Nieznośna lekkość lekceważenia

hqdefault-1508045740

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy [ich], pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,1-14)

Ten tekst jest bardzo przejmujący, bo pokazuje Boga, który frontem do człowieka otwiera przed nami swoje ręce i serce – co w sposób ostateczny i najpiękniejszy nastąpiło w przyjściu Jezusa na ziemię, Jego śmierci i zmartwychwstaniu – a co my na to? W najlepszym wypadku – nic. Chyba, że akurat nam przyjdzie ochota na bitkę.

Tych tekstów o tym, jak to władca (Bóg) zaprasza ludzi na ucztę, w Piśmie Świętym jest kilka. Łączy je zakończenie – niestety, zaproszeni nie okazali się godni – co wprost w usta władcy włoży i Łukasz powyżej, i Mateusz (Mt 22, 8).

Pierwszy problem to to, czy ja się czuję przez Boga zaproszony, czy rozumiem, że to zaproszenie nie jest kierowane gdzieś tam hen, albo do wszystkich naokoło – tylko konkretnie, do mnie właśnie. Niesamowitość Boga polega właśnie na tym, że choć na jest tu ciągle jakieś pewnie blisko 7 miliardów, to On nie wysyła do nas jakiegoś takiego ogólnikowego maila – który u większości odbiorców z automatu trafi do kosza albo spamu; ale każdego z nas wybiera po imieniu, każdego z nas i każdego zaprasza bezpośrednio, konkretnie. To zaproszenie wcale nie jest gorsze – ale właśnie dlatego tak niesamowicie wyjątkowe, że skierowane do każdego, bez wyjątków.

Co więcej, a co podkreśla bardzo dobitnie papież Franciszek – na tą ucztę zaprasza Bóg nie tylko tych, w których otoczeniu czuję się dobrze, przyjemnie, komfortowo, ale także (a może przede wszystkim) tych, których ja tam sobie nie wyobrażam, których nie znoszę, którzy napawają mnie złością albo obrzydzeniem. Nieprzypadkowo Jezus lubił jadać z celnikami i grzesznikami (Mt 9, 11).

Drugi problem to nasza nieznośna lekkość lekceważenia drugiego człowieka, zaproszeń, także tych od Boga. W sumie, przecież to nic innego jak przejaw braku szacunku, jakiejś pychy, wręcz roszczeniowości: przecież to jasne że mnie zaprosił, należy mi się to! Ile stąd brakuje do pogardy? A kiedy przekroczona została, mimochodem, granica obojętności? Już dawno. Kto choćby raz nie wykręcał się – telefonicznie, SMSem, mailem – z jakiegoś zobowiązania, umówionego spotkania, niech pierwszy rzuci kamień. Nigdy nie myślimy o tym, że ta druga osoba być może bardzo na mnie, na to spotkanie czeka, bardzo go potrzebuje, przygotowywała się, poświęciła czas i wysiłek. Poza tym, jak łatwo dojść do złudnego przekonania: jak mu/jej zależy, to przecież zaprosi znowu, prawda? Raz idę na takie czy inne akurat mnie interesujące pole konkretnego interesu, który wydaje się ważniejszy. Kiedy indziej jestem tak wściekły, że jestem gotów dać w łeb temu, który się odezwie.

A potem na jakimś tam zakręcie życiowym jak łatwo mi przyjdzie znowu Boga za wszystko obwinić, mieć do Niego pretensje i żal. Bo przecież On wszystko może i na wszystko ma wpływ (co, swoją droga, jest paradoksalnym mocno, ale jednak wyznaniem wiary :)) – więc czemu to coś mi nie wyszło, czemu ktoś mnie zranił, straciłem coś albo jakąś relację, znowu dałem ciała? I nawet przez głowę mi nie przejdzie – człowieku, sam się wykluczyłeś, olewając Boże zaproszenie. Bóg jest daleko i ma cię w nosie? Czy tyle razy to On cię zapraszał, a to właśnie ty miałeś w nosie Jego? Bóg z nikogo nie rezygnuje – to my z upodobaniem obwiniamy Go za to, że uszanował naszą wolną wolę, kiedy tyle razy decydujemy się dreptać własną drogą: nie wiem, dokąd, jak, którędy, ale grunt że po mojemu.

Łukasz do Filipian w II czytaniu (Flp 4,12-14,19-20) zawarł słowa, które dla mnie są taką swego rodzaju dewizą: Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia (Flp 4, 13). Bo mogę – ja mogę, ty możesz, każdy może – o ile zechce iść przez życie z Panem Bogiem za rękę, albo chociaż obok, a nie za wszelką cenę chcąc mu pokazać plecy, o ile nie środkowy palec. O ile przyjmiemy Jego zaproszenie. Mamy jednak tę świadomość, że On nie naśle nam tu. na ziemi, żadnego wojska, nie spali domu jak ten władca w przypowieści. Uff, kamień z serca.

Dodaj komentarz