Quasi-katolickie zacietrzewienie z gromnicą w tle

Czy ja jestem jakiś zacofany, czy dzisiaj w modzie jest hejtowanie?
Co więcej – czy hejtowanie musi mieć miejsce w sprawach wiary (to jeszcze da się zrozumieć, aaale..) i to ze strony osób, które w sposób dorozumiany uważają się za osoby wierzące, a jednak hejtują tekst pisany przez osobę równie wierzącą?
Nie muszę się ze wszystkim zgadzać. Bo np. nie uważam, żeby przyniesienie do poświęcenia w w/w dzień do kościoła świecy tzw. gromnicy było folklorem – raczej wyrazem wiary i chęci, aby taki poświęcony przedmiot, sakramentalium, mieć w domu na wypadek jakiejś trudnej sytuacji losowej. Jeśli to działanie wypływa z wiary – to jest według mnie ok. Jeśli to tylko puste przyzwyczajenie, „bo tak się zawsze robiło” – to raczej bez sensu. 
Co jest złego w tym, że człowiekowi – praktykującemu – świece i lampiony kojarzą się z Adwentem? Nic. Mam wrażenie, że gdyby pobawić się w (świętą) statystykę – okazało by się, że ludzie odpowiadali by właśnie o Adwencie, a nie o Matki Bożej Gromnicznej (której to prawidłowej nazwy, czyli święto Ofiarowania Pańskiego, pewnie w ogóle by nie znali). Co jest złego w tym, że człowiek się przyznaje, że nie znał takiego zwyczaju, takiej tradycji katolickiej? Tego już w ogóle nie wiem – w kontekście tekstu chyba trzeba się cieszyć, że Jola mogła się o tym dowiedzieć, i że teraz już wie – jest progresja, coś nowego. Co więcej, Jola pisze o tym i dodatkowo krótko przytacza, skąd pomysł z tą świecą, do jakiego biblijnego zdarzenia zwyczaj nawiązuje. 
Mało kto chyba zauważył, że to jest jakby główna myśl tekstu – nie wiemy wiele o tradycji katolickiej, nie interesuje nas to, bo nam się nie chce, bo jesteśmy leniwi – a takich tradycji i zwyczajów jest bardzo wiele (ot choćby dzień później, 03 lutego, błogosławieństwo [także świecami] gardeł we wspomnienie liturgiczne św. Błażeja). Tymczasem warto się zainteresować, warto wiedzieć – skoro to mój Kościół, należę do Niego i z założenia chyba chciałbym być Jego członkiem jak najbardziej świadomie, prawda? Takie założenie autorki wynika, w mojej ocenie, wprost z ostatniego zdania tekstu: „Przykładowo, wystarczy trochę poczytać i już się wie, że 2 lutego mamy Święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej”. A to, że pisze ona w dość ciekawym stylu, trochę prowokując – cóż, tym lepiej, zresztą styl wpisuje się ładnie w cały pomysł deon.pl jako medium, które tworzone jest z myślą o młodych, żeby ich zachęcić – więc czasami trzeba podejść, zaciekawić (mistrzem w tym rzemiośle jest dla mnie Szymon Hołownia). Szkoda, że ludzie nie rozumieją. 
Mimo wszystko to, że się czegoś nie rozumie, nie uprawnia w żadnym wypadku do oceniania (co samo w sobie jest bez sensu – nie wiem, nie rozumiem, ale ocenię…), a już tym bardziej z wybitnie kretyńskimi i niegrzecznymi wnioskami.
A co można wyczytać w komentarzach? „Żenujący ignorant” (w sensie – autorka), „obciachowy tekst” i inne. „Ale jak mama Panią wychowywała (a podobno dobrze), że przez całe dotychczasow życie nie trafiła Pani w Święto Ofiarowania  Pańskiego do kościoła?” – czyli po prostu obraźliwy i chamski zarzut wobec Mamy autorski, co w ogóle nie przystoi. Stwierdzenie, że z gromnicami tego dnia idą „wszyscy, którzy uważają się za praktykujących katolików” – zatem piękna i na pewno bardzo zasadna ocena, że np. nie tylko Jola, ale i ja (bo ja nie szedłem z gromnicą) w ocenie autora do Kościoła nie należę; dzięki. Krótką historię życia autorki – „pani Jolanta wychowywała sie wjednym z poprawnych krajów zachodniej Europy gdzie ze względu na obrazanie uczuć innych zaniechano  bądź zakazano wszelkich takich „pokazówk” jak procesje, gromnice, czy wilkanocne palenie ognia” – ciekawe, co na to Jola? 🙂 I moje ulubione: „Kto ma oczy ten widzi, że artykuł jest paskudną próbą zdegradowania czcigodnej tradycji Kościoła do rangi wiejskiego folkloru, wegetującego jeszcze w miastach za sprawą nielicznych „starszych pań”, ale już zupełnie nieznanego „młodym, wykształconym, z wielkich miast” – bez komentarza. 
Jak się człowiek bierze za czytanie czegoś – a twierdzi, że jest wierzący, praktykujący i w ogóle – to potrzeba przede wszystkim dobrej woli. To chyba zrozumiałe, że nią właśnie (i miłością, i jeszcze wieloma innymi) winien się kierować dobry katolik, prawda? Bez względu na to, o czym się wypowiada. Więc skąd te komentarze? Skąd tyle złości, negatywnych słów, krzywdzących ocen? 
Nie rozumiem.  
Żal mi tych wszystkich ludzi – zarówno tych, którzy takie głupoty nawypisywali, jak i innych, którzy nie napisali, ale w ten sposób myślą. Po pierwsze – dlatego, że nie zrozumieli sensu i celu powstania tekstu. A po drugie – dlatego, że w swoim zacietrzewieniu uzurpują sobie prawo do rozdzielania ludzi na „dobrych katolików” (oni!) i… „złych (?) katolików” (tym razem np. Jola jako autorka tekstu, ale pewnie wiele innych osób też). Szkoda czasu na dyskusję z takimi, niestety. Nawiązując do, słynnej swego czasu na Youtubie, rozmowy Szymona Hołowni z Wojciechem Cejrowskim, powtórzę pytanie Szymona: a czy w tym kościele [celowo małe „k”] jest miejsce dla kogokolwiek innego poza tym, który z niego wyklucza wszystkich naokoło?
Jola – nie przejmuj się 🙂

Dodaj komentarz