Ludzie na drodze życia #03 – płaczące niewiasty

Kilka dni temu pojawił się gdzieś tam w mojej głowie taki pomysł, żeby w tym Wielkim Tygodniu napisać może trochę inaczej. Nie tyle trzymając się liturgii słowa poszczególnych dni – na pewno wymownej – ale spróbować pokazać bardziej ludzi, których historie przewijają się jako jakby tło wydarzeń szczególnie pasyjnych. A więc wokół drogi krzyżowej Pana Jezusa – drogi życia, drogi do życia (stąd tytuł cyklu). Oczywiście, będzie to w jakimś sensie „gdybanie”, ale spróbuję. Dzisiaj trzeci tekst – o płaczących niewiastach.

To jest dla mnie wyjątkowy przykład krzyżowania się ludzkich dróg na drodze, tej jedynej w swoim rodzaju, krzyżowej drodze naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Ludzi – kobiet – raczej przypadkowych, które po prostu znalazły się w tamtym miejscu i czasie na zasadzie zbiegowiska, obserwowania tego, co się działo. O których Biblia znowu mówi tyle, co nic: „A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!«” (Łk 23, 27-28).

Czy to były tzw. zawodowe płaczki, które co bogatsi mieszkańcy wynajmowali do stosownego w zakresie oprawy obchodzenia, celebrowania konkretnych zdarzeń, czy też kobiety, które rozpaczały w autentyczności swoich serc nad tym, co się rozgrywało nad Synem Bożym? Nie wiem. Nie jest niczym odkrywczym, że ze swojej istoty to płeć piękna jest bardziej podatna na emocje, na uczuciową reakcję szczególnie na wyjątkową niesprawiedliwość i zło. Tak po prostu jest. Nic dziwnego więc, jeśli zmaltretowane oblicze obitego, sponiewieranego i upodlonego Jezusa wywołało tak rzęsiste łzy i tak żywiołową rozpacz.

W Jerozolimie – centrum, stolicy – takie sytuacje pewnie zdarzały się nie pierwszy raz. Nie pierwszy i nie ostatni nieszczęśnik był prowadzony w ten sposób, aby dokonał swojego życia. Czy te kobiety rozumiały wyjątkowość Jezusa? Na pewno każdy słyszał o Nim, choćby po tym, jak powyganiał kupców ze świątyni kilka dni wcześniej, jeśli nawet ktoś nie słyszał o Jego wcześniejszej nauce i licznych cudach, których dokonywał. Dla jednych pewnie Jezus był cudotwórcą – w końcu wielu było takich, którzy widzieli Jego znaki i świadczyli o Nim. Dla innych – narwaniec, szaleniec, który zdecydowanie zbyt lekkomyślnie ryzykował otwartością i radykalizmem swoich poglądów, wyraźnie zmierzając do konfrontacji z Sanhedrynem i faryzeuszami. O, doigrał się…

Ale żadna z nich – jeśli tylko spojrzała sama na Jezusa – nie mogła nie zauważyć niesamowitej głębi Jego oczu, i bijącego w tym wszystkim, mimo dramatyzmu sytuacji, majestatu Jego oblicza: nie wyniosłości, ale czegoś, co było jakby połączeniem miłości, łagodności, ale także niesamowitej siły. Może stąd tak wielka rozpacz i zadziwienie? Nie, nie na pokaz. Po prostu, serce kazało.

Jezus przystanął przy nich – aby złapać oddech? – i także te przypadkowe kobiety, obce Mu, obdarza swoją uwagą, po czym wypowiada te jakże dziwne w tej sytuacji słowa: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!«. Ostatnim, czego Jezus potrzebował na swojej drodze krzyżowej, była litość ludzi, użalanie się nad Nim. Tu w ogóle nie o to chodzi. W końcu On dotarł właśnie tam… właśnie przeze mnie, przez tamte kobiety i wszystkich innych – przez nasze grzechy. Jeśli żal i politowanie – to nie nad Bogiem-Człowiekiem, uginającym się pod drzewem krzyża, ale nad tymi, którzy Go doprowadzili do tak dramatycznego końca. Nad grzesznikami – tobą i mną. Zapłakać trzeba nad złem, które poniża, i nad tym, który sięga w ten sposób jakiegoś tam dna. Jezus, po ludzku zgnieciony, zmierza ku swojemu przeznaczeniu na Golgocie – ale już niedługo, już za kilka dni przyjdzie znowu, zwycięski, tryumfujący. Nad Nim naprawdę nie ma co płakać!

Po co tak zdecydowane słowa Pana? Żeby zabolały? Żeby trafiły do serca i ubodły? Tak. Jezus nie zakwestionował tak autentyczności okazywanego żalu i rozpaczy – ale zwrócił uwagę: nad kim, albo nad czym tak serio należało by zapłakać, załamać ręce, lamentować. Pamiętasz obrazek bodajże sprzed dwóch niedziel? Jawnogrzesznica i Jezusowe: „kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień!”. Ano właśnie. Jakoś nie zostało ani jednego chętnego. Każdy ma swoje za uszami. Ile osób w tym całym tłumie przybiegło po to, żeby zobaczyć: a ten to co przeskrobał, dobrze Mu tak, można poobserwować z bezpiecznej odległości. Ale Jezus nie oskarża, nie mówi tego w formie wyrzutu sumienia – tylko zachęca, już bez słów: zrób coś z tym, zmień się, jest jeszcze czas. Takie niesamowite w swojej dramaturgii wezwanie do nawrócenia. Może stąd właśnie tyle łez?

Panie Jezu, ustrzeż mnie od taniego i prostego, na pokaz lamentowania i załamywania rąk. Naucz cierpieć godnie i być z tym, kto w cierpieniu potrzebuje mojej obecności, mojego wsparcia. I uzdolnij moje serce, aby umiało przyjąć nawet tę najbardziej gorzką i trudną prawdę – bo tylko ona jest początkiem nawrócenia i tylko dzięki niej mogę zbliżyć się do Ciebie.

foto dlaksiedza.pl/p2218

Dodaj komentarz