Doświadczenie krzyża

Piątek – początek życowskiego świętowania. A tu Bóg – ha! znowu w poprzek ludzkim planom – wkracza i ośmiela się oddać życie w pięknym akcie wolności i królowania. Tak po prostu. Przychodzi i oddaje życie, aby zbawić wszystkich.

Bp Grzegorz Ryś bardzo fajnie zwraca uwagę, że odczytywany w ramach wielkopiątkowej Liturgii Męki Pańskiej tekst Męki zgodnie z opisem ewangelisty Jana (J 18,1-19,42) w ogóle nie wspomina o osobie tego, kto miał być podporą Jezusa – czyli o Szymonie Cyrenejczyku. To takie znamienne – Syn Boży przechodzi według tego autora natchnionego drogę krzyżową sam, obciążony naszymi grzechami.

Trzeba wprost powiedzieć, że ten krzyż, na którym umarł Jezus – nie jest, wbrew tradycji żydowskiej, przekleństwem. Jezus umarł śmiercią przewidzianą dla najgorszych, upodlił się w ten sposób do granic. Ale zwyciężył.

Gestem, z którym ja miałem bardzo długo problem, jest adoracja krzyża – przez pocałowanie. Ot, jakoś tak nie jestem fanem obcałowywania relikwii, posągów, czego miejscami widać sporo. A jednak – tu jest inaczej. Bo krzyż Jezusa to mój krzyż, krzyż każdego człowieka. Czyli tak naprawdę Kościół proponuje i zaprasza do przyjęcia oraz ucałowania krzyża właściwie swojego, własnego, prywatnego. Tak. Przede wszystkim dlatego, że Bóg po pierwsze nie obciąża mnie żadnym innym (niczyim innym) krzyżem; po drugie, dlatego że ja bym nie uniósł żadnego innego krzyża. Dla mnie jest przeznaczony ten jeden – mój. Gest ucałowania krzyża to odpowiedź na Boże zaproszenie: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje» (Mt 16, 24).

Warto też powiedzieć jasno pewną rzecz: Bóg nie wzywa ani nie „każe” szukać krzyża. Gdzieś na drodze życia ten krzyż się pojawia, można powiedzieć – przewija. Sztuka polega na tym, aby od niego nie uciekać, ale przyjąć, przygarnąć, objąć (niesamowite ujęcie św. Jana Pawła II, który w Wielki Piątek 2005, na kilka dni przed śmiercią, przytulał z całej siły krzyż, opierają się na nim praktycznie).

I pamiętać – ja mam siłę, aby wziąć na ramiona swój krzyż tylko dlatego, że przede mną zrobił to Jezus, który przeszedł krzyżową drogę, doniósł swój krzyż do celu i zwyciężył – nie dla siebie, ale dla każdego człowieka. Dla mnie. To zaproszenie do wejścia w doświadczenie krzyża.

A przede wszystkim – bo tego często brakuje – zapamiętać, że historia zbawienia na krzyżu się nie kończy. Krzyż nie był ostatnim słowem Boga, ani też ostatnim słowem Jezusa. Krzyż otworzył drogę do zwycięstwa.

foto http://www.jp2w.pl/pl/37921/53137/Szczegolny_dar.html

Dodaj komentarz