Z uporem maniaka i rzucania krzyżem cd.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

Jezus uzdrawia kobietę – nie inaczej, ale z powodu jej uporu. Tak, nie odpuściła. Nie chciała ich zostawić w spokoju, wytrwale szukała odpowiedzi, łaski dla swojego dziecka. Do tego stopnia, że – jako kobieta, pewnie prosta (ale w ogóle – kobieta, w tamtych czasach) zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć bardzo pewnie Jemu, nauczycielowi, uzdrowicielowi. 
Niektórym wydaje się, że Bogu nie wypada mówić, prosić, zawracać głowę pewnymi sprawami, błahostkami. Przecież tyle tych ludzi ma na świecie, każdy coś od Niego chce, to co ja Mu tam będę… Ale to nie tak. On szuka pogubionych owiec. A do tych chyba najłatwiej dotrzeć właśnie, gdy będą pytały. Jak się człowiek buntuje, to i nawet krzyczeć na Bogach – dosłownie, albo w sercu – zacznie, pytać, żądać odpowiedzi. I wiesz co? To też jest droga. To też jest sposób. Szukanie wyjaśnienia, dociekanie, próba zrozumienia. Bóg tego nie lekceważy. Tak jak dzisiaj nie zlekceważył kobiety, która nie chciała dać się zbyć. 
Czy to jest jakaś pochwała robienia rzeczy na odczepne, żeby mieć święty spokój przysłowiowy? Nie. Ale dowód na to, że Bóg nigdy nie pozostaje głuchy na prośby, o ile człowiek w ich kierowaniu wykazuje się wytrwałością. Niektórzy powiedzą – akurat, tyle się modliłem o coś, i nic. Nic? A może była odpowiedź, tylko nie taka, jakiej byś chciał, jaką sobie wyobrażałeś – więc żeś się obraził? Może, z innej strony, domyślałeś się – taka będzie odpowiedź – ale jakby u Boga szukałeś zanegowania tego, że jednak może być inaczej, i zawiodłeś się, że On tylko potwierdził… Gdzie jednak w tym Jego wina? 
Można być człowiekiem wielkiej wiary – i nie zdawać sobie z tego sprawy. Tak jak ta kobieta – pewnie się zdziwiła, na chłodno analizując, już po uzdrowieniu dziecka, te słowa do niej skierowane przez Jezusa. Ale można też być pewnym siebie i zapatrzonym w lustro małym biednym łajdakiem – któremu wydaje się, że osiąga Himalaje w kroczeniu drogą Boga. Oj, można się zdziwić… Grunt, aby się nie poddawać, nie słuchać wszystkich tych lekceważących docinek czy rad – po co, daj spokój, nie warto, nic nie zdziałasz. Jak odpuścisz – nawet na pewno, samo się nie zrobi. Ale kiedy nie odpuścisz, będziesz pukać do skutku, zadawać pytania i dociekać – wiele możesz zdziałać. I to nie tylko w odniesieniu do relacji z Bogiem – ale w życiu też. Zresztą, za czas niezbyt długi sam będę miał co najmniej 3 płaszczyzny przekonania się, że tak jest (obym przygotował się wystarczająco, aby dać radę).
>>>

No i stało się. A inaczej – postawili na swoim. Krzyż został – bo co, przepraszam, księża i harcerze mieli się bić o niego z dość sporym tłumem ludzi (mylnie – acz święcie) przekonanych, że bronią wolności, polskości, katolicyzmu i Bóg wie czego jeszcze? 
Krzyż został tam, na Placu Zwycięstwa, sprofanowany – i taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo owijać to w przysłowiową bawełnę pewne osoby czy niektóre media chcą. To boli najbardziej – poza tym, że ci, którzy się czynu tego dopuścili w ogóle tego nie rozumieją… 
Nie ma co przelewać z pustego w próżne. Zacytuję kilka wypowiedzi osób pewnie sporo mądrzejszych ode mnie, z którymi się utożsamiam. Pogrubienia własne.
Ci rozhisteryzowani fanatycy odgrywający spektakl nienawiści w imię obrony krzyża – to moi „bracia i siostry”? Oni są tam gdzie ja? Czy oni jeszcze pamietają że na krzyżu umarł Jezus? I że krzyż jest symbolem miłości , pokory, uniżenia, oddania ? Myślę, że nikt w ostatnich czasach bardziej nie sprofanował tego znaku jak dzisiejsi „obrońcy” i ich poplecznicy. Nie wiem ile osób po dzisiejszych wydarzenia odejdzie od Kościoła. Myślę , że będzie ich trochę. To jest antyewangalizacja w czystym wydaniu.
(Dudi na swoim drugim mniej prywatnym blogu, a bardziej poświęconym sprawom bieżącym kraju i nie tylko)

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak – zdawałoby się – inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd – i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi… Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.

(Jan Turnau na swoim blogu)

To, co się 3 sierpnia 2010 roku stało pod Pałacem Prezydenckim, pokazuje nie tylko słabość instytucji Kościoła katolickiego w Polsce. Dowodzi czegoś znacznie gorszego – słabości wiary ogromnej rzeszy polskich katolików. Gdybyśmy bowiem mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, nie byłoby w ogóle problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nikt by się nie odważył. To, co tam się dzieje od wielu tygodni jest możliwe dlatego, że w Kościele katolickim w Polsce nie tylko nie ma zdecydowanego sprzeciwu, przeciwko instrumentalnemu traktowania świętego znaku zbawienia do celów całkowicie sprzecznych z jego treścią, ale jest szerokie przyzwolenie. Jest aprobata nie tylko w jakichś marginalnych grupach, ale w dużej części tych, którzy powinni bronic krzyża przed zmanipulowaniem ze szczególnym zaangażowaniem – wśród duchownych.

Dzisiaj również pod Pałacem Prezydenckim można było usłyszeć głosy negujące ważność kapłaństwa duchownych, którzy tam się pojawili. Dziś po raz kolejny zostały wykrzyczane. Ale od lat istnieją przecież w polskim Kościele bardzo aktywne środowiska ponad głowami biskupów dzielące księży na „prawdziwych” i „nieprawdziwych”. W imię fałszywie pojmowanej troski o jedność Kościoła nie spotyka ich za to nawet nagana. Tymczasem jest to jedna z bardziej ropiejących ran faktycznych podziałów, a nawet rozbicia wspólnoty polskich katolików. Wszystko wskazuje na to, że kryzys autorytetu w naszym Kościele będzie się pogłębiał w bardzo szybkim tempie.

Gołym okiem widać, że koczujący pod warszawskim krzyżem „obrońcy” pilnie potrzebują ewangelizacji. Po to, żeby wiedzieli, iż za Mickiewiczowskim „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem” kryje się nie treść polityczna, ale głęboko religijna. Czy w ciągu ostatnich tygodni ktokolwiek podjął wobec tych zagubionych i przekonanych o tym, iż działają w dobrej wierze, jakąkolwiek misję pozwalającą im zrozumieć, co naprawdę w chrześcijaństwie oznacza krzyż? Nie słyszałem o czymś takim.

 (ks. Artur Stopka na swoim blogu)

3 sierpnia 2010 to smutny dzień dla Polski. Tego dnia Polska ugięła się przed mieszaniną religijnego fanatyzmu i politycznego cynizmu, który łączy garstkę nawiedzonych na ulicy z grupą cwanych polityków w ich gabinetach, a wszystkiemu przyglądają się podekscytowane media.

To, co się stało – rezygnacja z przeniesienia krzyża, umycie rąk przez Metropolitę Warszawskiego, który stwierdził, że Kościół nie jest stroną w tym sporze, chwały Kościołowi hierarchicznemu nie przynosi. Przegrany jest Kościół, przegrane jest państwo polskie, przegrany jest rząd, przegrany jest zdrowy rozsądek, przegrani są wszyscy, ci, którzy łudzili się, że żyjemy w normalnym europejskim kraju, ba, w kraju, który rości sobie prawo do pouczania innych na czym polega demokracja. Wygrał PiS, prezes Kaczyński, ojciec Rydzyk, Gazeta Polska – teraz oni będą dyktować warunki. Cieszyć może się lewica – dostała prezent, ciekawe, co z nim pocznie. Ciekawe, co zrobi Platforma, co zrobią partia i rząd, bo dobrego wyjścia już nie ma. Pozostaje mniejsze zło.

(Daniel Passent na swoim blogu)

Krzyż pod Pałacem jest symbolem protestu politycznego wymierzonego w obecny obóz rządzący i podsycanego przez PiS. Posłuży jako punkt zbiórek przeciwnikom prezydenta Komorowskiego.
Ale pozostanie krzyża jest też klęską Kościoła. Oto, jaki ma posłuch i respekt wśród rozmodlonych obrońców krzyża. Księży mających asystować przeniesieniu obrzucono wyzwiskami, tak samo jak władze świeckie.

Tłum pod krzyżem przypomniał mi sceny z ,,Śmierci prezydenta””, kiedy podżegano do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, co skończyło się śmiertelnymi strzałami na schodach Zachęty. Strzelał ówczesny wzmożony patriota.

Podobne ciarki przeszły mi po plecach, kiedy patrzyłem, jak dwóch niezrównoważonych mężczyzn przerywa posiedzenie Sądu Najwyższego. I znów funkcjonariusze nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Krzykacze nie wychodzą, wychodzą sędziowie.  

Krzyżowym tłumom nie ma co tłumaczyć, gdzie jest linia graniczna  między obywatelskim nieposłuszeństwem a szacunkiem dla instytucji i procedur demokratycznego państwa. Ale ja do tych tłumów mam mniej pretensji niż do Kaczyńskiego, który tę agresję podsyca.  PiS zwycięża, ale ceną tego zwycięstwa jest anarchizacja polityki i kierowanie jej na manowce.        

(Andrzej Szostkiewicz na swoim blogu)

Bogu to nie zaszkodzi. Może – a nawet na pewno – przykro Mu z powodu tego wszystkiego, tego z rozmysłem i absolutnie celowo kreowanego przez jedną opcję polityczną (PiS) z pomocą kilku medialnych sprzyjających jej tytułów przedstawia, a druga jednocześnie nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić; no i pośrodku tego hierarchowie Kościoła, którym znowu brakuje woli? chęci? umiejętności? jednoznacznego zajęcia stanowiska, używając swoje autorytetu, póki go jeszcze mają. 
Kościół też to wytrzyma. Większości księżom jest wstyd, współczują współbratom w  kapłaństwie, których ludzie tam wczoraj tak a nie inaczej potraktowali. Może co najwyżej jeden czy drugi biskup podrapie się po głowie, zastanowi nieco, ale pewnie wewnątrz KEP nie wysilą się na coś wspólnego, konstruktywnego, autorytarnego. Bo po co. Przecież ci, co tam te burdy urządzają – no chodzą do  kościoła, na tacę dają, to co sobie człowiek będzie w stopę strzelał… 
Dzisiaj Kościół stawia właśnie przed  pewnie nimi – duchownymi – św. Jana Marię Vianneya, patrona proboszczów. Czy to proboszcz, czy biskup – przecież też proboszcz, tylko że parafia większa. Trafił na zabitą dechami dziurę we Francji w czasach, którym do świętości gdy chodzi o sposób życia bardzo dużo brakowało. I co? I nic. Usiadł i zabrał się do roboty. Jak się zabrał, to po kilkanaście godzin spowiadać potrafił – taki był jego charyzmat. Nie siedział cicho, nie udawał że nie ma problemów, nie starał się dobrze z ludźmi żyć, kosztem mówienia prosto w oczy tego co źle robią. A jaki jest charyzmat dzisiejszych biskupów? W czym się wykazują, poza pisaniem przydługawych listów, najczęściej niezrozumiałych dla słuchaczy z powodu formy, albo powtarzających w kółko te same slogany? Teraz, właśnie w takich sytuacjach, biskup powinien umieć zająć jasne stanowisko, użyć swego autorytetu. Sam przyjść pod krzyż. Tak jak Jezus przyszedł – wiedząc, co Go na nim czekało.
A co z ludźmi, którzy to wszystko – z bliska, daleka – obserwowali? Dla ilu będzie to zgorszenie?

Apostołka apostołów przy pustym grobie

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich bracii powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Tym razem to nie dzisiejszy tekst – ale z wczoraj. Bo wczoraj Kościół wspominał jedną z najciekawszych postaci związanych z osobą Jezusa. I nie tylko dlatego, że na kanwie kilku mniej lub bardziej spiskowych teorii wokół niej napisano ostatnimi czasy, począwszy od Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna sporo dobrze sprzedających się powieści. 
Może przede wszystkim dlatego, że była kobietą. Chodzi o Marię z Magdali, zwaną popularnie Marią Magdaleną. Tę właśnie, której jedną z historii opowiada powyższy obrazek ewangeliczny. Nie wystarczyło jej to, że była z innymi kobietami i Janem pod krzyżem, widziała ostatnie stadium, apogeum męki Zbawiciela, Jego śmierć, to jak żołnierz przebijał Mu bok. Może słyszała w tym wszystkim krótką wymianę zdań – a raczej obronę Jezusa przez Dyzmę (pierwszego świętego? sam Jezus obiecał mu niebo), który później wyznaje wiarę i prosi o miłosierdzie. 
Już w tym fragmencie jej postawa jest inna. Bo co zrobili uczniowie? Niektórzy pouciekali z miasta – jak tych dwóch, których sam Zmartwychwstały musiał przekonywać i zawracać, gdy już prawie do Emaus doszli. Inni – zaszyli się w wieczerniku, tym niedawnym miejscu wspólnego z Nim ucztowania, bo.. bali się. Sytuacja ich przerosła, nie wiedzieli – co dalej, co zrobić, czy przegrupować się, a może rzucić to wszystko i wrócić do swoich domów, do swoich zajęć, które 3 lata wcześniej porzucili, idąc za Nim? 
Nie wiemy, co było w sercu Marii z Magdali. Na pewno wielki ból i smutek. Czy się bała? Ewangelista o tym nie wspomina. Nie sądzę. Bolała, bo straciła kogoś, kto był dla niej najważniejszy – nie jako kochanek, potajemny partner, ojciec ukrytych dzieci (co niektórzy autorzy spekulują). Zresztą – czy ona sama nie mogła Go kochać jako człowieka? Mogła. Co nie znaczyło wzajemności. Był człowiekiem, ale i Bogiem, któremu uwierzyła, który był jej punktem odniesienia. I już po tych niespełna 3 dniach przyszła, aby pobyć choćby z tą cielesną powłoką, jaka została po Jego śmierci. Chciała w ten sposób oddać mu hołd. Nie zważała na to, co powiedzą ludzie, na ewentualne problemy gdyby napotkała strażników, których przecież Piłat mógł zostawić przy grobie wichrzyciela za jakiego w oczach Żydów uchodził Jezus. 
Stąd jej łzy, które były na pewno łzami szczerej tęsknoty za kimś, kto wskazał jej drogę, a dopiero co został brutalnie zabity. Maria otrzymuje pierwszy po śmierci Jezusa znak od Boga – widzi aniołów. Gdzie jest ciało? Co się stało? Ukradli je? Jeszcze nie rozumiała, co się stało – nie oczekiwała nic, po prostu chciała ostatni raz oddać Panu hołd, namaszczając Jego ciało. Nawet tego nie może zrobić… Nie rozpoznaje Jezusa, gdy ten odzywa się tuż za jej plecami. Ale nie poddaje się – jeśli to  ty Go zabrałeś, powiedz mi, gdzie Go położono. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić. 
To, co usłyszała później, musiało w jakiś sposób przypominać wcześniejsze zdarzenie. Kiedyś musiała być sytuacja, gdy Maria pierwszy raz o Nim usłyszała. Od ludzi? Z plotek o uzdrowieniach, o wyrzucaniu demonów przez Niego? Ktoś opowiedział kawałek z Jego nauki? Może sama Go gdzieś usłyszała? Na pewno wtedy Bóg zapukał do jej serca. Zwrócił się do niej tak, jak Bóg zwraca się do każdego – wprost, po imieniu. Mario. Mówię właśnie do ciebie. Zwracam się do wszystkich, każdemu proponuję zbawienie. Ale mówię też konkretnie do ciebie. Tak, jak Zmartwychwstały mówiący w tej chwili do niej. To On. Żyje! 
Także pierwsze posłanie po zmartwychwstaniu Jezus kieruje do niej. Właśnie jej się pierwszy objawia. To ona ma zanieść radosną nowinę do apostołów. Nie Piotr, nie Jan – ona, kobieta, Maria. Pusty grób rozpromienia historię chrześcijaństwa i ogłasza zwycięstwo Zbawiciela nad śmiercią właśnie dzięki Marii, przez nią. jako pierwszą W świetle ówczesnych konwenansów, niskiej pozycji  kobiet w społeczeństwie – paradoks. Znali ją, to prawda, ale mogli pomyśleć, ze zwariowała. Zresztą, najpewniej – co można odczuć, czytając ewangelie – Piotr nie pobiegł do grobu dlatego, że się ucieszył, ale dlatego że po prostu nie uwierzył. Eh, mała wiara…
Wschodnia tradycja Kościoła przypisuje Marii z Magdali tytuł apostołki apostołów. Gra słów z jednej strony, ale jakże prawdziwa. Pozostają pytania co do jej wcześniejszych dziejów, zanim dołączyła do grupy idących za Jezusem. Pewne jest, że Jezus wyrzucił z niej bodajże 7 złych duchów, o czym wspomina ewangelia Łukasza. Tak samo jak to, że jest o niej mowa w każdym miejscu, gdy autor wymienia podążających za Panem (Marii było tam kilka – ale o tej zawsze jest mowa). Z czego wynika to, że utożsamia się ją z jawnogrzesznicą, którą Jezus uratował od ukamienowania, cudzołożnicą? Nie wiem i nie rozumiem – chociaż nie wykluczam, bo nie takie pokręcone życiorysy Jezus rozprostowywał. Jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Może przemawia przez to jakaś próba zdyskredytowania przez wczesnochrześcijańskich pisarzy jej osoby? No bo kto by pomyślał, nie wypada – żeby  k o b i e t a … 
Dla mnie to świetna postać. Która na szacunek zasługuje nie ze względu na parytety czy tego typu bzdury, czy fakt bycia kobietą. Ona zasługuje na szacunek, bo nie zabiegała o pierwszeństwo o którym napisałem (często niezauważane), a jednak Jezus ją nim obdarzył: pierwsza zaniosła radosną nowinę od grobu. Zasługuje na szacunek ze względu na swoją postawę po śmierci Pana – to, że nie uciekła, nie bała się, ale ukojenia szukała przy Nim, szła oddawać Mu hołd. Wspaniała patronka ludzi, którzy wierzą nadziei wbrew nadziei. 
>>>
GN opublikował ciekawy tekst na temat blogów księży. Bardzo cieszę się, że zwrócili uwagę np. na blog ks. Andrzeja Przybylskiego, który często i chętnie czytam. Napisali o ks. Arturze Stopce – bo aktywnie pisze na wielu frontach. Dziwię się, że pominęli blog ks. Tomasza Sękowskiego (może dlatego, że ostatnio rzadziej pisze?). Trochę nie rozumiem reklamowania tego bloga – artykuł wychodzi pod koniec lipca 2010, zaś ostatni wpis… z listopada 2009.
W ogóle – jak ktoś zainteresowany jest księżowskimi blogami – spora lista (jedyna w swoim rodzaju) jest w serwisie kaplani.com.pl.
>>>

Jakoś nie chciało mi się pisać… Przelewanie z pustego w próżne… Chodziło o przepychanki odnośnie krzyża, który po katastrofie w Smoleńsku stanął przed pałacem prezydenckim. Przecież to jest oczywiste. Teren państwa, kancelaria decyduje. Tam ma i powinien być pomnik. A krzyż jako symbol może zaistnieć w innym, lepszym miejscu. Bardzo dobry tekst o przeciąganiu krzyża.

>>>

Kilka świetnych myśli z tekstu o pracujących w Bronxie franciszkanach ze wspólnowy Renewal (Odnowa), o tym że życie to jak stołek o 3 nogach i o skakaniu w ciemno ze schodów ufając Bogu:
Benedykt XVI powiedział, że serce misjonarza to serce, które jest przebite. Bardzo mnie to dotknęło. Zmagałem się długo z tym, o co pytasz. Przebicie serca jest częścią nawrócenia. Uczę się kochać tych, którzy ze mnie szydzą. Sam byłem kiedyś pierwszym, który kpił z chrześcijan. Często czuję strach. To dobrze, bo mam możliwość wyboru: wyjść na ulicę czy zostać w celi. Ewangelizacja to mieszanka strachu i „Jezu, ufam Tobie”. Zastanawiałeś się, dlaczego Bóg w ogrodzie Eden postawił drzewo? Po to, by Adam miał możliwość wyboru. Zmaganie się z możliwością odrzucenia jest codziennym chlebem apostoła. Umieram, by dać życie innym.
– Bóg nie wchodzi z butami w twoje życie – wyjaśnia o. Agustino. – On delikatnie pyta. Tak rodziło się moje powołanie. Tuż po nawróceniu mówiłem: „Panie, dla Ciebie wszystko! Co mam robić?”. Usłyszałem cichy głos: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, spraw, bym został milionerem, a ja rozdam pieniądze ubogim” – krzyczałem. A w sercu słyszałem: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, założę liczną rodzinę, a moje dzieci wychowam na prawdziwych chrześcijan”. „Chcę, byś został…”. „Panie – nie dawałem za wygraną – dla Ciebie wejdę na Mount Everest!”. „Chcę…”. Co było robić? Skapitulowałem – śmieje się zakonnik z Teksasu. – Nie żałowałem tego ani przez chwilę. Dziś wiem, że jedyną rzeczą, która może mnie uszczęśliwić, jest wypełnienie Jego woli. 
Chcę być dzieckiem. Dziecko jest wolne. Nie wstydzę się okazania słabości. Dziś rano czytałem słowa Faustyny i zacząłem płakać. Dar łez – czułem to wyraźne – był głosem Jezusa mówiącego: Zobaczcie, jak bardzo was kocham! 
Chciałem grać jedynie dla Pana, ale nie potrafiłem. Spowiednik zalecił, bym codziennie przez pół godziny grał jedynie dla Boga. Bez świadków. Grałem, ale czułem, że wciąż się popisuję. „Jezu, daj mi czyste serce! – wyłem. – Zabierz mą ogromną pychę!”. Grałem tak samotnie przez pół roku. Robiło mi się już niedobrze. Spowiednik powiedział, że może to potrwać nawet 4 lata. Zdobywanie cnoty to długi dystans. Budujemy solidny dom, a nie domek z kart. Po miesiącach codziennej walki odetchnąłem. Poczułem, że modlę się grą i przestaję się popisywać. Dziś niczego już nie chcę, jedynie grać dla Niego. Jeśli przestanę, zaczną wołać kamienie. – A czego bardziej boicie się, wychodząc na ulice Bronksu: agresji czy szyderstwa? – pytam, żegnając się z zakonnikami w szarych habitach. – Odrzucenia – odpowiada o. Agustino. – Boję się starego człowieka, który we mnie drzemie. Dlatego każdego dnia staję na szczycie schodów i błagam: „Łap mnie!”.
O co chodzi z tymi schodami? Przeczytaj całość 🙂