Przecież ja wiem lepiej

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)

Bardzo często jest tak, że to, co ja widzę jako człowiek, rozmija się z tym, co widzi Pan Bóg. W tej właśnie kolejności – nie Jego spojrzenie z moim, ale na odwrót: moje z Jego. Pytanie brzmi – co wtedy robię, komu bardziej ufam: sobie czy Bogu?

Tak nieco na marginesie – dzisiejsze I czytanie (Hbr 12,4-7.11-15) stoi trochę w poprzek tym wszystkim, którzy moim zdaniem jakby zahaczają, albo niebezpiecznie zbliżają się do grzechu przeciwko Duchowi Świętemu – z lekkością uznając, że skoro Bóg jest miłosierny, to przecież można sobie grzeszyć do opru, używać przysłowiowo życia, a On i tak w swoim miłosierdziu mnie zbawi. Bóg upomina i wzywa do zmiany życia – ale pozostawia wybór, pole do manewru – do możliwości postąpienia inaczej, oczywiście na własne ryzyko. Czym innym będzie więc zaufanie Miłosierdziu Boga i upadnięcie na drodze – a czym innym będzie świadome założenie, że przecież nic się nie stanie, a On jest i mi przebaczy.

Dla mnie ten tekst, te słowa, to trochę takie wezwanie do tego, aby przyjrzeć się moim własnym relacjom z nabliższymi, z rodziną, przyjaciółmi. Kim ja w nich jestem, jakie daję świadectwo, jaki daję przykład, czy druga osoba widzi we mnie Pana Jezusa, a może jakieś pomieszanie z poplątaniem, człowieka pełnego sprzeczności, wewnętrznie nieuporządkowanego? Przyjęcie łaski Bożej to odpowiedzialność za tych wszystkich, dla których moge nie być autentyczny, których jakoś tam mogę zgorszyć swoim postępowaniem. Wśród najbliższych – gdzie te relacje jakby z założenia są najmocniejsze – jest o to najłatwiej.

Czasami może taki sąd, ocena drugiej osoby nie będą może najbardziej słuszne – ale diabeł przysłowiowy tkwi w szczegółach. Może być też tak, że pomimo najlepszych intencji, działania w dobrej wierze, zostajesz po prostu źle zrozumiany.  Powstaje takie błędne koło – jedno nieporozumienie rodzi inne, dochodzą gdzieś tam do tego emocje, czasami także jakieś niewyjaśnione zaszłości. Jak to dobrze, że Pan Jezus jest szczególnie blisko właśnie tych, którzy bywają odrzucani i nierozumiani. 

To się może wydawać takie skrajnie dziwne – z jednej strony jest masa ludzi, którzy dla Jezusa pozostawili wszystko, swoje rodziny i pracę, po prostu poszli za Nim. A w tym obrazku jest jakby druga strona medalu – banda niedowiarków z Jego rodzinnego miasta. Ci pierwsi są świadkami odtrącenia i zanegowania Zbawiciela przez tych drugich, którzy na logikę powinni jakby bardziej wesprzeć, uwierzyć w „swojego”?

Ile razy jest tak, że moja powierzchowność prowadzi do złego, niesprawiedliwego osądu? Co więcej – ile razy sam nie zdaję sobie z takiej sprawy z takiej postawy i mojego działania w taki sposób? Tak jak z tamtymi ziomkami Mesjasza. Znam kogoś od lat (a czasami o wiele krócej), już coś tam sobie wyrobiłem zdania o nim/o niej, coś mi się nie spodobało – i „miarodajna” opinia gotowa. W swojej ludzkiej małości nie chcę dopuścić do siebie myśli, że tym człowiekiem w jakiś sposób posługuje się Bóg i on jest lepszy niż ja to chcę widzieć. Zestawiam swoje spostrzeżenia, domysły, rzeczy które sobie „dośpiewałem” (bo przecież wszystkiego nie wiem) i przeciwstawiam to wszechwiedzy Boga. Oczywiście, uznając prymat tej własnej wersji i ocenie – no bo jakże by inaczej.

Wydaje mi się, że to jest trochę podobnie jak z betelejemskim żłóbkiem – choć mamy już z liturgicznego punktu widzenia okres zwykły i to kolejny już, 3 bodajże, tydzień, a jutro w polskiej tradycji święta Ofiarowania Pańskiego zakończymy śpiewanie kolęd i pastorałek (pewnie w tych dniach wszędzie w kościołąch gorączko „rozbiera” się dekoracje świąteczne). Można podejść jak najbliżej stajenki, zapatrzeć się w tego małego Jezuska – a i tak nic z tego wszystkiego, co się tam zadziało i wydarzyło, nie zrozumieć. Wytłumaczyć po swojemu, a w praktyce odrzucić. Zabarykadować się przed Panem z obawy przed tym, że On postawi mnie w prawdzie wobec tego, jaki naprawdę jestem, i będzie oczekiwał konsekwencji. Efekt? Bóg nie zadziała – raczej – wbrew mnie, na siłę. Nie będzie cudu, „tylko” co najwyżej kilka uzdrowień. Jak to dobrze, że On nie potrzebuje naszej ludzkiej spektakularności dla skutecznego działania. 

Sztuka tego, o czym mowa w dzisiejszym obrazku, to umiejętność postawienia tego, jak sprawy widzi Bóg, nad moim „ja” i swoją własną wszechwiedzą. Uznania, że On wie lepiej – bo tylko On widzi pełen obraz. To nie jest tak, że Bóg czegoś nie może – co najwyżej mój brak wiary w Niego nie pozwala Mu działać. 

Dodaj komentarz