Chrzest pierworodnego

W największym skrócie – wszystko się udało, w banku i u notariusza poszło sprawnie i bez problemów. Tak więc od piątku jesteśmy formalnie właścicielami swojego M-3 (które teraz czeka, kosztowny i szacowany czasowo na ok. 1,5 m-ca na pewno remont). W sobotę je ubezpieczyliśmy, wczoraj złożyłem odpowiednie wnioski do ksiąg wieczystych, dzisiaj potwierdzenia tych czynności zawiozłem do banku i czekamy właściwie tylko na uruchomienie kredytu. 
Wielkie dzięki za wsparcie modlitewne 🙂 Czuliśmy je.
>>>
Zamiast liturgii niedzielnej (Łk 24,13–35 – pisałem o tym mocno niedawno, w kontekście uroczystości Zmartwychwstania bodajże) opowiem, jak wyglądała bardzo ważna uroczystość, jaka miała miejsce w naszej rodzinie w sobotę, mianowicie chrzest pierworodnego – dorodnego już prawie 2 m-cznego (kończy 2 m-ce dokładnie dzisiaj) bobasa. 
Jakoś nigdy nie chciałem, aby chrzcić dziecko w takim parafialnym ścisku i gwarze – czyli na niedzielnej Mszy, prawie w samo południe, przy pełnym kościele i kilku innych rodzinach, również chrzczących swoje pociechy. Nie wiem, może ktoś uważa, że to powód do dumy – a niech ludzie widzą itp. (stroje rodziny, wózek, strój katechumena malutkiego, no i pamiątki…), ale ja uważam, że to przerost formy nad treścią. Dlatego poprosiliśmy znajomego wikarego – nie w parafii obecnego (formalnie) miejsca zamieszkania, a już w parafii, gdzie jak tylko zrobimy mieszkanie się wprowadzimy, o bardziej kameralną uroczystość. I stanęło na sobotnim popołudniu. 
Duży i brzydki (niestety) kościół, ale jest w nim pewien klimat i taka Boża jakby aura, jak to chyba w każdym kościele, gdy stoi pusty, cichy, zamyślony. Bez Mszy Świętej, sama liturgia sakramentu, poprzedzona liturgią słowa i homilią, a potem Komunią Świętą. Ksiądz bardzo ładnie i prosto mówił, zero patetyczności, górnolotnych frazesów. Bohater dnia spisał się bardzo dzielnie i grzecznie… a po prawdzie, to spał snem sprawiedliwego 🙂 I do tego jeszcze, ostentacyjnie prawie, ziewał całą swoją osobą, np. gdy ksiądz podszedł namaścić go olejem. Obudził – a właściwie rozbudził się – dopiero na sam moment polania wodą, czyli chrzest właściwy, ale obyło się bez ryku, który burzy ściany i rozdziera serca. Chwilę później – spał, jakby się nic nie stało. 
Cała uroczystość, z uwagi na kameralność – my, matka chrzestna (w osobie szwagierki) z narzeczonym, ojciec chrzestny (kolega) z małżonką, nasi rodzice i mój brat – odbywała się przy samej chrzcielnicy, którą właściwie otoczyliśmy takim wianuszkiem, a pośrodku ksiądz i maluszek nasz. Szałowy strój 🙂 Błękitny garniturek, krawacik biały i biała koszulka, a do tego czapeczka. Oaza spokoju po prostu, jak nie on. A więc – jednak ten egzorcyzm wiele znaczy 🙂 Uspokoiło się maleństwo, jak ksiądz wszelkie pogaństwo z niego wypędził 🙂 
I tak strasznie mocno, chyba jeden z pierwszych razy (choć od urodzenia już 2 m-ce) poczułem się ojcem, jak ksiądz nas pytał – O co prosicie dla swojego dziecka?, a potem dalej o to, czy podejmujemy się świadomie wychowania go w wierze, na porządnego człowieka. Tak, to spore wyzwanie – nie tylko troszczyć się tak o potrzeby fizyczne maluszka – jedzenie, ubranie, umycie – ale też to, co w nim w środku, o jego ducha (teraz to chyba – duszka? – takiego małego), o jego duszę, o to aby wiedział, jakie są wartości, którym trzeba być wiernym, i rozumiał, dlaczego (a nie tylko bo tak trzeba). Niesamowite uczucie – wielka odpowiedzialność za malutkiego człowieczka, który wpatruje się w ciebie całym sobą, tymi wielkimi bezdennymi oczkami, i tylko łapki wyciąga, żeby cię objąć. 
Z tego wszystkiego – wzruszenie, emocje – kompletnie zapomniałem tekstów liturgii słowa. Pamiętam tylko, że śpiewaliśmy (a capella – bo organista w osobie teścia był jako uczestnik, a nie służbowo) psalm 23. 
Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie,
pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie odpocząć mogę,
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po ścieżkach właściwych
przez wzgląd na swoją chwałę.
Chociażby, przechodził przez ciemną dolinę,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Kij Twój i laska pasterska
są moją pociechą.
Stół dla mnie zastawiasz
na oczach moich wrogów,
Namaszczasz mi głowę olejkiem,
kielich mój pełny po brzegi.
Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni życia.
I zamieszka, w domu Pana
po najdłuższe czasy.
Prosiliśmy Boga, żeby temu maleństwu naszemu błogosławił, żeby prowadził go po tych właściwych – choć nie najprostszych ścieżkach; żeby nigdy nie brakowało mu nie tego, co popularne, tylko co najważniejsze; żeby On sam prowadził go przez to, co w życiu będzie (a będzie na pewno) mroczne, trudne, bolesne i niezrozumiałe; żeby Boża dobroć, łaska i miłość zawsze mu towarzyszyły, prowadziły go i wspierały w byciu po prostu dobrym człowiekiem – a doprowadziły go do domu, do którego wszyscy zmierzamy.

3 komentarzy do “Chrzest pierworodnego”

  1. Andrzej pisze:

    No pięknie. Jednego poganina mniej 🙂
    Niech wzrasta w łasce u Boga i u ludzi !

  2. Fk pisze:

    Wiele radości zatem, niech się chowa w zdrowiu i błogosławieństwie! 🙂

  3. Gratulacje! Rozumiem wybór okoliczności chrztu, moi rodzice wybrali dla mnie też podobnie. Pozdrawiam serdecznie, z Bogiem! 🙂

Dodaj komentarz