Świętowanie dziecka

Dzień Dziecka to taki ciekawy dzień. Z jednej strony – za stary ze mnie koń, aby sam go świętował (choć tata przesłał mi smsem życzenia z tej okazji – co w dotychczasowym moim 30-letnim życiu się nie zdarzyło dotąd 😀 ). Z drugiej strony, synek sam w sobie jest pretekstem, aby ten dzień świętować, sprawić mu jakąś wyjątkową frajdę. A może przy okazji także coś zrozumieć w kontekście relacji: ja-Bóg?

Stąd, dla odmiany, tym razem czytanie, a nie Ewangelia:

Paweł, z woli Boga apostoł Chrystusa Jezusa, [posłany] dla [głoszenia] życia obiecanego w Chrystusie Jezusie, do Tymoteusza, swego umiłowanego dziecka. Łaska, miłosierdzie, pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, naszego Pana! Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem, gdy zachowuję nieprzerwaną pamięć o tobie w moich modlitwach. W nocy i we dnie pragnę cię zobaczyć – Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię, której głosicielem, apostołem i nauczycielem ja zostałem ustanowiony. Z tej właśnie przyczyny znoszę i to obecne cierpienie, ale za ujmę sobie tego nie poczytuję, bo wiem, komu uwierzyłem, i pewien jestem, że mocen jest ustrzec mój depozyt aż do owego dnia. (2 Tm 1,1-3.6-12)

Same „przypadki”. Paweł pisze do Tymoteusza – określając go swoim dzieckiem, i to umiłowanym. Pozdrawia go, mówiąc o miłosierdziu – tym przymiocie i określeniu, oddającym Boga tak fantastycznie, które w tym roku szczególnie staramy się… zrozumieć? poznać? nauczyć nim żyć i kierować? Wezwanie do działania i odkrycia na nowo tego, co Bóg już w nasze serca zasiał – a co autor natchniony pięknie nazywa charyzmatem. Jak go wykorzystać? Mocą Bożą, miłością od Niego pochodzącą – ale także za pomocą myślenia, trzeźwego. Nie tylko od czasu do czasu, ot, jak się otworzy Biblia na takim tekście i coś gdzieś zaświta – ale jesteśmy zbawieni i powołani (każdy na swój sposób: jeden jako ksiądz, inny do samotności, ja do życia w rodzinie) odtąd i na całe dalsze życie. To nie jest taka szufladka, zapyziała i zapomniana, do której raz na przysłowiowy ruski rok zajrzę, ot, wyrzuty sumienia uciszyć. Ten charyzmat – uwaga – to nie coś „zarobione”, wypracowane, ale po prostu łaska: dar darmo dany.

Każdy z nas ma jakieś swoje własne wspomnienia i odczucia dotyczące Dnia Dziecka z własnego dzieciństwa. U jednych to perspektywa całkiem świeża, dla innych zamierzchła wręcz przeszłość, gdzieś tam daleko. Jedne wspomnienia są dobre, miłe i z radością do nich wracamy; inne człowiek jakby wypiera, nie chce do nich wracać, woli zapomnieć (brak kontaktu, niechęć, przemoc, używki…). Nie bez powodu na wstępie wspomniałem o tym smsie od taty – który znaczy dla mnie więcej niż naprawdę dużo rzeczy, które gdzieś tam z okazji Dnia Dziecka przez lata dostałem – bo nasze relacje były trudne, naprawdę niewielkie, brakowało kontaktu, nie umieliśmy obydwoje rozmawiać (mogę się tłumaczyć: cóż, charakter mam w jakiejś tam części po nim, to sam jest sobie winien – ale przecież nie o to chodzi).

Trzeba sobie uświadomić jedną rzecz – nasi rodzice pewnie z tej okazji, mniej lub bardziej udanie, starali się bardzo, aby ten dzień uczynić wyjątkowym, świętować mnie jako swoje dziecko. Tak po ludzku, niedoskonale, może czasami dla zasady, albo dla uspokojenia sumienia…

Bóg nie przestaje codziennie świętować człowieka – mnie, ciebie, każdego z nas. Nie „z urzędu”, bo musi, bo tak trzeba i wypada, skoro nas stworzył. Bo tego pragnie i ukochał każdego jednego ludzia miłością wyjątkową. Bo chce kochać, bo ma do każdego z nas słabość i nie potrafi po prostu inaczej. Jest wielki, wszechmocny i nieogarniony – ale bezbronny i zakochany w nas. Mówi o tym Paweł do Rzymian:

Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!» Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale.

Całkowicie inna perspektywa, jakby inny Bóg niż ten, którego zarys wyłania się ze Starego Testamentu. Ojciec, tatuś, abba. Nic innego – poza tym, że dzisiaj w języku francuskim tak zwraca się do duchownych, przede wszystkim zakonników – niż tylko nasycone czułością określenie ojca w języku aramejskim, którym posługiwał się Jezus – takie połączenie zażyłości, bliskości relacji i szacunku dziecka do ojca.

Dobry Bóg przychodzi i chce każdy dzień uczynić takim Dniem Dziecka dla mnie. Nie tyle rozwiązać wszystkie problemy i zrobić wszystko za mnie – ale być przy mnie bez względu na to, co ten dzień przyniesie, co się wydarzy, ile będzie spraw trudnych i bolesnych, dobrych i pięknych. On sam chce przeniknąć to wszystko. Ręka w rękę ze mną – swoim dzieckiem. Pokazując, że On sam wystarczy.

foto – znalezione na FB u Grzegorza Kramera SI

Dodaj komentarz