Dwie samotności

Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach. Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on. I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy. Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego. (Łk 7,24-30)

Brzmi znajomo? Bo to dokładnie to samo, co Mateusz swoimi słowami opisał w ostatnią niedzielę, tylko tym razem w wersji Łukasza. Ja dzisiaj chciałem napisać o tym kilka słów w kontekście czegoś, co z jednej strony jest nam bardzo potrzebne, ale z drugiej może stać się czymś bardzo tragicznym – o samotności: przed Bogiem i wobec ludzi. Nie ukrywam, do napisania tego tekstu trochę zainspirował mnie obrazek, który widać u góry.

Gdy Jan siedział, zamknięty w tym więzieniu, z całą pewnością doświadczył poczucia samotności – tak dosłownie, po ludzku, dogłębnie. Z jednej strony z powodu izolacji i pozbawienia wolności; każdy by się tak czuł w jego sytuacji i w tym sensie było to normalne. Z drugiej – także pewnie z powodu samotności w tym, co czuł w sercu, jeśli faktycznie miał wątpliwości co do posłannictwa i mesjańskiego pochodzenia Jezusa, z którego przecież powodu trafił do więzienia.

Mnie się wydaje, że w dzisiejszych naszych relacjach mamy takie 2 rodzaje samotności: jednej takiej dobrej, której bywa często za mało, i drugiej raczej złej, której z kolei bywa za dużo. 

Szczególnie właśnie adwentowy czas pokazuje, jak łatwo jest z czegoś, co ma dużo głębszy wydźwięk, historię, za czym stoi Tradycja przed duże „t”, zrobić coś komercyjnego, kolorowego, ukierunkowanego w sumie na zupełnie coś innego niż to, czym się to określa i nazywa. Bo jak inaczej określić okołoświąteczne szaleństwo zakupowe, które ogarnia wiele osób właściwie tuż po Zaduszkach, z wybrzmieniem pierwszego odtworzenia „Last Christmas” zespołu Wham? Wszędzie pełno choinek, ozdób świątecznych, Mikołajów (strój różny, zwykle dość mało mający wspólnego z tym Mikołajem biskupem z historii Kościoła) z bliżej nieokreślonymi śnieżynkami czy elfami – czyli w sumie „klimat świętowania”: pytanie tylko kogo, a właściwie czego? Bo jak się tak dokładnie wsłuchać, przyjrzeć – okazuje się, że ani słowa o Bogu, o narodzeniu Jezusa, tego kluczowego i najważniejszego wymiaru i kontekstu. Czyli właściwie świętowanie nie wiadomo czego.

To jest przestrzeń, w której samotności nam brakuje – tej rozumianej jako relacja moja własna z Panem Bogiem, moje własne doświadczenie Boga. Można wiele mądrych i pobożnych rzeczy przeczytać, wysłuchać, przegadać – ale to wszystko nie ma sensu, jeśli podstawą nie jest moja relacja, więź z Panem. Jeśli nie wypływa to z mojego własnego doświadczenia Jezusa Chrystusa. Nie musi być to efekt jakiejś gwałtownej przemiany, nagłego nawrócenia po wybitnie grzesznym życiu – ale coś spontanicznego, co jest tylko moje, czego ja sam doświadczam. Jeżeli na coś takiego nie ma miejsca – to brakuje właśnie mojej samotności przed Bogiem rozumianej jako czasu i przestrzeni, abym ja sam z Nim rozmawiał: prosił, dziękował, ale często i wykłócał się – to nie jest złe i wg mnie jest lepsze niż nieszczere malowanie laurki, jeszcze słowami na przykład nie rozumianymi. Są różne szkoły czy nurty modlitwy – jest w czym wybierać; ale ostatecznie to ja muszę wiedzieć, że ta moja interakcja z Bogiem jest, że zwracam się do Niego (to pół biedy), ale i (tu trudniej) wsłuchuję się w to, co On do mnie mówi, a co potrafi być trudne.

Ktoś może powiedzieć – tak, ale przecież Kościół to wspólnota wierzących, więc o co chodzi? O to, że doświadczenie wspólnoty Kościoła to jest jedno, a doświadczenie własne Jezusa to co innego – i wydaje mi się, choć teologiem nie jestem, że trudno być w Kościele, rozumieć Kościół i się w Nim dobrze czuć, jeśli równocześnie więzi mojej z Bogiem nie ma albo jest ona bliżej nieokreślonym abstrakcyjnym czymś. Pewnie można – ale chyba nie o to chodzi. Tak jak nie da się dać świadectwa, jeśli się Boga samemu nie doświadczy – bo to po prostu nie będzie moje.

Druga samotność to taka, która wielu z nas jest na rękę i którą określam jaką złą – bo jest wyrazem egoizmu, patrzenia na przysłowiowy czubek własnego nosa i nigdzie dalej – a jest jej chyba za dużo. Mam na myśli samotność w relacji do drugiego człowieka – który jest, a od którego ja się z różnych przyczyn odsuwam, dystansuję, nie chcę go zauważyć. To także dość mocno rzuca się w oczy w okresie przedświątecznym – szał zakupów (do absurdalnego zadłużania się w ten sposób włącznie), ganianie, stanie przy garach i gotowanie spekulacyjnych ilości jedzenia (które często trafia finalnie na śmietnik, bo nie da się go zjeść, co właściwie wiadomo od początku, ale co tam…). Oczywiście, przecież jest argument: no ja to robię dla rodziny, bo ich kocham. Naprawdę? Czym innym jest dobre przygotowanie się do świąt w tym sensie zewnętrznym od oczywistej przesady i przerostu formy nad treścią, pomijając już to, że te święta to świętowanie Pana Boga powinno być, a nie konkurs na największą czy najbardziej jaskrawo przybraną choinkę, największą ilość potraw, ciast, najdorodniejszego karpia etc. Żeby było jasne – tak, uważam, że powinna być w domu choinka (żywa, żaden plastik), że fajnie jak są bombki i lampki, pachną pomarańcze i goździki – każdy dom ma swoje tradycje. Ale równocześnie, cóż: jak tego nie będzie, to święta i tak mogą być piękne, jeżeli Bóg urodzi się w moim sercu i pozwolę, aby On przyszedł do mnie. Jeśli zaś tego właśnie zabraknie (tej samotności przed Bogiem czyli relacji z Nim), to choćby nie wiem w co się obkupić i jak nie odstawić całego mieszkania, ile nie nagotować i nie napiec, to będzie tylko dość żałosne przedstawienie i oszukiwanie samego siebie.

Ile z tego, co przygotowujemy w swoim domu, jest tak naprawdę potrzebne? Czy wszystko, co z okazji świąt zostaje nabyte, faktycznie jest konieczne? Czy w prezentach, jakie nawzajem przekazujemy sobie, chodzi o metkę, cenę, pokazanie się – czy gest pamięci (jakże często coś symbolicznego, dobrane dobrze do obdarowywanego, jest dużo piękniejsze i bardziej wymowne od czegoś drogiego, kupowanego „na oko”, w sumie uniwersalnego – bo pokazuje, ile ta osoba znaczy dla obdarowującego, a nie tylko ile ma w portfelu czy na koncie).  Innymi słowy – ile jest w tym wszystkim rzeczy (sił, środków), które można by spożytkować dla ludzi bardziej potrzebujących, którzy są wokół mnie? 

Dla mnie czymś przepięknym jest to, że coraz częściej na takim Facebooku pojawiają się wpisy ludzi, którzy doświadczają, jak bardzo ubogaca spotkanie z osobą ubogą. Paradoks, prawda? Podchodzi i zaczepia cię na ulicy obcy i nieznany ci człowiek, często bezdomny, źle ubrany, śmierdzący, czasami troszkę zalatujący alkoholem, zmęczony, i prosi o wsparcie. Ty się najpierw wahasz – jest pokusa, żeby go wyminąć, udać że nie widzisz, potraktować jak powietrze, iść dalej i nie zwracać uwagi. Jeśli tak postąpisz – nie zazdroszczę wyrzutów sumienia, bo są straszne (może dlatego, że nie jesteśmy w środku tacy źli, jak się z pozoru wydaje?). Piękne rzeczy dzieją się, kiedy zdecydujesz się pomóc. Rozmowa, poświęcony czas (bo to jest najważniejsze! i to widać), poznanie historii drugiej osoby, no i po prostu zwykła pomoc, ludzkie dobre serce. Zauważenie człowieka w anonimowym tłumie – czasami takiego, który w swojej samotności nie ma nawet odwagi, aby podejść i poprosić o pomoc (mam wrażenie, że ci najbiedniejsi najrzadziej proszą i najbardziej się wstydzą). To, kiedy w takim biedaku po prostu chcesz zobaczyć człowieka i nie tylko rzucić mu, a nawet i 20 zł, ale po prostu pobyć z nim, poświęcić czas. Tak, pewnie nie zmieni to jego życia, prawda? Ale może pomoże mu zrozumieć, że nie jest w żaden sposób gorszy – po prostu jego życie potoczyło się tak a nie inaczej; skąd wiesz, gdzie ty czy ja będziemy za jakiś czas?

Świąteczna tradycja każe pozostawić przy wigilijnym stole puste miejsce dla niespodziewanego gościa, który może zapukać do moich drzwi. Pewnie sporo osób ten zwyczaj kultywuje. Ale ile z nich – a ty? – po cichu, zastawiając stół, ma nadzieję, że jednak nikt nie zapuka, że nie będzie trzeba się zastanawiać co zrobić, udawać że nikogo w domu nie ma. Czy jesteś gotów, aby takiego przypadkowego biedaka przyjąć i ugościć we własnym domu, przy swoim stole? „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić…”. To jest bardzo prosty test moich intencji i tego, czy ja w ogóle chcę zaradzić czyjejś samotności. W tych dniach – i nic dziwnego – padają pytania o to, czy przyjąłbym, konkretnie, uchodźców z Aleppo? Dramatów jest kilka: jeden taki, że niektórzy nie wiedzą, co to Aleppo i co się tam dzieje; inny – że odpowiadają, że nie, w życiu itp. (za co winę zresztą ponosi obecny rząd – w którym deklaracje w tej materii całkowicie są sprzeczne z działaniami, a raczej brakiem działań uprzednio zadeklarowanych). Ale to jest kwestia, do której postaram się wrócić w osobnym tekście.

Pisałem o tym już niedawno i powtórzę: możliwości pomocy i wsparcia, uratowania człowieka pozostawionego samemu sobie w biedzie jest tyle, ile chcesz ich zobaczyć. Są akcje Caritas – zbiórki darów dla najuboższych: można przynieść coś, można często przygotować paczkę dla konkretnej osoby czy rodziny. Ruszają już pełną parą przygotowania do wigilii dla osób biednych i (uwaga!) po prostu samotnych, które odbywają się w większych miastach – największa chyba w Krakowie – można pomóc, zaangażować się i poświęcić swój czas dla ludzi, którzy poza ubóstwem materialnym czasami po prostu pozostali sami na świecie i sobie z tym nie radzą. Można przecież rozejrzeć się także po swojej okolicy i spróbować pomóc tym, którzy – niestety regularnie – penetrują śmietniki w poszukiwaniu czegoś, co można by zjeść albo spieniężyć w skupie złomu. Albo poszukać jakiejś rodziny w okolicy, o której wiadomo, że jest im ciężko. Można zrobić bardzo wiele, ale trzeba najpierw chcieć – zobaczyć drugiego człowieka i jakoś mu pomóc. 

I na ten czas bezpośredniego przygotowania, „ostatniej prostej” przed świętami, i na sam czas świąt każdemu życzę jak najwięcej każdej z tych samotności. Tej z Bogiem i przed Nim – żeby mieć w sercu prawdziwą radość świętowania, wiedzieć co i po co świętuję. Ale także tej drugiej – nie po to, aby jej doświadczyć, ale aby czerpiąc siły z tej pierwszej chcieć i umieć wyjść do drugiego człowieka, wyciągnąć go z jego samotności, spróbować choćby jej zaradzić. W ten sposób każda z tych samotności będzie dla mnie wyzwoleniem – a przy odrobinie wysiłku po prostu dobrem dla drugiego człowieka 🙂

Dodaj komentarz