Otwartość na Boże niespodzianki

W lipcu pisałem, że nie mam czasu, ale chciałbym kilka słów poświęcić o. Johnowi Basobora. A może raczej – emocjom, jakie jego postać wywołuje. Cytaty poniżej to fragmenty wypowiedzi o. Johna. 

Boże Ojcze, Ty stworzyłeś nas z miłości, a Twoja miłość jest wieczna. Ty nieustannie podnosisz nas do bycia Twoimi dziećmi. Ty dałeś nam Swojego Syna, aby nas zbawił. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę, otrzyma od Ciebie łaskę odnowy swojego człowieczeństwa. Ześlij Swego Ducha, aby przywrócił w każdym z nas Twój obraz w Imię Jezusa

Człowiek nie młody, bo 67-letni, kapłan archidiecezji Mbara w Ugandzie, gdzie jest diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz członkiem Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Doktor teologii duchowości i magister psychologii. Założyciel Father Bash Foundation, otaczającej opieką ok. 6.000 afrykańskich dzieci – sierot i dzieci porzuconych. Słynny rekolekcjonista i prowadzący spotkania charyzmatyczne. Przyciągający tłumy – co z jednej strony czyni go popularnym w sensie pozytywnym, bowiem przyciąga (ludzi albo wierzących w Boga, albo też tak zrozpaczonych, że są gotowi uwierzyć we wszystko, aby tylko uzyskać uzdrowienia – najczęściej tylko w rozumieniu fizycznym), ale też negatywnym (w naszej polskiej rzeczywistości dzięki małej jeszcze popularności wspólnot charyzmatycznych, ale np. w Ameryce Południowej z uwagi na wręcz ogromny wysyp wszelkiej maści sekt, zapraszających na najróżniejsze uzdrowicielskie mityngi. 

Jezu, Ty jesteś Panem, daj nam swoją miłość, pokój, daj nam radość. Daj nam, Panie, radość w naszych rodzinach, w naszym kraju, w naszych sercach. Utwierdź nas, Jezu, w Twojej miłości, bo Ty jesteś Panem.

Powiem tak – mnie osobiście takie spędy, jak tegoroczny na Stadionie Narodowym w Warszawie 06 lipca w ogóle nie przekonują. I nie chodzi mi o treść, a o formę. Nie zakładam złej woli organizatorów i nie potępiam samego pomysłu – bo zakładam, że mogą być tacy, którym tego typu eventy pomogą; w czym? No właśnie. Chyba jako zachęta, coś co zwróci i przyciągnie uwagę, pomoże zrobić pierwszy krok, czym Bóg wreszcie dobije się do drzwi ich serc. 
Ks. Adam Boniecki w jednym z numerów TP ciekawie cytował i przytaczał wypowiedzi ks. Tomasza Halika na temat organizacji tego rodzaju masowych wydarzeń, jak z udziałem o. Bashobory. Mówił o nieznośnym rozradowaniu, chorobie kolektywnej pobożności, mentalności tłumu, mechanizm wielkiego religijnego upraszczania z megafonów, stadionowy duch. Bo wejście w wiarę to jakby zanurzenie, zgłębienie, w którym Jezus to nie tylko kumpel do pogadania, slogan lub motyw przewodni do pokrzyczenia pewnych haseł. Bo zachowania pewne – jak by nie patrzeć – faktycznie bardziej pasują nie do imprezy religijnej, a do koncertu rockowego czy meczu piłkarskiego. 

Jezu, Ty pozostawiłeś nam swojego Ducha, Ducha Świętego. Przyjdź Duchu Święty, daj nam więcej radości. Przyjdź Duchu Święty, chcemy kochać więcej, niż wczoraj. Przyjdź i daj nam mądrość, przynieś nam więcej łaski i pokoju. Duchu Święty, połącz nas z Jezusem, który jest Panem na wieki wieków. Amen.

Tak, to jest upraszczanie, może i pewne spłycanie. Ale czy to samo w sobie jest złe, czyni takie spotkania niewłaściwymi? Moim zdaniem nie – to jest kwestia pewnego poziomu świadomości człowieka (wierzę – nie wierzę – na jakim etapie dojrzewania w tej wierze jestem). Mnie mogą nie odpowiadać, mogę nie mieć ochoty brać w nich udziału – ale to ni czyni ich bezsensownymi. Nie mnie oceniać ich owoce. Spotkania takie jak z o. Bashoborą to w pewnym sensie znak czasu – tak samo jak, medialnie popularny, rapujący ks. Jakub Bartczak z Wrocławia – bowiem i jeden, i drugi wybrali może mało konwencjonalną formę, aby przybliżyć bardzo często pogubionym ludziom konkretne i bardzo ważne treści. Zwrócić ich uwagę w sposób, który ich zainteresuje, który tę uwagę przyciągnie – innymi słowy: sprawi, iż zauważą Boga, który przychodzi, i może dzięki temu właśnie oni się na Niego otworzą. 
O. John podobno często w ramach swoich spotkań z ludźmi wędruje między zgromadzonymi z monstrancją, z Jezusem Eucharystycznym – bardzo piękna forma przybliżania Boga ludziom, rzadko spotykana u nas, ja zetknąłem się tylko z nią w kilku raczej młodzieżowych duszpasterstwach. Ale przemawia. Nie wyimaginowany facet z brodą – ale żywy, konkretny, Bóg-Człowiek w tajemnicy Eucharystii, idzie po prostu do ciebie. I ten, kto na tym spotkaniu jest obecny, być może staje właśnie przed najlepszą (jedyną?) w życiu okazją, aby pozwolić się Bogu pokochać, zrozumieć że jest się kochanym. 
Ja mam do tych spraw dystans – choć powiem szczerze: nigdy w Mszy o uzdrowienie, modlitwie o uzdrowienie nie uczestniczyłem. Może dlatego, że uważam, że dosyć jest znaków Boga w codzienności, w Eucharystii? Ok – to ja – więc nie odbieram innym prawa do innego zdania, ale i piszę, jak ja to widzę. Otoczka „cudowności” do mnie nie przemawia (co ciekawe, podobne zdanie można wyczytać w rozmowie obecnego papieża Franciszka z rabinem Abrahamem Skórką).  
Jedno pytanie trzeba sobie zadać – po co ludzie idą na spotkanie z takim o. Bashoborą? Czego oczekują? Cudu? Zgoda. Tylko jakiego? Uzdrowienia? Świetnie – a czego? Ciała? Duszy? Najgorsze, co może być, to gdy człowiek występuje z postawą roszczeniową: ja do Ciebie, Boże przyjdę, a Ty mnie uzdrowisz. Albo zaczyna stawiać warunki. Nie tędy droga. Albo inaczej – to najprostsza droga, równia pochyła do rozczarowania, a pewnie i pretekst, aby od Boga się potem odwrócić i Mu złorzeczyć. Jeśli ktoś idzie na przedstawienie – to nie można powiedzieć o wierze i szczerości. Przedstawienia to są w teatrze i cyrku, gdzie widownia jest bierna. Szansę na uzdrowienie ma tylko ten, kto zwraca się do Boga szczerze – tylko wtedy ma szansę przyjąć cud, nie od o. Johna czy jakiegokolwiek innego człowieka. Od Boga. Człowiek jest tylko narzędziem, przekaźnikiem. Cud jako Boża interwencja, element Jego zbawczego planu; nigdy działanie dla samego działania, ale dla objawienia się chwały Bożej. Jeśli ktoś przychodzi jak na pokaz kaskaderski czy jakiś występ – po prostu traci czas, bo ani magii ani nic w tym sensie nadzwyczajnego nie znajdzie tam. Wystarczy jednak, aby człowieka pchał tam jakiś, choćby cichutki, wewnętrzny głos, albo – nawet niezrozumiała – ale autentyczna ciekawość. Bóg stuka do serca i cierpliwie czeka. 
Jednego jestem pewien – Bogu w ogóle nie zależy przy dokonywaniu cudu na rozgłosie i rozkładaniu na części pierwsze samego daru – a na Nim jako dawcy. Tak naprawdę, cud rozpoznać i zauważyć może tylko ten, kto wierzy – bo bardzo często cud dokonuje się nie na tej płaszczyźnie, na której proszący by sobie tego życzył, i pozostaje niezauważony. Tak, może pozostałeś sparaliżowany, twój nowotwór nie zniknął nagle, nadal niedowidzisz – ale co powiedział ci Bóg? Co zaszło w przestrzeni spotkania z Nim? Rzadko jest tak, że nie mówi nic – najczęściej człowiek jest zbyt rozkojarzony, albo nie podoba mu się to, co słyszy. To nie jest tak, jak z tą kobietą („idź, twoja wiara cię uzdrowiła”), żaden automat. I nie jest też tak, że skoro Bóg akurat ciebie nie uzdrowił, to Go nie ma albo ma cię w nosie. Bóg działa ciągle i zawsze, nie tylko uzdrawiając, nie jest (jak ja lubię to porównanie!) złotą rybką. Kluczowe będzie zawsze to, co dokonuje się w człowieku, w środku – dopiero obok tego są znaki i uzdrowienia fizyczne, widoczne, namacalne, zmierzalne poziomem ludzkiej wiedzy i nauki, które wobec Bożej łaski stają się bezradne. 
W pewnym sensie – wracamy do źródeł. Już Piotr w bramie świątyni, na samym początku Dziejów Apostolskich uzdrowił żebraka, mówiąc, że nie ma złota ani srebra, ale daje mu to, co ma i uzdrawia w imię Jezusa (Dz 3, 1-11 – uwielbiam ten tekst!). Historia zatacza koło – po setkach lat, a może i prawie 2 tysiącleciach, na nowo Kościół odkrywa charyzmat uzdrowienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny – takie nadeszły czasy – i w taki sposób Duch Święty działa, m.in. przez o. Johna Bashoborę, bł. Jana Pawła II (ile jest przykładów i świadectw uzdrowień) czy Benedykta XVI (kilka dni temu media podały informację o uzdrowieniu przez dotyk młodego człowieka). Bóg działa w ludziach, otwartych na Boże niespodzianki. Dziwne, że w Polsce przyjeżdża uzdrawiać Ugandyjczyk? I co z tego! Niektórym do dzisiaj się w głowie nie mieści, że papieżem mógłby nie być Włoch – a był już 8 lat Niemiec, zaś teraz mamy Argentyńczyka. 
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14, 12-14). Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18 – co ciekawe, ostatnie słowa Jezusa przytoczone przez Marka przed Jego wniebowstąpieniem!). Mnie to wystarczy – pomimo wszystkich wątpliwości, które opisałem powyżej. Bogu niech będą za o. Johna dzięki, oby jak najwięcej ludzi doprowadził do Boga i, o ile taka jest Jego wola, uzdrowił. 

Przepraszam, ale…

Zupełnie przypadkiem pod koniec jedynkowych Wiadomości usłyszałem, że na TVP Info Krzysztof Ziemiec rozmawiać będzie z abp. Henrykiem Hoserem SAC czyli ordynariuszem warszawsko-praskim o całej sytuacji dotyczącej sprawy byłego już proboszcza z Tarchomina, skazanego nieprawomocnie za przestępstwo seksualne, który (mimo pół roku od tego faktu) do 26 września br., tj. wyemitowania na ten temat programu w TVN, nadal pełnił funkcję proboszcza tejże parafii. Niestety, nigdzie nie widzę pliku wideo z tej rozmowy – nie mogę więc podlinkować do poczytania. A rozmowa bardzo ciekawa choćby z uwagi na osobę prowadzącą – red. Ziemca – nie tylko deklarującego się, ale niewątpliwie będącego człowiekiem wierzącym, zatem gwarantem zachowania w niej pewnego poziomu. 
Powiem tak – mam mieszane uczucia. Tchnęło tu pewną nadzieją i refleksją, ale jakby nie do końca. 
Zaczęło się bardzo obiecująco – biskup zacytował ewangelię Marka: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze” (Mk 9, 42). Dalej, niestety, już gorzej. Abp Hoser mówił m.in. „Nie zrobiłem nic, by opóźnić procedurę dochodzeniowo-karną w tej sprawie” – wybacz, ale to zasługa nie jest, bowiem samo utrudnianie postępowania karnego jest karalne, więc trudno cieszyć się tylko z tego, że biskup był tak miły nie przeszkadzać policji i śledczym; jeszcze by tego brakowało, aby utrudniał… W dużym skrócie – całokształt wypowiedzi – tym bardziej z ust biskupa, zatem ojca diecezji i największego w niej autorytetu (rozmowa akurat z nim z pewnością była posunięciem absolutnie celowym – pytanie, czy z własnej inicjatywy, czy też np. nuncjusz w sposób jednoznaczny kazał się pokajać?) – miała chyba wywołać u odbiorców przekonanie, iż diecezja właściwie to zrobiła wszystko, co mogła, zgodnie z procedurami – więc o co chodzi. Tymczasem jak już pisałem o wypowiedzi ks. Wojciecha Lipki (poprzedni tekst) – także tutaj trudno nie stwierdzić oczywistych rozbieżności pomiędzy słowami i czynami papieża Franciszka (jeszcze przed sprawą w sądzie, a co dopiero wyrokiem, przeniósł do stanu świeckiego peruwiańskiego biskupa oskarżonego o molestowanie, nie ucieka od tematu i wskazuje na konieczność zdecydowanych działań w przypadku oskarżeń wobec duchownych) oraz słowami bp. Wojciecha Polaka z ostatniej konferencji z jednej strony, a słowami i dość dziwnymi tłumaczeniami a to ks. Lipki poprzednio, a to abp. Hosera dzisiaj. Także pomimo tego, że biskup warszawsko-praski – jak powiedział – solidaryzuje się z wypowiedzią bp. Polaka, nie ks. Lipki, podczas piątkowej konferencji (co nie znajduje odzwierciedlenia w całości dzisiejszej jego rozmowy z Ziemcem). 
Red. Ziemiec trafnie zadał pytanie – czemu słowa przepraszam w ogóle nie umieszczono w dzisiejszym oświadczeniu kurii warszawsko-praskiej? Sądząc po tonie tego dokumentu – jest tam, w mojej ocenie, dorobiona ideologia do tego, co już zaszło, do niefortunnych (co najmniej) wypowiedzi i oczywistego braku decyzji, które winny były zapaść co do księdza z Tarchomina jeśli nie w marcu br., to już w 2011 r.; próba udowodnienia, że diecezja postępowała zgodnie z wytycznymi odpowiedniej w tym zakresie instrukcji, zatem wszelki medialny szum jest zbędny. Pominę fakt, że oświadczenie podpisała „kuria” – brak cywilnej odwagi podpisania się pod tym dokumentem przez kogokolwiek z imienia i nazwiska? Pojawia się tam sformułowanie o niemożności stosowania kar kanonicznych przed ustaleniem winy – świetnie, tylko nikt w tym zakresie nie podnosi zarzutu. Chodzi o to, że nie zrobiono z księdzem nic, pomimo wiedzy o podejrzeniach w stosunku do niego od kwietnia 2011 r. (dokładnie 2,5 roku!). 
Co więcej – istotne – sam abp. Hoser w dzisiejszej rozmowie, na pytanie dziennikarza, odpowiedział, iż w jego ocenie w tej konkretnej sprawie zarzuty są mocno udokumentowane (w przeciwieństwie, jak podał, do przypadku z diecezji, kiedy nie potwierdzono zarzutów w materii nadużyć seksualnych ze strony innego duchownego). Czemu więc zabrakło działania? 
Padły także następujące słowa biskupa: „Usuwanie z urzędu w tej fazie procesowej jest środkiem zapobiegawczym. Przełożony jest zobowiązany by ocenić, czy osoba jest zagrożeniem dla otoczenia. Sąd nie zakazał mu kontaktu z dziećmi i młodzieżą nie zastosował aresztowania. Nasza analiza wykazała, że nie mamy do czynienia przypadkiem recydywy”. Chyba miało być mądrze, wyszło że mówiący te słowa nie bardzo zna się na materii, jaką poruszył. Chodziło z pewnością o art. 41a kodeksu karnego – zakaz m.in. kontaktów z małoletnimi – który jest środkiem karnym, zatem dodatkową dolegliwością stosowaną obok kary, lub w pewnych okolicznościach zamiast niej. Skoro kara – to orzekana wyrokiem sądowym, zatem na zakończenie postępowania. Dalej, skoro wyrok nieprawomocny i postępowanie przed sądem karnym trwa – to może się kara zmienić (nie wiadomo – nie znamy treści wyroku sądu I instancji – w jakim zakresie wniesiono apelację). Z kolei instytucja tymczasowego aresztowania w tego rodzaju sytuacji raczej nie miała by sensu – nic więc dziwnego, że nie zastosowano go. Arcybiskup powiedział o środku zapobiegawczym – czyli w jego ocenie należało by delikwenta usunąć z parafii tylko, gdyby jednoznacznie (w jaki sposób i kto miał by to weryfikować, sprawdzić?) wyglądał na takiego – za przeproszeniem – który będzie dalej molestował i był w ten sposób zagrożeniem dla otoczenia? Brak recydywy to argument? Raczej zasłona. Czy biskup powinien sam z siebie – nie czekając na media (tym razem zajęło pół roku od wyroku sądu, zanim dokopały się do sprawy) – zareagować i odsunąć księdza z parafii, czy uznać: molestował raz, obiecał że się poprawi i nie będzie, więc niech dalej robi swoje, skoro nie jest recydywistą? Oczywiście – każda sytuacja jest inna – ale czy odpowiedź nie wydaje się oczywista? 
Ale nawet – pomijając to – co stało na przeszkodzie, poza pewnym wyczuciem, poczuciem odpowiedzialności i owszem, jakąś odwagą, aby z uwagi na same podejrzenia odsunąć księdza od pracy w parafii? O to chodzi, tu jest problem – co red. Ziemiec wyraźnie zaznaczał, formułując kilkakrotnie pytania – bo nie o ocenę pracy sądu czy policji chodzi w całej sprawie, ale o bierność diecezji i zachowanie, jakby się nic nie stało. Tu nie chodzi o to, co nakazuje najmądrzejsza nawet instrukcja (albo inaczej: wprost nie nakazuje wyrzucić z parafii, no to nie wyrzuciłem) – która z przyczyn oczywistych nie przewidzi każdej możliwej do zaistnienia sytuacji – ale o roztropność i działanie wtedy, kiedy jest to potrzebne. Paradoksalnie – to właśnie jest owo „nie odczytanie sytuacji”, o którym abp. Hoser powie (opiszę poniżej), a jednak nie potrafił go odnieść do całej sytuacji, a tylko do postawy jednej osoby. Powiedział też, że „traktowanie takich przypadków [przestępstw seksualnych] wymaga zdecydowanej postawy” – więc skoro to tak dobrze wie, czemu postąpił dokładnie odwrotnie, unikając podjęcia odpowiednich kroków?
Tej wypowiedzi w ogóle nie rozumiem: „parafianie z Tarchomina nic nie wiedzieli o tych sprawach. Czy przez pół roku stało się coś, co spowodowało szkodę?”. Oczywiście – sam czyn. No bo czy uniknięciem szkody miało by niby być to, aby sprawę zamieść pod dywan i uniknąć tego, co się stało (tj. zainteresowania mediów)? Teoretycznie zdarzenie upublicznione wywołało zgorszenie wśród ludzi – czy jednak oznacza to, że nie powinno być ujawnione, tzn. ksiądz powinien nadal jakby nigdy nic pracować w parafii? Myślę, że sytuacja była by o wiele prostsza, uniknięto by jakichkolwiek wątpliwości co do działań i intencji diecezji w prosty sposób: oświadczenie o zarzutach wobec księdza jako uzasadnienie odwołania z parafii, odczytane w parafii i opublikowane na www diecezji. Od razu, nie po rozdmuchaniu sprawy w mediach. Tak samo jak bp Piotr Jarecki mógł udawać, że to nie on pod wpływem alkoholu rozjechał latarnię w Warszawie – a przyznał się sam do wszystkiego, wyraził skruchę, przeprosił. Można postąpić uczciwie, transparentnie? Można. Trzeba chcieć.  
Tak, padło słowo „przepraszam”. A dokładnie – „Przepraszam, jeżeli sytuacja sprawiała wrażenie, że doszło do próby pomniejszenia, niedostrzeżenia powagi przestępstwa”. Arcybiskup jakby wyraził też coś na kształt skruchy, że takie słowa nie znalazły się w treści oświadczenia (czyżby redagowanego przez ks. Lipkę?) – i to dobrze rokuje. Dobrze również, że ordynariusz podkreślił, iż badanie tego typu spraw w sposób oczywisty powinno spoczywać na organach świeckich, państwowych, które posiadają ku temu procedury i możliwości, a jednocześnie są niezależne od jednostek kościelnych, zatem nie można zarzucić żadnych nacisków – tu zdecydowanie wypowiedział się trafnie. Tylko pojawia się pytanie – skoro tak, i już jeden sąd (tak, nieprawomocnie, wiem) wydał wyrok skazujący, nie z czapki tylko na podstawie konkretnego postępowania dowodowego, skąd bierność i brak konkretnych decyzji co do tego księdza po fakcie, czyli jakieś pół roku temu? Owszem, sąd II instancji może wyrok zmienić, oczywiście. Czy ktoś wierzy w to, że nagle uniewinni tego księdza? 
Dobrze też, że odbyło się spotkanie z dziekanami poszczególnych dekanatów, że biskup powołał – jak to nazwał – zespół szybkiego reagowania w podobnych sytuacjach. Oby do kolejnych takich nie doszło. Dobrze, że wykorzystując media zaapelował do wszystkich ludzi o czujność i zgłaszanie wszelkich podejrzeń w zakresie zachowań na tle seksualnym osób działających w imieniu Kościoła – wskazując nie tylko na księży, ale też na katechetów. 
I wreszcie, dobrze że jakby w końcu obiektywnie spojrzał na osobę dotychczasowego kanclerza kurii ks. Wojciecha Lipki – co doprowadziło do, spóźnionych acz trafnych wniosków w postaci odwołania go jutro ze stanowiska, co zostało zapowiedziane wprost („Ksiądz Wojciech Lipka przestaje być kanclerzem kurii warszawsko-praskiej”). Pomijając moje stanowisko co do sytuacji ks. Wojciecha Lemańskiego (i roli ks. Lipki w tym, że zakończyła się aferą a nie konsensusem przed jej wybuchem, w czym według moich informacji miał duży udział), jak już pisałem – powinien „polecieć” za samą konferencję prasową z ubiegłego piątku. Stwierdzenie abp. Hosera, iż „spowodował pewne wątpliwości co do decyzji, co do konieczności bardzo jednoznacznego wypowiadania się w sprawach [pedofilii w Kościele]. Nie potrafił odczytać sytuacji (…) Jego rolą była sygnalizacja problemu” to dyplomatyczna gra słowna, jednak przekaz jest jasny. Nie może być tak, że papież i Episkopat mówią jedno, a przy tym samym stole w imieniu jednej z diecezji należącej do tego Episkopatu i podlegającej w ramach Kościoła temu papieżowi ktoś kiwa głową, po czym mówi de facto coś zupełnie innego – przy tym w materii tak oczywistej jeśli chodzi o stanowisko czy to KEP, czy papieża, a jednocześnie wymagającej delikatności i wyczucia. A ks. Lipka tak się zapędził w tym sygnalizowaniu, że przekaz zabrzmiał mniej więcej: co wam do tego, zajmijcie się sobą, nasza sprawa. Dobrze, że post factum ktoś zauważył, że coś w takiej postawie nie gra. 
Komentarz na bieżąco do rozmowy, z jednego z portali społecznościowych: „Biedny Ziemiec – tak bardzo stara się nie dopuścić do kompromitowania się przez abp. H. I tak bardzo rozmówca nie daje mu szansy”. Niestety, dość trafny – oglądałem całość rozmowy, nie da się ukryć, że pan Krzysztof miał coraz większe oczy i nie bez powodu pewne pytania powtarzał, licząc na bardziej konkretne (sensowne?) odpowiedzi – niestety, bezskutecznie. 
I jeszcze taka ciekawostka. TVP zaprosiła abp. Hosera jako biskupa miejsca, dając szansę na wyjaśnienie sytuacji, jasne stanowisko – i nie do końca wyszło… nie z winy stacji, co tego, co mówił rozmówca Ziemca. Z kolei TVN praktycznie w tym samym czasie pokazał rozmowę Moniki Olejnik z bp. Grzegorzem Rysiem z Krakowa – fakt, na temat w dużej mierze inny, bo kwestii zarobków duchownych – który chyba przyjął lepszą strategię, mówiąc, że łatwo jest pokazać rzeczy patologiczne w Kościele, ale jak dzieje się coś dobrego, to nikt o tym nie mówi. Nie brnął w sytuację, nie oceniał sprawy warszawsko-praskiej (choć stwierdził, że w Krakowie w jakiejkolwiek sytuacji podejrzeń w tej materii w stosunku do księdza odsuwa się go od wszystkich obowiązków) – bo tutaj, nie ukrywając, w tej sprawie na podstawie tego, co zrobiono (a raczej czego nie zrobiono) można było tylko polec.