Nie można nie pomóc Aleppo

Kilka razy pisałem już tutaj o uchodźcach – tutaj, a przede wszystkim tutaj. Dzisiaj – w kontekście coraz bardziej dramatycznych informacji, docierających chociażby z Aleppo, ale ogólnie z Bliskiego Wschodu, temat staje się dosłownie palący. W tym kontekście budująca jest z pewnością postawa przede wszystkim szeregowych ludzi i ich oddolnych inicjatyw. Milczenie w tej kwestii lub jej ignorowanie – czyli inaczej nie zrobienie nic, aby pomóc – to nic innego jak egoizm. A sprzeciwianie się pomocy? Można by to nazwać gorzej.

Jakiś czas temu, mam wrażenie, wiele osób po prostu problem bagatelizowało. Konflikty na Bliskim Wschodzie nie stanowią w końcu nic nowego. Z całą pewnością jednakże sytuację zmieniła zdecydowana postawa, ciągłe powracanie i uwrażliwianie słuchaczy na problem dramatu na Bliskim Wschodzie i szerzej tragedii uchodźców, zmierzających do Europy, przez papieża Franciszka. Ojciec Święty nie przestaje o tym mówić. Narażając się zresztą na uśmiechy pewne politowania, oskarżenia lub delikatne sugestie o pomieszaniu zmysłów i zajmowaniu się nie tym co trzeba. Może po prostu on, jako jeden z niewielu, rozumie, że świętowanie za chwilę Narodzenia Pana i bierność wobec dramatu w Aleppo to oczywista sprzeczność – i nie waha się tego przypominać, raz po raz, ciągle na nowo, widząc ile jeszcze jest do zrobienia?

Na łamach TP pisze o dramacie mieszkańców Aleppo Marcin Żyła – który zresztą w Syrii był osobiście. 5 dni temu napisał w felietonie, że syryjska armia Baszara Al-Asada zajmuje miasto i dokonuje brutalnych egzekucji ludności cywilnej, także kobiet i dzieci, ludzi uciekających ze swoich domów. Nie chodzi o pojedyncze przypadki, ale kolejne potwierdzone masowe zabójstwa. Mieszkańcy dzielnic, z których wycofuje się opozycja, wysyłają wiadomości pożegnalne i ostatnie apele o pomoc. Autor porównał obecną sytuację do masakry w Srebrnicy w 1995 r. Informacje na ten temat docierają do agend ONZu – jednakże, jak się wydaje, od 1995 r. nic się nie zmieniło i organizacja ta, największa w swoim rodzaju, pozostaje całkowicie bezradna.

Do Syrii wyjechał także w październiku tego roku Darek Malejonek – znany gitarzysta i wokalista (2Tm2,3, Armia, Houk) -włączając się w pomoc niesioną przez Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu”. Maleo nagłośnił w naszym kraju problem dzięki temu, że jego przesłanie pojawiło się m.in. w TVN – ciągłe ostrzały artyleryjskie, z kilkudniowymi przerwami, strach i właściwie cel życia tamtych ludzi: przeżyć kolejny dzień, nic więcej. Określił tamto miejsce po prostu piekłem. Problemy ze sprawami najbardziej oczywistymi – prądem, pożywieniem, wodą pitną. To Maleo odnalazł w Syrii  Ritę Basmajian – jedną z pięciu młodych z Aleppo, którzy uczestniczyli w ŚDM w Krakowie – a która stała się popularna w Polsce po rozmowie z dziennikarzem. Dziewczyna wróciła w środek koszmaru wojny – pomimo propozycji pozostania w naszym kraju. Nadal prosi o modlitwę w intencji pokoju.

Jest Piotr Żyłka i jego facebookowa akcja „TAK dla pomocy Syryjczykom”, będąca efektem wyjazdu dziennikarza na granicę syryjsko-libijską w grudniu tego roku, gdzie pomoc uchodźcom niesie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Tam właśnie – do sąsiedniej Libii – zbiegają najbiedniejsi Syryjczycy: do kraju o ludności na poziomie 4,5 mln przybyło ok. 1,2 mln ludzi (co odpowiadało by przybyciu do 38-milionowej Polski ok. 10-12 mln osób – wyobrażasz to sobie?). Niewielka grupa Polaków, którzy niosą pomoc: dzieciom, chorym. Piękna sprawa, o której Żyłka pisał dla Deonu.

Jak donoszą źródła, w ciągu ostatnich miesięcy Syryjczycy i Rosjanie atakowali miasto przy użyciu amunicji fosforowej, bomb kasetowych i przeciwbukrowych, ostrzeliwując je moździerzami w dzień, zaś w nocy bombardując z powietrza. Celowali w szkoły i szpitale. Kolejną niezrozumiałą sprawą jest to, że konflikt w Syrii nazywa się wojną domową, podczas gdy zaangażowane w jego przebieg jest kilkanaście państw! Niesamowite jest także to, że nawet pracownicy organizacji humanitarnych przyznają – oni także nigdy nie widzieli czegoś tak okropnego. To nie jest już ani wojna domowa (od dawna), ani też wojna jako walka militarna pomiędzy siłami zbrojnymi choćby partyzanckimi – ale ludobójstwo, skoro zabija się uciekających całymi rodzinami cywilów. 

Czymś dla mnie całkowicie niezrozumiałym jest bierność polskich polityków. Szczególnie w kontekście wcześniejszych deklaracji i robienia sobie reklamy przy Franciszku – postawa polskiego rządu, a tak naprawdę konkretnej opcji politycznej, która kapitał zebrała (i w dużej mierze wygrała ostatnie wybory) właśnie budując swój wizerunek jako dobrych chrześcijan, katolików. To jest jakaś schizofrenia – albo czysty koniunkturalizm polityczny. Nie chcę twierdzić, że wszyscy oni udają, że są ludźmi wierzącymi – bo nie mam ku temu podstaw. Ale jak nazwać takie zachowanie i puste deklaracje, gdy to wygodne, gdy obok stoi papież, z którym można zrobić fajne zdjęcie i wykorzystać w kolejnej kampanii wyborczej za x lat – a równocześnie palcem nie kiwnąć, żeby umożliwić stworzenie korytarzy humanitarnych (konkretna pomoc i bezpieczny transport dla osób najbardziej potrzebujących, którym np. Caritas pomaga regularnie)? Tych, o których utworzenie apelował właśnie ten papież. Obojętność osób mających największe możliwości, decyzyjnych w skali kraju, jest szczególnie ciężkim grzechem. Zapominają o tym? Nie wiem.

Ja wiem, można się bać – tym bardziej w kontekście doniesień chociażby z Niemiec czy Francji o tym, co robili uchodźcy (warto zaznaczyć, muzułmańscy). Ale czy strach stanowi okoliczność, która na jakiejś podstawie zwalnia mnie, ciebie, kogokolwiek od stosowania tego, co Jezus nam zostawił w Ewangelii, przykazań? Czy zwalnia od obowiązku miłosierdzia? Zaśpiewam kolędę, pójdę na pasterkę, podzielę się opłatkiem – ale wiesz, Panie Boże, ci uchodźcy to nie dla mnie, to musisz jakoś sam ogarnąć…

Stąd warto wesprzeć pomysł Piotra Żyłki i wysłać maile do instytucji rządowych (wszystko opisane tutaj w zakładce „informacje”). Nic więcej – kopiuj, wklej, wyślij do 3 odbiorców. Dosłownie 5 minut, nawet mniej.

Jak można pomóc? Generalnie na 2 sposoby: modlitwą i wsparciem materialnym. 

Modlitwa – tu każdy ma pole do popisu. Regularna, może jakieś wyrzeczenia, post?

Poniżej podaję kilka miejsc i inicjatyw, w ramach których można pomóc:

Oczywiście – jeśli znasz inną formę albo inicjatywę z twojej okolicy – możesz wesprzeć także ją.

Bardzo zachęcam też do posłuchania „Kolędy dla tęczowego Boga” Magdaleny Umer i Grzegorza Turnaua. I zastanowienia się nad tekstem (cały poniżej). Uprzedzam, jeśli ktoś dopatruje się w nim podtekstów związanych z homoseksualizmem czy LGBT (tęcza) – to jest mi go naprawdę żal. Bo tu w ogóle nie o to chodzi.

Bóg się rodzi, Cyganiątko,
obok niego śpi jagniątko,
Bóg się rodzi, Pakistańczyk,
słońce mu we włosach tańczy.

Rodzą się bożątka licznie,
rodzą się dzieciątka ślicznie
i pytają: gdzie jest raj?
i pytają: gdzie jest raj?

Ach, jak pięknie się rodzić
czy w Aleppo, czy w Łodzi…
Ach, jak trudno się rodzić
w małej łodzi na wodzie…

Gdzie jest kraj, i kraj to który,
gdzie się Bóg tęczowej skóry
może ukryć przed wojnami,
przed lękami i głodami,

Gdzie się Bóg nie trwoży trwogą,
bo cóż trwogi bogom mogą?

Bóg się rodzi, niebożątko,
lulajże, Afrykaniątko…

Ach, jak pięknie się rodzić
czy w Aleppo, czy w Łodzi…
Ach, jak trudno się rodzić
w wodzie, chłodzie, o głodzie…

Bóg się rodzi, Polak mały,
jaki znak twój? nosek biały,
Bóg się rodzi, śliczny skrzat,
niechaj mu przybywa lat

w kraju-raju, pięknym kraju,
w kraju-raju, pięknym kraju,
którym właśnie jest nasz kraj…
Baju-baju, baju-baj…

Ach, jak pięknie się rodzić
czy w Aleppo, czy w Łodzi…
Ach, jak trudno się rodzić
w małej łodzi na wodzie…

Ach, jak pięknie się rodzić
w Mińsku, Lwowie czy Łodzi…
Ach, jak dziwnie się rodzić
na Zachodzie i Wschodzie…

Nie można być chrześcijaninem, katolikiem, i w ogóle dobrym człowiekiem, jeśli się odwróci plecami od tego, co się tam dzieje, i nie zrobi czegokolwiek, aby im pomóc. Nie można inaczej. Mienienie się chrześcijaninem przy bierności w tej sytuacji i wobec tego dramatu jest pustosłowiem.

Szczególnie w tym właśnie czasie – na ostatniej prostej Adwentu, kiedy w przyszłą sobotę usiądziemy wygodnie w naszych ciepłych, czystych, udekorowanych domach przy suto zastawionych stołach, uśmiechnięci, odświętnie ubrani, bezpieczni i nie obawiający się o nic (poza przejedzeniem). Bóg się rodzi nie tylko dla nas, świętujących wygodnie w Polsce – ale dla wszystkich. Więc my właśnie, nie muszący obawiać się o swoje domy, zdrowie i życie, powinniśmy i mamy moralny obowiązek zatroszczyć się o innych i wesprzeć ludzi, którzy starają się przeżyć właśnie w Syrii.

Dodaj komentarz