Boże zaproszenie pogromcy demonów

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Nic dziwnego, że Jezus zwracał na siebie uwagę. Nic dziwnego, że takie właśnie – a nie inne – skojarzenie przyszło do głowy Markowi. Zresztą słusznie. Uczeni w Piśmie umieli się wykazać co najwyżej jako interpretatorzy prawa Starego Przymierza, zresztą nie zawsze w słusznym duchu i we właściwym rozumieniu. Jezus Chrystus, Syn Boży, a zarazem osobowy Bóg był Tym, który to prawo ustanowił, kto więc lepiej mógłby wiedzieć, o co, o jakiego ducha w tym Prawie chodzi? 
To On miał władzę, tę prawdziwą – a nie uzurpowaną, jak faryzeusze, którzy na odpowiednich interpretacjach Prawa budowali jedynie swoje autorytety i pozycje. I może właśnie przede wszystkim w tym ta Jezusowa władza się objawiała, że Jego tłumaczenie, Jego nauczanie po prostu było spójne z tym, co w ludzkich sercach miało znaczyć, jakie ramy miało wyznaczać Boże prawo. Tak, właśnie w ludzkim rozumieniu, tym autentycznym. Kochaj bliźniego jak siebie samego – a nie ząb za ząb. Podziel się z potrzebującym. Bądź miłosierny. Nic dziwnego, że takiego nauczania ludzie chcieli słuchać, garnęli i lgnęli do Niego. 
Swoją wielkość i możliwości (żaden pokaz, uleczenie chorego na duszy) Jezus miał dopiero objawić. Nic dziwnego, że wszelkiej maści pomioty Złego po prostu bały się Go jak ognia i od razu panikowały, gdy Jezus się zbliżał. Tak było także z duchem, który opętał jednego z obecnych wtedy w synagodze, gdy Jezus nauczał. Paradoksalnie, duchy nieczyste dawały tym samym piękne świadectwo o Nazarejczyku. Bo kim może być Człowiek, którego boją się demony? Oczywiście, faryzeusze dopasowali ładnie i składnie – jak to, ich władcą. Czy kogokolwiek to przekonało? Nie bardzo. 
Tak, ten Święty Boży przybył, aby wygubić demony. Nie było to Jego nadrzędnym celem – przyszedł na świat, aby zbawić ludzi. Ale jedno wiązało się z drugim. Wszędzie, gdzie na Jego drodze stanęło zło, widzialne czy ukryte, wysyłał je tam, skąd przychodziło, uwalniając serca zniewolonych. Egzorcyzmował tych biedaków, błogosławiąc ich – czasami bez słów – w imieniu Boga. A demony? Nie mogły Mu okazać nieposłuszeństwa, nie mogły Go opętać jak człowieka – którym był, ale przecież nie tylko. Musiały Go słuchać. 
Dobre pytanie – czy to była nowa nauka? W pewnym sensie, tak. Jeśli przyjąć, że interpretacje przykazań oficjalnie miały charakter i ducha takiego myślenia, jakie prezentowali faryzeusze, to fakt – to, czego nauczał Jezus, było przełomowe. Tylko że wszystko przez błędy ludzkie. Jezus tylko powtarzał i precyzował to, co Bóg objawił już człowiekowi w dotychczasowej historii Narodu Wybranego. Wyjaśniał, nauczał – i przede wszystkim tłumaczył, że dla tego, czego naucza i zaprasza nie ma granic ani barier: wyznania, płci, stanu, wykształcenia, klasy, narodowości. Boże zaproszenie, które światu przyniósł Jezus, było, jest i będzie dla każdego, bez wyjątku. Dla każdego, kto go zapragnie.

Dobra czy radosna?

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1,6-8.19-28)
Adwent, wbrew pozorom, to trudny czas. Dlaczego? Bo na każdym kroku – samym sobie i wszystkim wokół – staramy się udowodnić, że jesteśmy samowystarczalni, potrafimy zapewnić sobie sami wszystko co naprawdę jest potrzebne, nikt ani nic nie jest nam do szczęścia potrzebne. I jak tu, tak uczciwie, szczerze i autentycznie, oczekiwać Kogoś, kto okazuje się być jedyną prawdą, właściwą drogą i wiecznym życiem – czyli odpowiedzią na wszystkie pragnienia i porywy ludzkiego serca? Ciężko. Trzeba się zdecydować. 
Ewangelista zaczyna dzisiaj w miejscu, gdzie kończy się prolog do ewangelii Janowej, który usłyszymy – ci, którzy będą uczestniczyli we Mszy Świętej w dzień – w uroczystość Narodzenia Pańskiego, już za 2 tygodnie (J 1,1-18). O Światłości Kościół odczyta, gdy ta Światłość nadejdzie. Dzisiaj skupia swój wzrok na tym, który ową Światłość zwiastował – na Janie. Wielkim proroku, ostatnim Starego Przymierza (wbrew temu, jak zaprzecza dzisiaj, gdy zostaje zapytany o to czy jest prorokiem), a jednak nie o Światłości – lecz posłanym, by o Niej świadczyć. To dobitne potwierdzenie, rozróżnienie, w zestawieniu z zadawanymi Janowi dzisiaj wieloma pytaniami pokazuje, jak bardzo ludzie pragnęli i wyczekiwali Mesjasza. Jan dał nadzieję, że być może to właśnie On. 
Pytający chyba się zawiedli. Ani Mesjasz, ani Eliasz, ani prorok. Więc kto? Tylko tak naprawdę – Eliasz przyszedł, wypełnił swoją misję dawno i odszedł. Jaki miało sens czekanie na niego? Nierealnie, mijające się z rzeczywistością. Ludzie tak bardzo wyczekiwali obiecanego Zbawiciela, że chcieli Go zobaczyć tam, gdzie Go nie było. Np. w Janie. Trzeba jednak uważać – szukać szczerze i uczciwie, a nie za wszelką cenę dopasować swoje oczekiwania do człowieka, a może na odwrót, byle by tylko się zgadzało. Nie każdemu dane było żyć w czasach, gdy Mesjasz miał nadejść. Czy to znaczyło, że mieli sobie Go wymyślić albo obwołać Nim kogoś, kto do Jego wyobrażenia pasował? Nie. 
Jan był prorokiem doskonałym, żeby zapowiedzieć „tego, który pośrodku nich stał, a którego oni nie znali”, właśnie dzięki swojej bezkompromisowości, wręcz brawurze w napominaniu i wzywaniu do nawrócenia, także w formie piętnowania nadużyć władzy (co ostatecznie doprowadziło go do śmierci – jedyny przykład w historii Kościoła, gdzie wspomina się osobno zarówno narodzenie, jak i śmierć świętego). Mógł być odbierany jako dewocyjny dziwak, a jednak to właśnie w nim zajaśniała Światłość prawdziwa, która na świat przyszła – dzięki temu, że był przezroczysty, a nie skupiał się na własnym blasku, który wtedy by przesłonił Boga. Był bardzo… no właśnie. Wytrwały. Ktoś by powiedział – monotonny. Do znudzenia mówił o tym samym. Niby proste i oczywiste, a przede wszystkim fundamentalne sprawy – a ile z nimi problemów tamci mieli wtedy, i my dzisiaj mamy. Po ludzku może się wydawać, że nie spełnił swojego celu – bo czy „wszyscy uwierzyli przez niego”? Ci, którzy naprawdę chcieli – tak. W końcu tylko Jan wskazał Go po prostu palcem. Ten jest Mesjaszem. Dokładniej się nie dało. 
Nie sposób nie nawiązać do słów Izajasza z I czytania: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej” (Iz 61,1-2a). To jest sedno Jezusowej misji, którą Jan zapowiadał. A w tych słowach – kluczowe – wyzwolenie. Nie jakieś formalne, państwowe, w postaci rewolucji w Jerozolimie, ani też jakieś magiczne, metaforyczne. Wyzwolenie człowieka – wszystkich, każdego konkretnego, wtedy i dzisiaj – mnie i ciebie. Nie kiedyś w wieczności – tam nie będzie to już potrzebne. Tu i teraz. 
Gdyby tak zapytać przypadkowe osoby, załóżmy nawet – które zadeklarują się jako wierzący katolicy – po co Jezus przyszedł na świat i co chciał zdziałać, usłyszelibyśmy różne odpowiedzi, ale mniej lub bardziej sprowadzające się do tego, że nas zbawił, że dał przykazania. I w sumie się zgadza. Tylko z brzmienia tych słów pewnie mało by brzmiało, że to wszystko są wielkie i wspaniałe, a zarazem absolutnie darmo dane dary. Wielu ewangelie – serce Biblii – sprowadza do przypowieści, nauk, nakazów i zakazów. A to prawdziwe sedno, sens, jest tutaj właśnie, w słowach Izajasza: głosić dobrą nowinę ubogim, opatrywać rany serc złamanych, zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę, obwieszczać rok łaski Pańskiej.
To jest Ewangelia. εὐαγγέλιον, euangelion. Dobra Nowina? Tak. Ale bardziej pasuje – radosna nowina. Radosna, jak to oczekiwanie nasze adwentowe. 

ŻEBY NIE LATAĆ Z PUSTĄ TACZKĄ

Jaka jest rola Kościoła? Co nam daje? Czym powinien być, a jak to jest w praktyce? To kilka pytań, które wierzącym powinny leżeć na sercu. Choć od czasu do czasu. Ja dawno nie czytałem tak dobrego tekstu, jak poniższa rozmowa, właśnie temu tematowi poświęcona. (Wszelkie pogrubienia – moje).

 
Po co Kościół?
rozmowa z biskupem Andrzejem Czają

O Kościele zajętym samym sobą, o katechezie, wydziałach teologicznych i ewangelizowaniu proboszczów z biskupem Andrzejem Czają rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz.

Bp Andrzej Czaja – Od 29.08.2009 roku ordynariusz diecezji opolskiej, dr hab. teologii dogmatycznej. Ma 46 lat, 22 lata kapłaństwa. Od 20 lat związany z KUL-em, wykłada także na Uniwersytecie Opolskim. Jego specjalnością jest eklezjologia (nauka o Kościele) oraz pneumatologia (nauka o Duchu Świętym). Duszpasterz studentów, wygłosił kilkadziesiąt rekolekcji i misji parafialnych.

Ks. Tomasz Jaklewicz: Ksiądz Biskup jako teolog wypowiadał się krytycznie o Kościele i postulował pewne zmiany. Czy teraz, jako biskupowi, udaje się Księdzu realizować te postulaty?
Bp Andrzej Czaja: – Przyznam, że o wiele łatwiej pisać, niż wdrażać w życie. I niektóre rzeczy napisałbym inaczej. Dobry teolog podejmuje solidną krytykę Kościoła w świetle Ewangelii. Jeśli widzi rozziew między Ewangelią a życiem Kościoła, to musi o tym twardo powiedzieć. Biskup musi to zrealizować. Ale to jest trudne, bo biskup pracuje z konkretnymi ludźmi. I znajduje się w sytuacji krawca, który chciałby uszyć wspaniały garnitur, ale ma materiału tylko na spodnie czy nogawki.

Co jest słabością, a co siłą Kościoła w Polsce?
– Kategoria „słaby” czy „silny” nie jest właściwa do opisu Kościoła. Wolałbym rozróżnić Kościół bardziej żywotny i Kościół zastygły, mdły. Kościół jest żywotny, kiedy realizuje to, co podkreślił Sobór Watykański II: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem”. Najważniejsze jest tu „w Chrystusie”. Jeśli Kościół ma świadomość, że najważniejsza jest więź z Chrystusem, i o nią się troszczy, wtedy jest sobą i jest mocny. Natomiast Kościół się wynaturza, jeśli nie realizuje swojej misji budowania więzi z Bogiem i jednoczenia ludzi między sobą.

Jak to wygląda w Kościele w Polsce?
– Są pewne zaniedbane obszary lub źle rozłożone akcenty. Mam wrażenie, że Kościół jest zbytnio zajęty sobą, umacnianiem struktur i wymiaru instytucjonalnego, a za mało zbawieniem człowieka. Tu i ówdzie budujemy Kościół dla Kościoła, a Chrystus założył Kościół dla zbawienia człowieka.

W czym przejawia się zajmowanie się Kościoła sobą?
W postawie wyczekiwania na człowieka zamiast wychodzenia do niego. Czekamy na ludzi w kościele, w zakrystii czy kancelarii. Za mało do nich wychodzimy. Druga rzecz: trzymamy się wypracowanych form duszpasterskich bez gotowości na zmianę, na poszukanie czegoś nowego. Benedykt XVI mówi, że jeśli Kościół zdiagnozuje, że jakaś struktura nie funkcjonuje tak, jak należy, to Kościół musi mieć odwagę taką strukturę przejrzeć i albo poprawić jej działanie, albo z niej zrezygnować. Kolejna sprawa – za mało jest rzeczowej diagnozy znaków czasu i brakuje reakcji na te znaki.

 
Czy można powiedzieć konkretnie, która kościelna struktura jest do wymiany?
– Za słabo przyjęliśmy postulaty Soboru Watykańskiego II, który powtarzał jednym tchem, że Kościół musi być bardziej służebny, otwarty i wspólnotowy. Chodzi teraz o rzeczowe zdiagnozowanie, co służy tym trzem wymiarom, a co przeszkadza. To jest konkret.

Niektórzy mówią, że na Zachodzie wprowadzono sobór, ale teraz mają tam puste kościoły.
– Problemem jest jakość recepcji soboru. Dla mnie polskim wzorem jego dobrej recepcji w życiu Kościoła jest ks. Franciszek Blachnicki. Zapomniany i nieodkryty. To jest jedna z postaci, do której trzeba wrócić. To on zwrócił uwagę, że słabość Kościoła wynika z zaniedbania wiary podmiotowej. Jesteśmy ciągle zbytnio nastawieni na masy, brakuje podejścia personalnego. Nie możemy w kształtowaniu duszpasterstwa posługiwać się kategorią sukcesu, a mam wrażenie, że nieraz o to nam chodzi, by się pochwalić w statystykach.

À propos statystyk, mamy systematyczny spadek liczby uczestników niedzielnej Mszy św. Jest on na tyle wolny, że wydaje się, iż wszystko jest OK.
– Nieraz nie chcemy przyjmować do wiadomości pewnych liczb, które mogą niepokoić. Nie wystarczy dziś wołać na ambonie: „przyjdźcie, bo odprawiam Mszę”. Mam wrażenie, że świadomość, czym jest Msza św., jest bardzo niska. Potrzebujemy kościelnej pracy u podstaw. Powinniśmy skoncentrować się na zwiastowaniu kerygmatu i wdrożeniu mistagogii.

To znaczy…
– Kerygmat to pierwsze przepowiadanie tego, kim jest Jezus, co mi daje, jak zaradza mojej biedzie. Mistagogia jest wdrożeniem w misteria wiary przeżywane w roku liturgicznym. Świat nie jest w stanie dać lepszej oferty niż Ewangelia, ale chodzi o komunikatywne odkrycie tego bogactwa, jakie niesie chrześcijaństwo. Kiedy będzie to dobrze pokazane, zostanie przyjęte.

Jak sam Ksiądz Biskup realizuje ten postulat?
– Staram się zmienić postrzeganie Kościoła u księży. Benedykt XVI mówił nieraz do biskupów, że mają najlepszą cząstkę swego czasu ofiarować księżom, zmotywować ich i ukierunkować, a oni to pociągną dalej. Postrzegam swoją posługę biskupa jako bycie proboszczem proboszczów i dlatego też staram się ich ewangelizować. 

Mocne. Jeśli trzeba ewangelizować księży, to znaczy, że z ich wiarą nie jest najlepiej.
– Wiem, że to brzmi mocno, ale się nie wypieram tego sformułowania. Chodzi o to, że księża są mocno zaangażowani w działanie na rzecz człowieka, ale po swojemu, bez Boga. Zagraża nam aktywizm. W czasach komuny opowiadano anegdotę o człowieku, który gonił z pustą taczką. Gdy go zapytano, dlaczego to robi, odpowiedział, że normy są tak naszpanowane, że nie ma czasu naładować. To nam grozi: latanie z pustą taczką. Musimy przeorientować nasze myślenie, żeby wiedzieć, co jest ważne, co mniej ważne, a co najważniejsze.

Co jest najważniejsze?

Najważniejsze jest najpierw od Boga wziąć, następnie to, co Boże, w sercu pielęgnować, a potem dać. U św. Marka napisane, jest, że Jezus ustanowił apostołów, aby Mu towarzyszyli. Pierwsze jest „aby Mu towarzyszyli”. Dopiero potem jest głoszenie Ewangelii i wypędzanie złych duchów. Jak ksiądz to pojmie, wtedy pokaże to wiernym. Być chrześcijaninem to Boga wziąć, Bogiem żyć i Boga dawać. Nasze duszpasterstwo przypomina mi szyld „wszystko dla Jezusa”, a ja się pytam, ale czy „z Jezusem?” O własnych siłach, po swojemu chcemy nieść innym zbawienie. Tracimy świadomość obecności Boga z nami. Zapomnieliśmy, że On jest Emmanuelem. Z tą prawdą chcę dotrzeć do księży. Wieczne lampki sygnalizują w naszych świątyniach, że Bóg jest z nami. A my jesteśmy jak ślepi. Jeśli ksiądz odkryje, że jest z nim wszechmogący i kochający Bóg, to żadne fale go nie zaleją. Nie zgnuśnieje, nie podda się zwątpieniu.

Żeby to widzieć, potrzeba modlitwy.
– Wpisałem w swój biskupi herb słowa z antyfony wielkanocnej „Zmartwychwstałem i zawsze jestem z tobą”. I to orędzie chcę zwiastować jako biskup: „Jest z nami Bóg, nie lękajcie się”. Cóż nam czynić trzeba? Trwać przed Panem i Jemu służyć. Dokładnie w takiej kolejności – nie inaczej.

Udaje się Księdzu Biskupowi znajdować czas na modlitwę?
– W pierwszych miesiącach bycia biskupem dwie rzeczy przychodzą mi najtrudniej. Pierwsza to czas dla Boga. O to trzeba walczyć. Modlitwa nie jest czymś dodatkowym, to jest źródło. Rano musi być solidna dawka modlitwy. Druga rzecz trudna: to rozeznawanie spraw personalnych. Żyjemy w świecie półprawd, niedopowiedzeń. My, księża, też w to wpadamy. Czasem ksiądz nie ma odwagi żyć w prawdzie. To jest bardzo smutne i to trapi.

Jaka jest kondycja duchowieństwa w Polsce?

– Boję się uogólnień. Mamy wielu wspaniałych księży, starszych i młodszych, ale jest też sporo zrezygnowania, brakuje entuzjazmu. Źródłem wypalenia bywa katecheza w szkole. Czeka nas poważna debata nad katechezą w szkole. W moim przekonaniu, trzeba tę debatę rozpocząć wśród biskupów.

Jakie pytanie Ksiądz Biskup postawiłby jako punkt wyjścia?
– Mam wrażenie, że odkąd katecheza weszła do szkoły, uznaliśmy, że duszpasterstwo dzieci i młodzieży mamy już załatwione. Żeby było jasne, ponad 90 procent katechetów świeckich i duchownych podchodzi do swoich zadań z całym zaangażowaniem. Problem w tym, że w szkole nie są w stanie zrealizować dwóch rzeczy: związać katechizowanego ze wspólnotą parafialną i formować wiary. 

 
Ale przecież to są zasadnicze cele katechezy?
– No właśnie. To jest to pytanie, które chciałbym postawić. Dlaczego nie realizujemy na katechezie dwóch jej celów? Przyczyn jest wiele, ale między innymi to, że mamy do czynienia w szkole ze zróżnicowanym adresatem: jeden potrzebuje głębokiej katechezy, a drugi abecadła. Wybieramy średnią i mijamy się z wszystkimi. Podręczniki do katechezy są niedostosowane do adresata, ani językowo, ani treściowo. Podręczniki powinni pisać katecheci, a nie katechetycy. Nie dostrzegamy, że diametralnie zmienił się adresat. Katecheza „wisi w powietrzu”, bo brakuje podstawowego wdrożenia w wiarę w naszych rodzinach. Nasze pokolenie miało jeszcze w domu coś, co można nazwać rodzinnym katechumenatem.

Nasi rodzice chybaby tak tego nie nazwali.
– Rodzice nie mieli pojęcia, co to jest kerygmat i mistagogia, ale ich życie było przesiąknięte wiarą. Przekaz wiary i jej formowanie w rodzinie dokonywały się przez proste świadectwo ich życia z Bogiem. Z rozrzewnieniem wspominam moich rodziców i dziadków, którzy Boga traktowali jak domownika. „Ponbóczku, dzięki Ci, że my zdążyli z tym sianem przed burzą”. Karmiłem się takimi modlitwami.

Co wobec tego powinniśmy zrobić z katechezą?
Rozwiązaniem nie jest przeniesienie religii z powrotem do salek, ale musi nas stać na pewne ryzyko. W gimnazjach i w szkołach średnich widziałbym takie rozwiązanie: wycofujemy jedną godzinę w tygodniu ze szkoły, żeby na drugą zaprosić do salki. Do parafii przyjdzie mniej osób, ale będą to ci, którzy chcą i których poślą odpowiedzialni rodzice. W parafii chodziłoby o wdrażanie w życie chrześcijańskie, o akcentowanie wymiaru przeżyciowego, a wiedzę można przekazywać w szkole. W parafii musi dokonywać się formacja wiary, wiązanie z konkretną parafią. Obecność księdza w szkole jest ważna, ale w wymiarze najwyżej pół etatu, żeby miał siły do pracy w parafii.

Mamy mnóstwo wydziałów teologicznych. Czy one spełniają pokładane w nich nadzieje?

– Pytanie z trzema kropkami: po co one powstały…? Mnożenie wydziałów bez odpowiedzi na pytanie o ich sens, w moim przekonaniu, jest bez sensu.

Miały służyć Kościołowi w Polsce.
– Kościołowi służy taka teologia, która – posłużę się tytułami książek abp. Nossola – jest na usługach wiary i jest bliższa życiu. Ale czy tak to ustawiano? Pogubiliśmy się, bo nie ustawiliśmy sobie celu. Dziś mówimy, że trzeba utrzymać te wydziały, bo chodzi nam o utrzymanie etatów… Nie słyszę, żeby ktoś mówił, że zależy nam na nich, bo służą Kościołowi. To się kręci, ale nie wiemy, dokąd ma zmierzać. Mamy trochę tak, że jest wydział dla wydziału.

To jest może przykład tego Kościoła dla Kościoła?
– Tak, to jest jeden z tych przejawów. Nie widzimy tego, bo jesteśmy tak zagonieni, pogrążeni w aktywizmie i konsumpcji, że nie mamy czasu na głębsze przemyślenia. To jest dramatyczne. Brakuje nam czasu na pytania o sens. Kierujemy się logiką, że to musi działać. W mojej posłudze biskupiej też to dostrzegam. Jeśli stracimy głębię, wpadniemy w mielizny i zakopiemy się.

Może Kościołowi w Polsce brakuje lidera, bardziej spójnego duchowego przywództwa?
– To jest jeden z tych punktów, który widzę inaczej, odkąd zostałem biskupem, niejako od środka. Ale sam nie mam jasnej wizji. Zgadzam się, że potrzebujemy jednego głosu. Duch Święty nam pomaga, bo daje nam w ostatnich dziesięcioleciach genialnych papieży. W Polsce będzie o to trudniej, bo wśród biskupów brakuje jedności i ulegają nieraz pewnej próżności. Nie możemy zapomnieć, że po ludzku nie damy rady. Musimy budować na Bogu. Tragedia smoleńska pokazała, że w czasach prób Polacy szukają ratunku w Bogu. W polskim Kościele jest wciąż ogromny potencjał wiary, ale musimy szukać sposobów, jak ją obudzić, jak żyć nią na co dzień. 

Osoba o tyle ciekawa, że jedna z niewielu (jedyna?) nominacja na biskupa diecezjalnego osoby pracującej w Polsce, a nie zasłużonej dzięki pracy w strukturach watykańskich. Młody, z dorobkiem naukowym – ale, co widać z rozmowy, twardo stąpający po ziemi. Z pomysłami duszpasterskimi, a nie tylko pasterską władzą. Godny następca abpa Nossola.

Tak do przemyślenia.