym się zgadzam) jej prostotę, zawierzenie Bogu, ufność; a z drugiej powstają w tym zakresie takie elaboraty i tak przesycone różnymi frazesami, że się można zastanowić, czy jeszcze jest mowa o człowieku, czy może już nie. Dziwne to. 
Moja Mama już nie żyje – leci trzeci rok bez niej – i może trochę dlatego intuicyjnie szukam kogoś, kto może nią być, nawet nie będąc fizycznie obok. Kogoś, komu – jak Mamie, z którą miałem bardzo dobrą relację – mogę się wyżalić, kto wysłucha, po prostu przytuli i zawsze będę wiedział, że martwi się, czeka, kocha i ponad wszystko chce mojego dobra. Że jest przy mnie dosłownie zawsze – z tym, że dzisiaj już nie muszę łapać za komórkę i dzwonić do Mamy; bo ona wie. 
Nie jestem fanem objawień, sanktuariów (z małymi wyjątkami), przepychu i „przemysłu maryjnego”, który dość często fundują różnej maści, niezwiązane z Kościołem, fundacje, próbując naciągnąć na darowiznę a to za medali, a to za różańczyk, uderzając w czułą nutę serca Polaka-katolika (co ciekawe, akurat w takich sytuacjach ludzie się nimi czują i dają naciągać – w takich bardziej wymagających już nie…). 
Ale różaniec mam zawsze przy sobie. Przynajmniej staram się. 
Ten właśnie u góry. Niepełny, mały, drewniany, zwykły do bólu. Bez ozdóbek, żadna masa perłowa czy tam inne świecidła – drewna. Dopiero jak zrobiłem to zdjęcie, uświadomiłem sobie, że już jest taki… dość zużyty. Fakt, ostatnio go niechcący wyprałem 🙂 Przeżył ze mną – ten jeden – całkiem sporo, jako że tradycją już jest, że w najmniej oczekiwanych momentach różańce swoje gubię (jak ktoś znajdzie i się mu przyda, to na zdrowie), bo wypadają z kieszeni itp. Ktoś powie – wybrakowany, bo nie cały. Może i tak – ale przez to bardziej poręczny. Zawsze drewniany. 
Nie, to nie jest żaden amulet, talizman, takie katolickie „hokus-pokus”. On mi nic nie daje samym tym, że go mam. Ale jest – kiedy po prostu przychodzi taki moment, że chcę z Nim pogadać, a jakoś tak słów brakuje… Poprosić, podziękować, przeprosić, poprosić o radę. Nawał myśli, huragan emocji, kołaczące serce, wszystko jakieś takie rozbiegane…
… i wtedy przypominam sobie Maryję. W tej jej niesamowitej i nierozgryzionej prostocie. Młodą kobietę, której Bóg przewrócił życie do góry nogami, a ona ten przewrót przyjęła swoim fiat. Pozwoliła Mu na to, zaprosiła Go do siebie w ten jedyny i absolutnie wyjątkowy w historii sposób: rodząc Syna Bożego jako własne dziecko. Nie miała łatwo, nie nosili jej na rękach, nie szło wszystko z płatka. A ona ciągle trwała przy Bogu, umiała wiele dostrzec, Jezus wiele zdziałał dzięki jej delikatnej i cichej, ale uważnej obecności (choćby wesele w Kanie Galilejskiej – początek, jedno proste zdanie, właściwie obserwacja). 
Lubimy wszystko komplikować, utrudniać, gmatwać. A ja, im dłużej tak myślę, to z Nim, w relacji z Bogiem, chciałbym być prosty jak drut; przezroczysty, autentyczny, normalny i potrafiący ogarnąć to, co w tej dziwnej historii, którą jest życie, On mi daje, nie będąc przy tym tylko tępym egoistą (którym jestem z natury), ale będąc bardziej dla innych. Tak jak Maryja.