Boże opamiętanie

7

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)

To jedna z tych kilku biblijnych historii, w której każdy z nas może się odnaleźć. Albo jako jeden syn, albo drugi (te same postaci, co w przypowieści o miłosiernym ojcu). Kiedy indziej jako Marta albo Maria, jedna z sióstr. Życie to przestrzeń, którą mam pięknie zagospodarować – i tylko ode mnie zależy, jakimi decyzjami i czynami tę przestrzeń zagospodaruję.

Punkt wyjścia zawsze jest taki sam, jest nim spotkanie z żyjącym Bogiem (w tej opowieści – z ojcem). Tu, w pełnym poszanowaniu wolnej woli, Bóg proponuje człowiekowi, w jaki sposób się rozwinąć, zrobić coś nie tylko dla siebie, działać, być aktywnym. Co, oczywiście, nam bardzo często się nie podoba, bo przecież jeszcze przyjemniej się nic nie robi, albo robi się rzeczy przez siebie szczególnie upodobane (hobby, zainteresowania, przyjemności). Skąd to zaproszenie Ojca do aktywności? Abp Grzegorz Ryś mówił w ostatnią niedzielę do skautów w kontekście tego właśnie tekstu: „Poznanie Jezusa wszystko zmienia, dlatego że odkrywamy w sobie obraz i podobieństwo jedynego Syna Bożego. Kiedy wiem, że jestem dzieckiem Boga, odkrywam taką godność, którą nie mogę się nie podzielić, bo to wszystko zmienia, w przeżywaniu siebie samego, w patrzeniu na siebie i innych”. Gdy rozumiem, co odkryłem, jaka jest wartość tej relacji z Bogiem – to nie jest coś, co zostawiam sobie, bo chcę się tym dzielić, wiem że to jest dla wszystkich.

Ten tekst bardzo precyzyjnie pokazuje, że dla Boga nie liczy się to, co było – ale to, co będzie, co jest przede mną. Ile razy przecież było tak, że w jakimś tam momencie życia sobie gdzieś stałem i słyszałem ten głos Jego zaproszenia. To historia, która zna wielu, prawda? Niby tyle razy każdy słyszał, że Bóg wzywa każdego po imieniu, kocha konkretną osobę a nie bezkształtną masę ludzi… ale wiemy swoje i wolimy patrzeć na czubek własnego nosa. Dla „świętego spokoju” odpowiadam „tak, idę” – a jednak dalej robię swoje, tak jak ten pierwszy syn. Bardzo łatwo przychodzi mi – wprost, albo jak tutaj, na około (niby „tak”, a właściwie „nie”) – odmówić czyjejś prośbie. Jak ja się czuję, kiedy ktoś spróbuje mnie odmówić?

Nie bez powodu mówi się, że dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – ich nikomu nie zabraknie, a obrazek ewangeliczny z niedzieli pokazuje, ile z tych chęci bywa pożytku, ile jest działania. Katechizmowo mądrze nazywa się to grzechem zaniedbania. W sumie nic się nie stało, prawda? Nikogo nie uderzyłem, nie ukradłem, nie obraziłem… jaki tam grzech. Trochę zmienia się perspektywa, gdy uświadomisz sobie, że może właśnie przeszła ci przed nosem okazja do zrobienia czegoś dobrego w winnicy swojego życia. Dużo udało ci się ostatnio uczynić dobra, jak tak spojrzysz wstecz? Różnie to bywa.

Bo można zawsze postąpić – mądrzej, lepiej po prostu – tak, jak ten drugi syn. Może nie tyle zadeklarować coś i zrealizować to, być konsekwentnym – to nie było: „pójdziesz?”, „idę”. Mądrość drugiego syna polega na tym jego opamiętaniu (bardzo dobre słowo – ewangelista używa go w tym krótkim fragmencie wprost, i to dwukrotnie). Można powiedzieć, że tak samo jak ten pierwszy, był niekonsekwentny – ale jednak w ten dobry sposób: tamten obiecał i nie dotrzymał słowa, a ten najpierw odmówił, ale po przemyśleniu poszedł i wypełnił wolę ojca. Co więcej, ten drugi syn miał świadomość własnej słabości, grzeszności – bo tylko wtedy mógł zrozumieć, że jeg pierwsza decyzja była niewłaściwa, że powinien postąpić inaczej.

Nigdy nie jest za późno, aby zmienić coś w swoim życiu, w swojej relacji do Boga czy drugiego człowieka – bo tu nie chodzi tylko o stosunek do spraw Bożych, ale też np. do rodziców, rodziny, współmałżonka. Opamiętanie się to nie dowód słabości, ale dojrzałości i mądrości.

Dodaj komentarz