Z uporem maniaka i rzucania krzyżem cd.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

Jezus uzdrawia kobietę – nie inaczej, ale z powodu jej uporu. Tak, nie odpuściła. Nie chciała ich zostawić w spokoju, wytrwale szukała odpowiedzi, łaski dla swojego dziecka. Do tego stopnia, że – jako kobieta, pewnie prosta (ale w ogóle – kobieta, w tamtych czasach) zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć bardzo pewnie Jemu, nauczycielowi, uzdrowicielowi. 
Niektórym wydaje się, że Bogu nie wypada mówić, prosić, zawracać głowę pewnymi sprawami, błahostkami. Przecież tyle tych ludzi ma na świecie, każdy coś od Niego chce, to co ja Mu tam będę… Ale to nie tak. On szuka pogubionych owiec. A do tych chyba najłatwiej dotrzeć właśnie, gdy będą pytały. Jak się człowiek buntuje, to i nawet krzyczeć na Bogach – dosłownie, albo w sercu – zacznie, pytać, żądać odpowiedzi. I wiesz co? To też jest droga. To też jest sposób. Szukanie wyjaśnienia, dociekanie, próba zrozumienia. Bóg tego nie lekceważy. Tak jak dzisiaj nie zlekceważył kobiety, która nie chciała dać się zbyć. 
Czy to jest jakaś pochwała robienia rzeczy na odczepne, żeby mieć święty spokój przysłowiowy? Nie. Ale dowód na to, że Bóg nigdy nie pozostaje głuchy na prośby, o ile człowiek w ich kierowaniu wykazuje się wytrwałością. Niektórzy powiedzą – akurat, tyle się modliłem o coś, i nic. Nic? A może była odpowiedź, tylko nie taka, jakiej byś chciał, jaką sobie wyobrażałeś – więc żeś się obraził? Może, z innej strony, domyślałeś się – taka będzie odpowiedź – ale jakby u Boga szukałeś zanegowania tego, że jednak może być inaczej, i zawiodłeś się, że On tylko potwierdził… Gdzie jednak w tym Jego wina? 
Można być człowiekiem wielkiej wiary – i nie zdawać sobie z tego sprawy. Tak jak ta kobieta – pewnie się zdziwiła, na chłodno analizując, już po uzdrowieniu dziecka, te słowa do niej skierowane przez Jezusa. Ale można też być pewnym siebie i zapatrzonym w lustro małym biednym łajdakiem – któremu wydaje się, że osiąga Himalaje w kroczeniu drogą Boga. Oj, można się zdziwić… Grunt, aby się nie poddawać, nie słuchać wszystkich tych lekceważących docinek czy rad – po co, daj spokój, nie warto, nic nie zdziałasz. Jak odpuścisz – nawet na pewno, samo się nie zrobi. Ale kiedy nie odpuścisz, będziesz pukać do skutku, zadawać pytania i dociekać – wiele możesz zdziałać. I to nie tylko w odniesieniu do relacji z Bogiem – ale w życiu też. Zresztą, za czas niezbyt długi sam będę miał co najmniej 3 płaszczyzny przekonania się, że tak jest (obym przygotował się wystarczająco, aby dać radę).
>>>

No i stało się. A inaczej – postawili na swoim. Krzyż został – bo co, przepraszam, księża i harcerze mieli się bić o niego z dość sporym tłumem ludzi (mylnie – acz święcie) przekonanych, że bronią wolności, polskości, katolicyzmu i Bóg wie czego jeszcze? 
Krzyż został tam, na Placu Zwycięstwa, sprofanowany – i taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo owijać to w przysłowiową bawełnę pewne osoby czy niektóre media chcą. To boli najbardziej – poza tym, że ci, którzy się czynu tego dopuścili w ogóle tego nie rozumieją… 
Nie ma co przelewać z pustego w próżne. Zacytuję kilka wypowiedzi osób pewnie sporo mądrzejszych ode mnie, z którymi się utożsamiam. Pogrubienia własne.
Ci rozhisteryzowani fanatycy odgrywający spektakl nienawiści w imię obrony krzyża – to moi „bracia i siostry”? Oni są tam gdzie ja? Czy oni jeszcze pamietają że na krzyżu umarł Jezus? I że krzyż jest symbolem miłości , pokory, uniżenia, oddania ? Myślę, że nikt w ostatnich czasach bardziej nie sprofanował tego znaku jak dzisiejsi „obrońcy” i ich poplecznicy. Nie wiem ile osób po dzisiejszych wydarzenia odejdzie od Kościoła. Myślę , że będzie ich trochę. To jest antyewangalizacja w czystym wydaniu.
(Dudi na swoim drugim mniej prywatnym blogu, a bardziej poświęconym sprawom bieżącym kraju i nie tylko)

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak – zdawałoby się – inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd – i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi… Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.

(Jan Turnau na swoim blogu)

To, co się 3 sierpnia 2010 roku stało pod Pałacem Prezydenckim, pokazuje nie tylko słabość instytucji Kościoła katolickiego w Polsce. Dowodzi czegoś znacznie gorszego – słabości wiary ogromnej rzeszy polskich katolików. Gdybyśmy bowiem mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, nie byłoby w ogóle problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nikt by się nie odważył. To, co tam się dzieje od wielu tygodni jest możliwe dlatego, że w Kościele katolickim w Polsce nie tylko nie ma zdecydowanego sprzeciwu, przeciwko instrumentalnemu traktowania świętego znaku zbawienia do celów całkowicie sprzecznych z jego treścią, ale jest szerokie przyzwolenie. Jest aprobata nie tylko w jakichś marginalnych grupach, ale w dużej części tych, którzy powinni bronic krzyża przed zmanipulowaniem ze szczególnym zaangażowaniem – wśród duchownych.

Dzisiaj również pod Pałacem Prezydenckim można było usłyszeć głosy negujące ważność kapłaństwa duchownych, którzy tam się pojawili. Dziś po raz kolejny zostały wykrzyczane. Ale od lat istnieją przecież w polskim Kościele bardzo aktywne środowiska ponad głowami biskupów dzielące księży na „prawdziwych” i „nieprawdziwych”. W imię fałszywie pojmowanej troski o jedność Kościoła nie spotyka ich za to nawet nagana. Tymczasem jest to jedna z bardziej ropiejących ran faktycznych podziałów, a nawet rozbicia wspólnoty polskich katolików. Wszystko wskazuje na to, że kryzys autorytetu w naszym Kościele będzie się pogłębiał w bardzo szybkim tempie.

Gołym okiem widać, że koczujący pod warszawskim krzyżem „obrońcy” pilnie potrzebują ewangelizacji. Po to, żeby wiedzieli, iż za Mickiewiczowskim „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem” kryje się nie treść polityczna, ale głęboko religijna. Czy w ciągu ostatnich tygodni ktokolwiek podjął wobec tych zagubionych i przekonanych o tym, iż działają w dobrej wierze, jakąkolwiek misję pozwalającą im zrozumieć, co naprawdę w chrześcijaństwie oznacza krzyż? Nie słyszałem o czymś takim.

 (ks. Artur Stopka na swoim blogu)

3 sierpnia 2010 to smutny dzień dla Polski. Tego dnia Polska ugięła się przed mieszaniną religijnego fanatyzmu i politycznego cynizmu, który łączy garstkę nawiedzonych na ulicy z grupą cwanych polityków w ich gabinetach, a wszystkiemu przyglądają się podekscytowane media.

To, co się stało – rezygnacja z przeniesienia krzyża, umycie rąk przez Metropolitę Warszawskiego, który stwierdził, że Kościół nie jest stroną w tym sporze, chwały Kościołowi hierarchicznemu nie przynosi. Przegrany jest Kościół, przegrane jest państwo polskie, przegrany jest rząd, przegrany jest zdrowy rozsądek, przegrani są wszyscy, ci, którzy łudzili się, że żyjemy w normalnym europejskim kraju, ba, w kraju, który rości sobie prawo do pouczania innych na czym polega demokracja. Wygrał PiS, prezes Kaczyński, ojciec Rydzyk, Gazeta Polska – teraz oni będą dyktować warunki. Cieszyć może się lewica – dostała prezent, ciekawe, co z nim pocznie. Ciekawe, co zrobi Platforma, co zrobią partia i rząd, bo dobrego wyjścia już nie ma. Pozostaje mniejsze zło.

(Daniel Passent na swoim blogu)

Krzyż pod Pałacem jest symbolem protestu politycznego wymierzonego w obecny obóz rządzący i podsycanego przez PiS. Posłuży jako punkt zbiórek przeciwnikom prezydenta Komorowskiego.
Ale pozostanie krzyża jest też klęską Kościoła. Oto, jaki ma posłuch i respekt wśród rozmodlonych obrońców krzyża. Księży mających asystować przeniesieniu obrzucono wyzwiskami, tak samo jak władze świeckie.

Tłum pod krzyżem przypomniał mi sceny z ,,Śmierci prezydenta””, kiedy podżegano do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, co skończyło się śmiertelnymi strzałami na schodach Zachęty. Strzelał ówczesny wzmożony patriota.

Podobne ciarki przeszły mi po plecach, kiedy patrzyłem, jak dwóch niezrównoważonych mężczyzn przerywa posiedzenie Sądu Najwyższego. I znów funkcjonariusze nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Krzykacze nie wychodzą, wychodzą sędziowie.  

Krzyżowym tłumom nie ma co tłumaczyć, gdzie jest linia graniczna  między obywatelskim nieposłuszeństwem a szacunkiem dla instytucji i procedur demokratycznego państwa. Ale ja do tych tłumów mam mniej pretensji niż do Kaczyńskiego, który tę agresję podsyca.  PiS zwycięża, ale ceną tego zwycięstwa jest anarchizacja polityki i kierowanie jej na manowce.        

(Andrzej Szostkiewicz na swoim blogu)

Bogu to nie zaszkodzi. Może – a nawet na pewno – przykro Mu z powodu tego wszystkiego, tego z rozmysłem i absolutnie celowo kreowanego przez jedną opcję polityczną (PiS) z pomocą kilku medialnych sprzyjających jej tytułów przedstawia, a druga jednocześnie nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić; no i pośrodku tego hierarchowie Kościoła, którym znowu brakuje woli? chęci? umiejętności? jednoznacznego zajęcia stanowiska, używając swoje autorytetu, póki go jeszcze mają. 
Kościół też to wytrzyma. Większości księżom jest wstyd, współczują współbratom w  kapłaństwie, których ludzie tam wczoraj tak a nie inaczej potraktowali. Może co najwyżej jeden czy drugi biskup podrapie się po głowie, zastanowi nieco, ale pewnie wewnątrz KEP nie wysilą się na coś wspólnego, konstruktywnego, autorytarnego. Bo po co. Przecież ci, co tam te burdy urządzają – no chodzą do  kościoła, na tacę dają, to co sobie człowiek będzie w stopę strzelał… 
Dzisiaj Kościół stawia właśnie przed  pewnie nimi – duchownymi – św. Jana Marię Vianneya, patrona proboszczów. Czy to proboszcz, czy biskup – przecież też proboszcz, tylko że parafia większa. Trafił na zabitą dechami dziurę we Francji w czasach, którym do świętości gdy chodzi o sposób życia bardzo dużo brakowało. I co? I nic. Usiadł i zabrał się do roboty. Jak się zabrał, to po kilkanaście godzin spowiadać potrafił – taki był jego charyzmat. Nie siedział cicho, nie udawał że nie ma problemów, nie starał się dobrze z ludźmi żyć, kosztem mówienia prosto w oczy tego co źle robią. A jaki jest charyzmat dzisiejszych biskupów? W czym się wykazują, poza pisaniem przydługawych listów, najczęściej niezrozumiałych dla słuchaczy z powodu formy, albo powtarzających w kółko te same slogany? Teraz, właśnie w takich sytuacjach, biskup powinien umieć zająć jasne stanowisko, użyć swego autorytetu. Sam przyjść pod krzyż. Tak jak Jezus przyszedł – wiedząc, co Go na nim czekało.
A co z ludźmi, którzy to wszystko – z bliska, daleka – obserwowali? Dla ilu będzie to zgorszenie?

Spacer po grzbietach fal i rzucanie krzyżem

Skoro tłum został nakarmiony, Jezus zaraz przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. Gdy się przeprawiali, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali [posłańców] po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni. (Mt 14,22-36)
Tacy już jesteśmy. Różnie to bywa, ale boimy się tak samo – strasznie, i bardzo często bez powodu, albo bez sensu wręcz. Albo – nie tego, co trzeba, podczas gdy lekceważymy to, co faktycznie powinno strachem napawać. Taka np. perspektywa zatracenia, utraty zbawienia. 
Warto zwrócić uwagę – Jezus troszczy się o uczniów. Każe im już odejść, odpłynąć, a sam zajmuje się ludźmi. Kiedy wszystko zrobił – nie udaje się od razu za nimi. Powierza to wszystko Bogu – modli się. Jak to nazwał Jan Turnau – współmyślał z Ojcem. Skoro Bóg Ojciec i Syn Boży to Jedno – właściwie trafne spostrzeżenie. To ważna, a często – w tym wypadku, w perspektywie cudownego dalszego ciągu – pomijana prawda. Modlitwa to nie tylko coś, czemu się oddajemy, gdy czasu zbywa, gdy mamy czas wolny. Modlitwa to oddech serca, który przenikać ma każdą czynność, stanowić naturalny łącznik pomiędzy tym wszystkim, co – jedno po drugim – podejmujemy w ciągu dnia, czy to w ramach pracy, nauki czy czasu wolnego. Wplatać je w siebie umiejętnie. 
Wracając do rzeczy – środek jeziora, burza, wiatr. Na pewno się bali – nawet, gdy większość z nich to rybacy, którzy nie pierwszy raz w życiu pewnie znaleźli się w takich okolicznościach. A jednak się bali. Pytanie, wcale nie retoryczne – czego bali się bardziej? Wichury i burzy – czy Jezusa, gdy do nich zbliżył się, krocząc po wodzie? Nie, nie używał do tego batoników MilkyWay (dla niezorientowanych – rzekomo lżejszych od mleka), nie musiał. Pewnie zbaranieli – jak zwykle, odezwał się więc Piotr. Notabene – może dlatego jemu Jezus powierzył prymat? Umiał się odnaleźć w trudnych sytuacjach, zająć stanowisko (co nie przeszkodziło później mu się wyprzeć Go trzy razy). 
Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Więc Piotr się upewnia – to Ty? Mały test od razu – jeśli Ty, to niech przyjdę do Ciebie po wodzie. Po ludzku przecież to niemożliwe. Dobrze, zatem przyjdź. No i wziął, i jak siedział – tak poszedł. Wicher wyje, wody się pienią, sytuacja nieciekawa – a on, jakby nigdy nic, idzie sobie na grzbietach fal. Uwierzył? Upewnił się? Trudno by było nie. I co się stało? To, co zwykle. Wynikające z naszej małości i niedowiarstwa – wątpliwości. Przeraziła go ta kipiel – mimo, że Pana miał na wyciągnięcie ręki! No to tonąć zaczął. 
Gdy człowiek odwraca się, przestaje patrzeć w stronę Boga – gubi go to. Tak jak by Piotra zgubiło, gdyby nie wyciągnął go Zbawiciel wtedy z wody. Czego zabrakło? Wiary? To, co widzialne, namacalne – wtedy woda, wiatr, warunki – przesłoniły to, co silniejsze od praw natury, a właściwie Kogoś, komu te prawa muszą być poddane, bo jest także ich Panem.Człowiek jednak widzi i kieruje się bardziej tym, co pozorne. Czemu? Bo to łatwiejsze do zaobserwowania, bardziej się rzuca w oczy. A że złudne? Skoro nie uwierzysz w coś niewidzialnego, a mocniejszego, to co za różnica…
Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Czemu o tym zapominamy? Bóg jest Panem wszystkiego, bez względu na to, jak dana sytuacja, zjawisko, wydaje się nam niezrozumiała, przerastająca nasze możliwości poznania i ogarnięcia, nasze siły i umiejętności. Co takiego się stało, że wątpisz? To nie ma znaczenia. A właściwie – ma o tyle, o ile zgodzisz się i zrobisz wszystko, aby to przemóc. Bóg jest większy. On jest. To wystarczy. O ile Ty sam w to uwierzysz – nie tylko na chwilę, ale w ogóle. Zrób z tego punkt odniesienia. I spróbuj. Na pewno On cię nie zawiedzie. Przejdziesz z Nim przez wodę, pustynię, spieczoną ziemię – przejdziesz wszystko to, przez co On chce cię przeprowadzić, abyś osiągnął prawdziwe szczęście. O ile Mu zaufasz. 
>>>
Od rana, a właściwie od wczoraj – nic innego, tylko kręcenie aferki wokół krzyża ku pamięci ofiar Smoleńska. Przeraża mnie to. Ja rozumiem – spontaniczny zryw, symbol zjednoczenia i modlitewnej pamięci o tych, którzy wtedy zginęli. Krzyż bardzo dobrze spełnił swoją rolę – stał się, ten konkretny krzyż, symbolem. I słusznym jest postulat, aby symbol trwał. Oczywiste jest jednak, że plac przed Pałacem Prezydenckim nie jest do tego miejscem – że są miejsca bardziej godne. Kościół nie ma tu nic do decydowania – mógł sugerować, krzyż to przecież inicjatywa harcerzy, a stoi (jeszcze) na terenie Kancelarii Prezydenta RP. Pewnie na skutek jakiś rozmów, ustalono iż ma zostać przeniesiony do kościoła św. Anny – dzisiaj na jakiś czas, a po powrocie z pielgrzymki na Jasną Górę, pozostać tam na stałe. 
Więc niech mi ktoś wyjaśni, po co ten raban? W wyborach było przerzucanie się trumnami –  a to ofiar ze Smoleńska, a to Barbary Blidy. A dzisiaj mamy piękny przykład przerzucania się… krzyżem. Krzyżem – symbolem zwycięstwa nad słabością, grzechem, śmiercią, symbolem nadziei. Ten właśnie symbol używany jest jako oręż przez ludzi, którzy – niestety, mam takie wrażenie – bardzo się cieszą, że  można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, jakby wracały czasy jak z pewnej nie tak odległej epoki, gdzie jasny był podział na my i oni. Przykro mi, ale tak to wygląda. Co ma do krzyża komitet polityczny PiS, który rości żądania, aby pozostał tam, gdzie jest, do momentu zastąpienia go pomnikiem? Po mojemu – nic. Po co te zbiegowiska? Dosłownie – to wygląda jak okupowanie, analogia do strajków w stoczni jest dość oczywista.
Sytuacja jest absurdalna. Harcerze, w spontanicznym geście tuż po tragedii, postawili krzyż, aby jednoczył. A dochodzi do tego, że dzisiaj… tłumaczą ludziom, jakie były powody porozumienia z Kancelarią, czemu krzyż zmieni miejsce… Po co to? Po co ludzie się wtrącają? Po co kość niezgody robić z czegoś, co odegrało tak istotną rolę w tych pierwszych dniach po tragedii? Powiem szczerze – jak tak tego słucham, to naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby harcerze – dzisiaj to niemożliwe, za dużo pikietujących tam – zabrali w nocy ten krzyż i sami umieścili go, po cichu, z szacunkiem, w jakimś kościele. Dokładnie tak. Skoro ludzie nie potrafią uszanować tego symbolu, skoro wolą się o niego kłócić i używać jako argument w politycznych przepychankach – to trudno, ich strata. 
Z tego, co czytam (10:14 wtorek 03.08), to już zaczyna się to przeradzać w manifestację jakąś. Wyzwiska, pogróżki pod adresem dziennikarzy, którzy się tam zlecieli… Wiadomo – sensacja, która wisiała w powietrzu od kilku dni. Tylko ci pikietujący – z kim chcą walczyć? Bo tego w ogóle nie rozumiem. Decyzja została podjęta, porozumienie pomiędzy Kancelarią Prezydenta, harcerzami i Kościołem zawarto, nie ma o czym mówić. Decyzja jest sensowna, krzyż będzie stał w miejscu sakralnym, gdzie będzie można również gromadzić się przy nim na modlitwie. Więc po co ta szopka? „Polsko obudź się!”, „Katyń trwa”, „Czy Bóg tak chciał?”, „Czy zdrajcy i NKWD są tak silni?” – to niektóre z haseł i sloganów, jakie tam rozbrzmiewają.  Ludzie wypisują na transparentach „żądamy pozostawienia krzyża” – tylko że nikt go nie usuwa, nie niszczy, tylko przenosi w bardziej odpowiednie miejsce. Jest już nawet Społeczny Komitet Obrony Krzyża. Przeraża mnie to. Krzyż potrzebuje komitetu do obrony?
Niby to spontanicznie… pojawia się nowy, kolejny krzyż. „10 kwietnia 2010 – 3 sierpnia 2010 kolejny krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim”. Nieoficjalnie, smsowo zwoływane są osoby, które mają ok. 12:30 zgromadzić się na, bliżej nieokreślonym co do celu i przeznaczeniu, marszu. Co to? Medialna aferka, z dramatycznym motywem w tle. Inicjatorzy – niestety, PiS. Bo to politycy tego ugrupowania, niby to przypadkiem, pojawią się na owym marszu.
Znamienne jest to, co jeden z zapytanych obecnych na miejscu, powiedział dziennikarzowi Onetu: „Nie wiem, co robi tu ten krzyż. Przecież w tym miejscu nie wydarzyła się żadna tragedia. Powinien trafić w miejsce, które bardziej sprzyja zadumie i refleksji. Tu ludzie tylko się kłócą”. Krzyż stanął tam, bo tam ludzie symbolicznie się modlili w intencji ofiar. Teraz oczywiste jest, że musi zostać przeniesiony – więc po co to wszystko? Żeby zdobyć kilka punktów w słupkach wyborczych.

Nie zgodzę się z tym, co napisał na swoim blogu Tomasz Terlikowski: Ludzie, którzy stoją przed Pałacem Prezydenckim są głęboko przekonani (i w tym momencie nie ma najmniejszego znaczenia, czy mają rację czy nie), że walczą o krzyż, o wiarę, o pamięć, i o Polskę. Nie, panie Tomaszu – ma. Bo należy wyprowadzić ich z błędu – uświadomić (a raczej – spróbować, bo pewnie i tak nie zrozumieją, ale trzeba próbować), że są narzędziami przysługującymi się konkretnej opcji politycznej. Tu nie chodzi o usuwanie krzyża jako symbolu wiary, dyskredytowanie ludzi wierzących czy prześladowanie chrześcijaństwa – a o uporządkowanie w sposób przemyślany sytuacji powstałej spontanicznie, i przeniesienie tego symbolu w bardziej właściwe miejsce, miejsce kultu, do świątyni.

Sam tenże autor przypomina i wskazuje na analogię: sytuacja dzisiaj przed pałacem, a wielokrotne starcia pomiędzy różnymi stanami a władzami komunistycznymi. Problem polega na tym, że to nie jest to samo, że sednem dzisiejszej sytuacji nie jest walka z wiarą przez z gruntu zły system. A że pojawiła się policja i straż miejska – cóż, skoro jest zaplanowana uroczystość przeniesienia krzyża – sedna i centrum sporu – to jakoś trzeba zapewnić dyscyplinę na miejscu, aby zaplanowana ceremonia mogła się odbyć, tym bardziej skoro wokół tyle emocji i ludzi, którzy najwyraźniej szukają łatwej okazji do jej fizycznego rozładowania.

Nie można mówić, że skoordynowane, przemyślane i przecież na spokojne ustalone sposoby, termin i miejsce przeniesienia krzyża są na chybcika – co sugeruje autor – skoro jest to wypadkowa ustaleń pomiędzy Kancelarią Prezydenta, kurią biskupią i harcerzami. Wypracowano kompromis. I uważam, jest to słuszne. Bo gdyby krzyż miał stać tam dalej – cóż, doszłoby do sytuacji, gdy ten plac przed pałacem prezydenckim stałby się jakimś dziwnym miejscem pamięci… po wydarzeniu z pewnością tragicznym, ale przecież które miało miejsce zupełnie gdzie indziej. Symbolem jest, był i będzie – bez względu na to, gdzie znajdujący się – właśnie ten krzyż. A plac prezydencki był jedynie miejscem, gdzie wtedy, w dniach żałoby, gromadzili się rodacy, aby oddać hołd. Plac i sam pałac jest miejscem pracy i urzędowania prezydenta – z jakiej by on opcji politycznej nie był – jako reprezentanta Polski na świecie i sprawującego władzę w imieniu narodu – więc nie można robić mauzoleum ani z jednego, ani z drugiego.

Przy okazji – ciekawe są komentarze pod tym wpisem na blogu autora, drugi i trzeci (autorzy Lear i Tatko10 – niestety, blogi Frondy nie udostępniają opcji bezpośrednich linków do konkretnych komentarzy).

Źródło – oświadczenie wspólne władz kościelnych, państwowych i harcerzy odnośnie krzyża 

>>>

Dwie ciekawostki do poczytania:

Co w tych spichlerzach?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

Zadziwiające jest, jak bardzo ludzie potrafią się zmieniać. Naprawdę. Z człowieka o poukładanym systemie wartości (bo przecież o to wszystko się rozbija) powstaje ktoś, komu wydaje się, że nie ma żadnych ograniczeń, że może dosłownie wszystko. Najgorsze, gdy w tym wszystkim zaczyna mu się wydawać to, o czym Jezus mówi: mam kasę na wszystko, więc nikt mi nic nie zabroni, nie ma dla mnie ograniczeń. Bóg? Ja jestem swoim bogiem – sam ustalam swoje granice, a że nie są mi na rękę – to ich nie ma. 
Niestety, coraz częściej mam wrażenie, że prawdą jest, gdy się mówi – im więcej masz, tym więcej chcesz. Widzę to jakby po sobie. Zbyt wielkim doświadczeniem życiowym poszczycić się nie mogę – ale te ćwierć wieku po świece chodzę, i to i owo widziałem. Nie tylko siebie mam na myśli. Choćby jedno z moich rodziców – osoba, z której w tym sensie mogę być dumny, ponieważ będąc na bardzo wysokim i odpowiedzialnym stanowisku, ani razu nie skorzystała z (niejednokrotnie, z pewnością, nadarzającej się) okazji dorobienia za pomoc w załatwieniu czegoś. Zawsze uczciwie, żadnych układów, łapówek itp. Ale z drugiej strony – zarabia sporo (wg mnie – bardzo dużo), a jednocześnie cały czas w rozmowach przewija się motyw: a ten to poszedł w biznes i ma to, to i to… a tamten to nakradł i nabrał łapówek – i ma tyle a tyle więcej… Z jednej strony – świadomość: to jest złe. Ale z drugiej – a na ile więcej on sobie może pozwolić… 
Ja sam? Cóż, materialne sprawy ciągną, niestety… A to by się laptopa chciało – bo w sumie to potrzebne i chyba konieczne będzie na aplikacji, żeby bardziej mobilnym ze sprzętem całym być, móc coś robić po drodze, mieć przenośne biuro takie, przydatne w branży – ale z drugiej strony: czy to jest potrzebne i konieczne? A to by się jakiś inny gadżet – mp3, cyfrówkę (a co tam – lustrzankę cyfrową od razu!). Teraz, w perspektywie powiększenia się rodziny – samochód muszę mieć jak tylko prawko zrobię, no i kolejna kwestia – a może by mały kredycik, żeby parę bajerów miał, nowszy był, lepszy, bardziej szpanowny…
Drodzy państwo – materialistami cholernymi jesteśmy, przepraszam za sformułowanie. A jeśli ktoś nie jest – to jest naprawdę bardzo dumnym i chlubnym wyjątkiem, i ja mu tego zazdroszczę. Ja z materializmem osoby swej walczę od lat, z różnym skutkiem – i cieszę się z każdego małego zwycięstwa, jak cieszyłem się gdy np. nie kupiłem nowego telefonu (stary do rzeczy był, a przy nowej umowie i tak za 1 zł równie dobry nowy sami mi dadzą) albo jak, wszedłszy do księgarni, wyszedłem z 1-2 książkami, a nie torbą książek za równowartość 1/5 pensji (tak, z książkami definitywnie trudniej jest…). 
Co do ewangelii – ciekawy wniosek się nasuwa: skoro w przypowieści rozbija się o to, że człowiek chciał na siłę gromadzić to, na co nie miał miejsca, to znaczy, że powinniśmy się ograniczać w zbieractwie. A że zbieramy wszystko – rzeczy naprawdę, średnio i w ogóle nie potrzebne – to dotyczy to każdego z nas. Zanim na coś wydasz kasę – pomyśl. Zastanów się, czy tego potrzebujesz. Pewnie stwierdzisz – przydało by się to do… Tak, ale czy to jest konieczne? Czy nie dasz rady bez tego? Czy nie masz ważniejszych potrzeb? Nie mam. A nie ma innych, poza czubkiem mojego nosa, którzy bardziej tych kilku złotych potrzebują, niż moje kolejne wymysły? Mało to biednych i potrzebujących naokoło? Jest Pajacyk, Okruszek i tyle innych akcji w samym internecie – a i tak ludziom jakoś za ciężko nawet kliknąć ten raz dziennie. Ale po kilkaset złotych polskich na głupoty wydać – to już nie. 
Jeśli przestaje ci się mieścić twój pieczołowicie zbierany dobytek – to nie znaczy, że  trzeba większego mieszkania z bardziej pojemnymi szafami szukać. Ale że za dużo obrosłeś w dobra – tak jak ten facet z ewangelii ze zbożem. Nie ma co zbierać dalej. Usiądź, pomyśl. Nie bój się podzielić – pozbyć się tego, co naprawdę i pod każdym względem jest ci zbędne. Są tacy, którym się to naprawdę przyda. Daleko szukać nie musisz – są MOPSy, punkty Caritas, na osiedlach stoją kontenery gdzie można wrzucić odzież. A może po prostu znasz kogoś – sąsiad w bloku, na osiedlu – który tej pomocy konkretnie, on właśnie, potrzebuje, i po prostu brakuje ci odwagi, żeby z tą pomocą przyjść, choć to nic nie kosztuje, a tobie przecież zbywa…
Marnujemy życie na ciągłe powiększanie, albo burzenie i stawianie takich nowych spichlerzy. Nie mamy czasu i siły cieszyć się z tego, co najważniejsze, albo nawet z tego, co w te spichlerze upychamy – bo już znowu trzeba je powiększać, albo martwić się, czy ktoś czegoś nie ukradnie. Ot, nerwicy z łatwością nabawić się można. Po co? Warto?
A gdzie w tym wszystkim dusza, serce, miłość, dobroć? Pewnie, można bez tego żyć – wielu pokazuje to w mediach na codzień, szczycąc się tym nawet. Tylko że nic z tego nie wynika. Bo te spichlerze i to, co w nich upchniesz, ile by ich nie było – i tak jest bez znaczenia. Liczy się tylko to, co z serca – właśnie dobroć, miłość, miłosierdzie, ufność, gotowość do pomocy, serdeczność, przyjaźń, itp. Szczęśliwy koniec końców będzie tylko ten, kto swoje spichlerze nimi właśnie napełni – bo one wystarczą. I nawet najwięcej spichlerzy napełnionych ziarnem, kasą, czymkolwiek materialnym nie pomoże temu, któremu tych prawdziwie wartościowych dóbr zabraknie. 
>>>
Skleroza, zapomniałem. Ostatnimi czasy napisałem o o. Wacławie Hryniewiczu OMI. I jakoś tak wyszło, dzień później składałem dokumenty na aplikację. I wracając, szedłem sobie przez Gdańsk (znam kościoły), i tak ni z tego, ni z owego wszedłem do jednego. Hehe, przypadek? Tak, do kościoła oblatów właśnie 🙂
>>>
Czy różaniec na palcu albo gazeta katolicka może być świadectwem?
Coraz częściej się przekonuję – tak. Czy to jak odmawiam różaniec za pomocą urządzenia na palec – jak ludzie się przyglądają, co on tak tym kręci… A nawet jak nie odmawiam – widzą krzyżyk, paciorki, domyślają się. I często jest jakiś tam uśmiech – nawet nie politowania czy pogardy. Jakby taki dowód uznania – on nosi różaniec na palcu, a mnie może brakuje odwagi.
Z radością też widzę, że coraz więcej młodych ludzi takie nosi. I w ogóle się tego nie wstydzi. 
Tak samo z gazetami jest. Nie wiem, czy to wyraz braku obiektywizmu – ja czytam tylko Gościa Niedzielnego – bo uważam za najlepszy tytuł, najwyższy poziom (co zresztą cały czas odzwierciedlają statystyki sprzedawalności – ciągle rosnące, najlepiej sprzedający się tygodnik nie tylko katolicki, ale w ogóle!). I często, jak jadę sobie kolejką czy autobusem, to tak spode łba patrzę sobie na ludzi, którzy obok mnie siedzą, czy naprzeciwko. Starsze osoby czasem zdziwione – szczególnie gdy osoba ta ma widoczny krzyżyk na szyi, różaniec na palcu (a czasem w ręku). Czy to, że młody człowiek czyta wartościową prasę, jest dziwne? Chyba pozytywne. A młodsi? Czasami politowanie – jak zobaczą, nie tyle nagłówek, co foto jakiegoś księdza, krzyż czy grafikę religijną. A czasami zainteresowanie, nawet próbują czytać przez ramię.
No i dobrze. Skoro nic innego nie wychodzi – to niech chociaż przez ciekawość popatrzą na tą wiarę. Bo może to ona – ciekawość właśnie – zachęci do zagłębienia się w wiarę, poznania jej – gdy brakuje wiary wyniesionej z domu, albo gdzieś się zapodziała po drodze.