Ludzie na drodze życia #04 – Weronika

Kilka dni temu pojawił się gdzieś tam w mojej głowie taki pomysł, żeby w tym Wielkim Tygodniu napisać może trochę inaczej. Nie tyle trzymając się liturgii słowa poszczególnych dni – na pewno wymownej – ale spróbować pokazać bardziej ludzi, których historie przewijają się jako jakby tło wydarzeń szczególnie pasyjnych. A więc wokół drogi krzyżowej Pana Jezusa – drogi życia, drogi do życia (stąd tytuł cyklu). Oczywiście, będzie to w jakimś sensie „gdybanie”, ale spróbuję. Dzisiaj czwarty tekst – o Weronice.

W kontekście dotychczasowych bohaterów tych krótkich wielkotygodniowych tekstów Weronika jawi się nieco odmienna – bowiem tak naprawdę nie mamy podstaw do przypisania jej jakiegokolwiek ewangelicznego obrazka. Żaden z ewangelistów nie wspomina o niej, milczą o niej różne opisy krzyżowej drogi życia Jezusa – a w każdym razie nie wprost.

To troszkę bardziej rozbudowana postać, jakby jednej z płaczących niewiast, o których pisałem wczoraj. Kobieta – z rzymska „matrona” – która, wzruszona tragicznym losem skazańca Jezusa, postanawia, nie zważając na reakcje tłumu, ulżyć Jego cierpieniu, w zamian za co Pan obdarowuje ją swoim wizerunkiem na chuście, którą otarła Jego twarz. Niektóre źródła mówią o tym, że to mogła być kobieta uzdrowiona z krwotoku (Mt 9, 20), jeszcze inne utożsamiają z Marią z Betanii, jedną z sióstr Łazarza (Łk 10, 38). Tak naprawdę, nie można być nawet pewnym jej imienia – jako że eire icon to „święte oblicze w grece, a forma vera icon to nic innego jak „święte oblicze”.

O ile płaczące niewiasty mogły być osobami nieco przypadkowymi – wydaje się, że Weronika jakby celowo podążała za Jezusem. W tamtych okolicznościach, w ciasnym tłumie, przy żołdakach trudno wyobrazić sobie, aby z innego powodu samotna kobieta odważyła się na tak wyraźny i rzucający się w oczy gest. A jednak, Weronika się nie bała. Nie wahała się pokazać, że Jezus jest dla niej ważny – nawet w tak po ludzku dramatycznie beznadziejnej sytuacji, w jakiej On się wtedy znajdował, z perspektywą ukrzyżowania na Golgocie.

Mnie się wydaje, że ta postawa, zachowanie Weroniki to taka… bardzo odważna modlitwa. Przypomnienie, że nawet w tak paradoksalnej sytuacji, w której logika nakazywała by trzymanie się z dala od tłumu, Weronika postąpiła właściwie, bo zwróciła się i stanęła przed Tym, który sam jest odpowiedzią, najpełniejszą i najlepszą ze wszystkich. Stanęła przed Jezusem i ofiarowała Mu – może się wydawać, że niewiele, prawie nic, chwilę wytchnienia i ulgi – a jednak to, co mogła i co chciała dać. Wszystko, co mogła Mu dać w takich okolicznościach.

W Roku Miłosierdzia to bardzo czytelny znak i wskazówka, co powinniśmy robić, jak działać, czym się kierować. Nikomu nie brakuje pola do działania w tym zakresie – wystarczy się rozejrzeć, wystarczy chcieć zobaczyć tych, którzy na pomoc czekają i nierzadko po prostu nie mają odwagi, aby poprosić o pomoc. Nawet najdrobniejszy gest serca czy dobra wola, po prostu zauważenie tego drugiego człowieka znaczyć może bardzo wiele. Nie chodzi o to, aby stać się filantropem, dobroczyńcą – ale o to, aby chcieć podzielić się z człowiekiem, który ma mniej; jak ta uboga wdowa z jednej przypowieści, która dała po ludzku najmniej, ale od serca.

Naucz mnie, Panie, odwagi Weroniki, żebym umiał przyznać się do Ciebie nie tylko w zaciszu serca, w kościele, ale tam, gdzie wiązać się to może z cierpieniem, wyszydzeniem, wrogością. Pozwól wybierać tak naprawdę Ciebie właśnie wtedy, kiedy jest trudno, kiedy można i chciało by się łatwiej, bezpieczniej, bardziej neutralnie. I daj mi serce, które będzie wrażliwe nie tylko z pozoru, ale autentycznie chcące i umiejące zaradzić potrzebom tego, którego Ty sam stawiasz na mojej drodze (a mnie na jego drodze), poszerzać przestrzeń Miłosierdzia.

foto bernardynki.diecezja.tarnow.pl/?p=5716

Dodaj komentarz