Pamiętasz o modlitwie za zmarłych księży?

Tak sobie przeglądałem diecezjalną galerię zdjęć, i natrafiłem na fotografie z niedawnej Mszy Świętej za zmarłych biskupów i kapłanów. Tradycja wieloletnia, sam przez ładnych kilka lat w nich uczestniczyłem, zawsze na początku listopada. 
I między tym wszystkim m.in. takie zdjęcie. Jedno z wielu, a jednak bardzo wymowne, przynajmniej dla mnie. W kościele jest bardzo mało świeckich. W niewidocznej części ławek, z prawej strony, która nie zmieściła się w kadrze, siedzieli alumni miejscowego seminarium. Można się domyślić, dla zagęszczenia wizualnie ilości osób na Mszy. Mimo, że była o tym wydarzeniu informacja na stronie diecezjalnej (inna rzecz – mogła być sporo wcześniej…), że informowali o tym księża w parafiach – frekwencja, wg mnie, bardziej niż słaba. 
Można sprowadzić to do wniosku – przecież ludzi coraz mniej do kościoła w ogóle chodzi, coraz mniej deklaruje się jako wierzący, więc o co chodzi? Tylko wpisuje się to w taką właśnie tendencję. Tylko że tutaj problem jest nieco inny, bo jak długo pamiętam, na tych mszach mało kto był. Mimo, że to tylko godzinka, raz w roku. Nie za każdego księdza osobno – za wszystkich razem, księży i biskupów. 
Nie modlimy się za swoich duszpasterzy. Tak, sam mam do księży i wielu ich postaw bardzo krytyczny, niektórzy by powiedzieli: antyklerykalny stosunek. Zgadza się, i nie wstydzę się tego; to wynik wieloletniej obserwacji środowiska z naprawdę bliska, wyczulenie na pewne zachowania, które nie każdy zauważa. Ale to bez znaczenia w tej sprawie. Jeśli jesteśmy wierzącymi, jeśli bierzemy sobie do serca naukę Jezusa – to modlitwa jest podstawą. Nie tylko wtedy, jak się grunt pali pod nogami – tobie, twoim najbliższym, rodzinie, przyjaciołom – ale i w innych sytuacjach, kiedy modlitwa to pomoc potrzebna, choć problem ciebie nie dotyczy. 
Księża, jacy by nie byli, rezygnują dobrowolnie z posiadania rodziny, a więc tej naturalnej grupy ludzi, która w przyszłości – dzieci, wnuki – otaczała by pamięcią modlitewną zmarłą osobę. My, zakładam, świeccy mamy i za kilkadziesiąt lat to kolejne nasze pokolenia przyjdą na nasze groby, zapalą świeczkę, zamówią mszę w rocznicę urodzin czy śmierci. Księża są tego, w pewnym sensie komfortu, pozbawieni. Oni, można powiedzieć, mają „tylko” tych, którym posługują – wprowadzają do Kościoła przez chrzest, katechizują, przygotowują do kolejnych sakramentów i udzielają ich, błogosławią związki małżeńskie, i wreszcie kiedyś odprowadzają z modlitwą Kościoła na cmentarz. I jeśli te osoby, dopóki żyją, nie pamiętają w modlitwie o kapłanach, którzy dla nich pracowali – to kto ma pamiętać?
Może się okazać, że gdy zapomnisz w modlitwie o jakimś duszpasterzu, być może od wielu nieżyjącym, to w modlitwie o nim nie będzie pamiętał już nikt. Jesteśmy im winni naszą wdzięczność. Przecież inaczej, niż modlitwą, tym którzy już odeszli nie możemy pomóc.

Mycie nóg w praktyce

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
O czym jest ten tekst? O wielkości. O nie dającej się po ludzku opisać wielkości prawdziwego Boga, który jednocześnie nie mógł bardziej być człowiekiem. O Bogu, który – największy, najpotężniejszy, pełen łaski i mocy – uniżył się jak ostatni ze sług. Po co to wszystko? Z pokory. Z miłości, która nie ma granic, i którą kieruje, wylewa na każdego z nas. Dla tej miłości, która nie ma końca. To do dzisiejszych słów nawiązuje piękna IV modlitwa eucharystyczna, gdzie słyszymy:

Kiedy nadeszła godzina, * aby Jezus został uwielbiony przez Ciebie, Ojcze święty, * umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, * do końca ich umiłował, * i gdy spożywali wieczerzę, wziął chleb, błogosławił, * łamał i rozdawał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane. Podobnie wziął kielich napełniony winem, * dzięki składał i podał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza,która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę.

Reakcji Piotra, a także ogólnego zdziwienia pozostałych, nie można tylko starać się tłumaczyć tym, że byli prostymi ludźmi, rybakami, rzemieślnikami. Wierzyli, że był prawdziwym Bogiem, Mesjaszem, zapowiadanym i wyczekiwanym Zbawicielem. A On – co? Ledwo przepasany prześcieradłem, bierze miednicę i, klękając, zaczyna obmywać nogi zebranym. Piotr poszedł na pierwszy ogień – i znowu, wybuchowość i gwałtowność górą. Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał! Jezus dwa razy wyjaśnia, co chce zrobić – Kefas jednak dalej daje się zwieźć pozorom. Nie i koniec!

Dopiero obawa wykluczenia z tego, co jest celem i końcem, ukoronowaniem wędrówki ich wszystkich za Jezusem, każe mu się opanować. Dalej nie rozumie – ale wie, że tak należy postąpić. Tak mówi Pan. Zabawnie nieco mogło wyglądać – w jednej chwili bronił się przed umyciem nóg, aby chwilę później nalegać na umycie także rąk i głowy. Nie rozumie, ale daje się przekonać – to ważne, aby w swojej zatwardziałości nie ugrzęznąć bez sensu, ale umieć zmienić zdanie, gdy się jest w błędzie.

Ale to była prosta część tej lekcji. Dać umyć nogi Mesjaszowi – jeszcze zrozumiałe, skoro tego żądał sam. Ale co dalej? Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.O, z tym to już gorzej. Taką samą postawę mieli mieć względem siebie. My ją mamy mieć względem siebie. Nie w tym rzecz, aby sobie nic tylko nogi nawzajem myć – to symbol, przenośnia. Czego? Pokory, ducha służby. One mają nas prowadzić – między sobą, do siebie. Czasami to trudne, bolesne, albo wręcz prawie niewykonalne. A bo te nogi do obmycia zapuszczone, brudne, chore. A bo jak tu okazać pokorę i usługiwać komuś, z kim pół życia (albo i więcej) jest się pokłóconym, czasami nawet nie pamiętając już, o co?

Tak samo, jak Jezus – od Boga wyszliśmy i do Niego idziemy. Raz narodzeni w czasie, istnieć nie przestaniemy. Będziemy nieśmiertelni, a śmierć będzie tylko przejściem z tego życia do innego, lepszego, doskonałego, bez tego co boli. Służba i pokora, na które dzisiaj zwraca uwagę Jezus, to – obok miłości, miłosierdzia, i jeszcze kilku cnót – podstawy na tej drodze. Tylko w oparciu o nie dojść możemy do wyznaczonego – sami sobie, i przez Pana nam – celu.

Jak to jest z moim uczestnictwem we Mszy świętej? Różnie. Albo wcale. Dzisiaj jest dobry dzień, aby się nad tym zastanowić. Może właśnie – idąc na taką mszę, odprawianą raz tylko w roku, która jest w wyjątkowy sposób pamiątką tamtej pierwszej, w wieczerniku. Jedyna okazja – następna za rok. Eucharystia to wielki dar, który z coraz większą biernością marnujemy, nie biorąc w niej udziału. Jakie są problemy, żeby przyjść do kościoła raz w tygodniu – a co dopiero coś nad to? Kilka lat wstecz starałem się być na Mszy codziennie – dzisiaj nie jest to możliwe obiektywnie, ale staram się w tygodniu wziąć w niej udział, o ile jest możliwość. Budujące – są pojedyncze osoby młode; mniej – zdecydowana większość to ludzie starsi, emeryci, u schyłku życia, może już bardziej po drugiej stronie.

Dziękując Bogu za dar Eucharystii, i prosząc o to, aby ludzie z jej dobrodziejstwa korzystali, aby do ołtarza przychodzili chętnie, często i z radością, przyjmując i Słowo, i Ciało, aby nas umacniało – pamiętajmy też o kapłanach. Różni są – jak to widać – w końcu są tylko ludźmi. Żadne z nich święte krowy – czasami ludzie słabsi od nas, z wielką misją daną przez Pana; kto tak ich traktuje – sam im szkodzi. Trzeba się dla nich modlić o siłę, wytrwałość i o to, żeby im się chciało Pracują w czasach, w których naprawdę trzeba się narobić, żeby zwrócić uwagę drugiej osoby – także na Boga. To wielkie możliwości, ale potrzeba także wiele zaparcia i wytrwałości. I jeszcze, żeby ta posługa ich radowała, a nigdy nie była przykrym obowiązkiem czy – broń Boże – czymś na kształt pracy, od czego się prawie ucieka. I żeby w tym wszystkim dobrego Boga naśladowali, ale Jego samego nie zasłaniali. Wtedy wszystko będzie w porządku, oni sami – szczęśliwi, a ich praca – owocna.

Sandały i jedna suknia – między teorią a praktyką

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. (Mk 6,7-13)
To, co dzisiaj napiszę, może zabrzmi nieco jak takie gorzkie żale pod adresem stylu kapłaństwa, jaki często można dzisiaj zaobserwować, ale trudno. 
Ewangelista już na samym początku podkreśla wielkość władzy, jaką Jezus składa w dłonie Apostołów, a więc tych protoplastów biskupów i tych, których oni, jako swoich pomocników, rozsyłają po świecie – właśnie prezbiterów i diakonów. Wtedy ich realnym przejawem było to, że posłuszne pierwszym posłanym były złe duchy, które mieli moc wypędzać z opętanych (jak to czynią dzisiaj egzorcyści – nie bez powodu kapłani nie tylko gruntownie wykształceni specjalistycznie, ale przede wszystkim o znanej i głębokiej pobożności, którzy będą w stanie stawić czoła Złemu osobowo działającemu w danej osobie). Już tutaj jest mowa także o namaszczeniu chorych – jednym z siedmiu sakramentów Kościoła, jaki i dzisiaj przyjmują ludzie cierpiący na poważne choroby, w zagrożeniu śmiercią.
Na tym misja kapłanów się nie kończy – to tylko, patrząc na dzisiejsze zadania stojące przed kapłanami, jej pewna część. Podstawa i sprawa najważniejsza – sprawowanie Eucharystii, sprowadzanie Boga do człowieka, gdy chleb i wino stają się Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie – ot, tak sobie – ale po to, aby tym Ciałem karmić samych siebie i wszystkich wierzących, którzy do ołtarza przychodzą, aby z tego Ciała czerpać siłę. Nie tylko Eucharystia – ale i pozostałe sakramenty, które prowadzą człowieka przez życie z Bogiem, od jego początku do samego końca – a więc chrzest, bierzmowanie jako dojrzałość chrześcijańska, małżeństwo lub droga powołania w służbie kapłańskiej. Szczególna – posługa konfesjonału, sakrament pokuty i pojednania – kolejny najbardziej spektakularny aspekt tego, co zostało w kapłańskie dłonie złożone. Człowiek, sam w sobie grzeszny, ale posłany przez Boga, by Jego mocą i w Jego imieniu odpuszczał, rozgrzeszał i dawał nadzieję, że Miłosierny Ojciec zawsze czeka na swoich marnotrawnych synów, nawet gdy powracają raz po raz, a później i tak najczęściej znowu zgrzeszą. Głoszenie Słowa Boże – czy to z ambony, tłumaczenie i wyjaśniania Pisma Świętego, jak i katechizacja (nie tylko dzieci i młodzieży) w szkołach, ale także poza nimi, nie ograniczająca się do wymogów nauczania szkolnego czy katechezy sakramentalnej (przed I komunią, bierzmowaniem czy małżeństwem). 

Co jeszcze rzuca się w oczy w tym tekście? Upór, konsekwencja i zdecydowanie, jakie Jezus nakazuje uczniom. Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Nie można się poddawać, nie można załamywać rąk i ustępować. Kapłan jest w całości posłany do posługi, i nie może się zrażać niepowodzeniami. Ludzie Boga szukają, a nawet gdy sami to słowami negują – potrzebują Go. Czasami po prostu tego nie rozumieją – czy to przez własną zatwardziałość, poglądy wyniesione ze środowiska domowego (nigdy potem nie poddane weryfikacji), albo przez życiowe tragedie, jakie stały się ich udziałem, gdy w rozpaczy obarczyli winą za nie – kogo? Boga, bo najłatwiej. Czasami misja kapłana sprowadzać się może tylko do tego, aby człowieka z takiego błędu wyprowadzić. Bo do pewnych rzeczy człowiek dojść musi sam, nie można go poprowadzić do wszystkiego za rękę – ale można mu wskazać drogę. 
Żeby dobrze zrozumieć to, co Jezus mówi o strząsaniu prochu z nóg na świadectwo dla nich – bynajmniej nie o żadne złorzeczenie, wygrażanie Bożym gniewem czy potępianie chodzi. Owszem, błędne teorie, zwodnicze doktryny należy nazywać tak po imieniu i wskazywać, jakie Kościół wiąże konsekwencje dla duszy człowieka w wypadku trwania przy nich. Świadectwem jednak, o które tu chodzi, ma być postawa, całość tego, jakim kapłan jest człowiekiem. Świadectwem, które dojdzie do odbiorców o zatwardziałych i zamkniętych sercach nawet o wiele później – ale dotrze do celu, popchnie do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi poglądami i postawami. 
Od czego trzeba zacząć? Nie od osądzania – ale od nawrócenia. To jest cel, jaki Bóg codziennie stawia przed każdym człowiekiem – może przed kapłanami w pewnym sensie szczególnie. Nawrócenie to nie tyle moment, o którym czasami mówi się w kontekście historii nawróceń – ale proces, który z pewnością ma jakiś początek, punkt zwrotny, i to ten punkt w biografiach nazywany jest najczęściej nawróceniem. Ale to dopiero start – a meta? Tylko Bóg wie. Ważne jest, aby dobiec do niej, a nie zrezygnować po drodze z tego ciągłego nawracania. Ważne dla ludzi, których kapłani wzywają do nawrócenia – jak to wygląda, gdy taki kapłan mówi jedno, a po wyjściu z kościoła robi coś, co stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, o czym przed chwilą mówił? Ludzie to widzą. To bije w autentyczność, pal sześć, danej osoby księdza – ale przede wszystkim podważa zaufanie do Kościoła. 
Postawa i podejście, to złe, duchownych do ich obowiązków, traktowanie ich jako pracy od do, niechęć do podjęcia się czegokolwiek ponad to, co konieczne – znamy to. Kto nie zna – niech się cieszy, że ma lepiej. Bardzo częsty problem – życie ponad stan. Nieustanne utyskiwanie, także z ambony (i bardzo często nie w tylko w ramach ogłoszeń parafialnych), na brak środków na różne dziwne, mniej lub bardziej słuszne inwestycje – podczas gdy sam proszący o pieniądze żyje w warunkach, o jakich większość parafian może tylko marzyć, jeździ nowym samochodem bynajmniej nie w wersji standard, ubrania markowe widać z daleka. Owszem – zawsze zgadzałem się i popieram, że ksiądz powinien samochód mieć – bo jak inaczej np. zdążyć na czas do chorego w środku nocy, gdy parafia rozległa? To co innego – mieć zapewnione to, co potrzebne do posługi, a obrastanie w rzeczy zbędne i zbyteczne, przejawy luksusu. Nic dziwnego, że tyle się trąbiło o maybachach czy mercedesach pewnych duchownych – większość ludzi może o tym pomarzyć. Czy to potrzebne? Czy tych pieniędzy nie mogli wydać sensowniej, na równie dobrze jeżdżący tańszy samochód – różnicę przeznaczając na jakiś zbożny cel? I jak to się ma do Jezusowych słów: idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien? Ubóstwo to jedno i nie każdy kapłan musi chcieć czy musieć je praktykować – natomiast każda przesada przesadą pozostaje. Prostota, to co potrzebne i konieczne – i tyle. Jak jest więcej? Rozdać tym, którzy potrzebują bardziej – zawsze się znajdą. 
Tak, jestem w pewnym sensie antyklerykałem. Ale wydaje mi się, że jest to zrozumiałe i wręcz konieczne. Znam zresztą wielu księży, którzy również nimi są. Księży naprawdę wartościowych, prawdziwie zaangażowanych w to, co robią, w pracę dla ludzi do których są posłani, nie ograniczających się do koniecznego minimum wysiłku, ale wykazujących inicjatywę. Świeccy to widzą, i do takich się garną. Ksiądz to nie urzędnik czy poborca daniny z tytułu tego, że się do Kościoła należy (co tydzień na tacę, raz w roku koperta na kolędzie), choć wielu taki styl kapłaństwa prezentuje. Trzeba wyjść do ludzi, otworzyć dla nich plebanie, a nie uciekać, przemykać pomiędzy zakrystią a plebanią, żeby nikt nie zaczepił, zagadał, zaproponował coś, co wymaga wysiłku. 
Księża nie są ani lepsi ani gorsi od nas. Są tacy sami jak my, bo przecież z nas wzięci. Ale spoczywa na ich barkach ogromne zadanie i to, jacy są, co sobą prezentują, ma o wiele szerszy wpływ na innych niż w wypadku tego, co robią świeccy. Co więcej – świeccy wiele chcą zrobić, ale bardzo często księżom się nie chce, czy celowo ukręcają łby pomysłom, które wymagały by kreatywności i zrobienia czegoś. Bo co ci świeccy wiedzą, co oni się tam znają. Znają się, i to na wielu sprawach o wiele lepiej niż duchowni. Dlatego powinny działać (a nie istnieć na papierku i milcząco aprobować wszystkie decyzje proboszcza/biskupa) rady parafialne czy specjalistyczne ciała doradcze na szczeblu diecezji. Dlatego finanse – parafii, diecezji – powinny być jawne i zajmować się powinni nimi także świeccy.Dlatego pomysły świeckich powinny być zawsze brane pod uwagę – i jeśli odrzucane, to z wyjaśnieniem przyczyn poprzedzonych chłodną i dokładną analizą powodów takiej decyzji. Świeccy nie są po to, żeby nimi sterować i dyrygować, jak to wielu księży chyba nadal uważa, nie ograniczają się do wykonywania woli proboszczów i przyklaskiwania wszystkim, najdziwniejszym nawet, ich pomysłom – nie są przedmiotem, a podmiotem w Kościele. Mają swój rozum i pomysły bardzo często o wiele lepsze (bo w ogóle je mają) niż księża. Oczywiście, zawsze można powiedzieć nie da się – ale jest to uzasadnione, o ile się wcześniej po prostu spróbuje, i nie wyjdzie; a nie z założenia, od razu, bez kiwnięcia palcem.
Komu wiele dano, od tego wiele wymagać będą. Jak sobie to uświadamiam – to zaczynam się za nich modlić, wszystkich. A przede wszystkim tych, którzy tej modlitwy naprawdę potrzebują, bo z ich kapłaństwa więcej jest powodów do zgorszenia i niesmaku, niż pożytku. I podkreślam – nie jest to opinia o wszystkich duchownych. Ja na szczęście trafiłem w życiu tylko na nielicznych takich, przy zdecydowanej większości kapłanów naprawdę Kościołowi i ludziom oddanych. Ale są tacy, którzy od Kościoła i z Kościoła uciekają przez takie a nie inne doświadczenia dziwnego, a często niczym nieuzasadnionego potraktowania przez tego czy innego księdza. Dlatego postawa, sposób i styl życia kapłanów jest problemem – nawet, jeśli przyjąć, że jest to problem mniejszości. Wystarczy zestawić cele i zadania, formę – o jakich mówi choćby w tym tekście u góry Jezus – z tym, co widać. I wyciągać wnioski.