Rekolekcyjne reformatorstwo

Czy z rekolekcjami można przedobrzyć? Przesadzić? W związku ze (zbyt) ambitnymi pomysłami w ostatnim adwencie – a więc bardzo niedawno – niewątpliwie stwierdzam: tak, można, bo jak się chce codziennie słuchać i Szustaka, i Kramera, i jeszcze kilka innych fajnych serii, to po prostu przesada. Nie chodzi o to, żeby „zaliczyć” wszystkie i być na bieżąco ze wszystkimi. Pomimo tego można taki czas przeżyć zwyczajnie źle, bezsensownie. Tym razem podobna myśl mnie naszła w kontekście rekolekcji wielkopostnych – tylko że w realu.

Tak się składa, że w mojej parafii rekolekcje właśnie trwają, od niedzieli. Taką lampką alarmową byli dla mnie księża, żartujący, że „nic dziwnego, że do tej parafii się nie da znaleźć rekolekcjonisty, bo mało który ksiądz jest tak pazerny”. W domyśle – tyle się trzeba narobić, że szkoda zachodu. Zastanowiłem się – w sumie rekolekcjonista, ksiądz diecezjalny (tutejszy), bardzo sensowny, mówiący ciekawe i ewidentnie próbujący zainteresować słuchaczy, zmusić do wysiłku, przemyślenia.

Ale spojrzałem też na plan rekolekcji. Wiadomo – początek, niedziela, będzie z 6 Mszy na których trzeba głosić. Tyle Mszy jest, nic nie poradzisz. Tylko że… w tygodniu nic lepiej. Trochę się za głowę złapałem. Też łącznie 6 nauk każdego dnia, i to 3 z nich w ramach Mszy Świętych (tylko dzieci i młodzież w ramach samych nauk, po południu). Czyli jakby 3 dla dorosłych (1 rano, 2 wieczorem), a poza tym dziecio-młodzieżowe – podstawówka podzielona na pół, a potem gimbusy). I tak przez bite 3 dni. A po nich 3 kolejne – wieczorem osobno rekolekcje dla, nie wiedzieć czemu, ostatniej klasy gimnazjum połączonej z licealistami (?!?).

Parafia, żeby nie było, miejska. Oczywiście, są starsi ludzi – ale, jakby nie patrzeć, chyba jednak większość ludzi – w sensie dorosłych, dla których są te nauki o 9, 18 i 20 – pracuje. Moim zdaniem, nic by się nie stało, gdyby było tylko o 18. Oczywiście, starszym lepiej i wygodniej rano – ale jest ich ile? Z pół kościoła ludzi? Pewnie mniej? Wieczorem na 18 podobnie – grono starszo-mieszane – a o 20 niedobitki (testowałem to w poniedziałek – mimo najszczerszych chęci i zaangażowania rekolekcjonisty po prostu przysypiałem, bo po dniu pracy to się trochę nie da – mimo że pioruńsko zimno w kościele [zimniej niż na dworze]). Czyli z tych 3 nauk dla dorosłych można by bez niczyjego uszczerbku zrobić jedną – przy której kościół by się napełnił, ludziom przez to by było cieplej. A rekolekcjonista – wtedy o 20 już mu się nieco język plątał, czemu się nie dziwię, biorąc pod uwagę porę i to, który raz mówił to samo tego dnia… – przygotował by się raz i raz powiedział, co ma do powiedzenia. Raz a dobrze.

Podobne mam odczucia co do tych dziecięcych – czy z podstawówki i gimnazjum trzeba aż 3 osobne grupy robić? Nie jestem przekonany.

A co do liceum i starszych – gdyby podejść, jak wyżej, czyli dla dorosłych nauka tylko o tej, załóżmy, 18 – to okazuje się, że ich rekolekcje mogłyby trwać równolegle (a nie po tych rekolekcjach, w drugiej części tygodnia), właśnie np. o tej 20. Pora sensowna – starsi mają kupę zajęć dodatkowych, niektórzy pracują (studenci tym bardziej), więc pora była by w sam raz dla tych, którzy by chcieli wziąć udział.

Oczywiście, argument jest dość trudny do zbicia – „bo tak zawsze było”… No to może by tak nową świecką tradycję ukonstytuować? 🙂 Wyszło by to na dobre wszystkim – włącznie z parafią, która pewnie zaoszczędziła by nieco na ofierze dla rekolekcjonisty (wiadomo, że taką się składa, i jest ona gdzieś tam także wypadkową tego, ile czasu – nauk – głosi rekolekcjonista), choć to argument już dosłownie ostatni.

Pamiętam z czasów liceum, że w mieście, w którym chodziłem do tej szkoły, licea były 3. I rozwiązanie rekolekcyjne – a było to w „zamierzchłych” czasach, kiedy rekolekcje były zamiast lekcji, a nie po lekcjach (co dla wielu oznaczało 3 dni wolnego gratis) – było banalnie proste, acz pomysłowe: szkoły skrzykiwały się razem, katecheci uczący w nich, i zapraszali (z większych budżetem i dla większego audytorium) po prostu kogoś fajnego, niekoniecznie z okolicy, ale i z zewnątrz; niekoniecznie samego księdza, ale np. księdza z zespołem muzycznym. I był ogień 🙂

Takie moje luźne przemyślenia… W poniedziałek u dominikanów w Gdańsku zaczyna głosić ks. Adam Boniecki MIC – może się uda wziąć udział?

Dodaj komentarz