Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty. Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

W weekend połknąłem (bo książka dość niewielka i lekko się czyta) Tajemnice zakonu – rozmowę o. Leona Knabita OSB z Arturem Sporniakiem. Jest to fascynująca opowieść, w formie jakby wywiadu-rzeki, podzielonego na odrębne zagadnienia, o życiu w zakonnych murach. O. Leon Knabit przedstawia w niej świat zamknięty dla zwykłego człowieka – ale ukazuje w nim prawdy, które są uniwersalne dla każdego – mnicha, księdza czy świeckiego. Książka, miejscami poważna, miejscami pełna humoru i ciepła, dotyka takich zagadnień jak powołanie, przyczyny wstąpienia do klasztoru i kwestie życia w odosobnieniu; jest mowa o pokorze, modlitwie, pracy – ale także materiach może bardziej związanych z zakonem, jak posłuszeństwo, ubóstwo, post. Odpowiada on także na pytania o to, czym różnią się współczesne zakony od dawnych, w jaki sposób nowoczesność przeniknęła do zakonów, zmieniając nieco ich charakter. Całość pozwala też zorientować się co nieco w duchowości benedyktyńskiej, zrozumieć jak jej założenia mogą i dzisiaj być realizowane. 
Najfajniejsze kilka myśli:
Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty.

Trzeba odnaleźć się w tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć własną barwę. 

Prawdziwa duchowość nie polega na odwróceniu się od świata i od człowieka. Owszem, trzeba rozróżniać między światem złej woli ludzkiej – którym nie powinniśmy mimo wszystko gardzić, tylko zastanawiać się, co można zrobić, żeby był lepszy – a światem stworzenia Bożego, który jest wspaniały.

Czy ktoś kiedyś pomodlił się za rozbierającą się striptizerkę? Mężczyźni albo się niezdrowo podniecają, albo z odrazą mówią „ździra”. 

Trzeba przyjmować człowieka takim, jaki jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co. 

Chodzi o to, żeby patrzeć na świat z miłością. Nienawidzić grzechu, a miłować braci. 

Większość chrześcijan narzeka. A ja wolę pokazywać. Mówię: „Popatrzcie, jest dużo wspaniałych rzeczy na świecie!!’. W  życiu chrześcijanina, wśród osób świeckich i zakonnych, kładzie się często większy nacisk na tajemnice bolesne. A przecież mamy i radosne, i chwalebne, i tajemnice światła!

Zapytajmy, jak przedstawić świętość, aby była atrakcyjna? Trzeba zrezygnować z takiej sztucznej, naiwnej idealizacji: „Już jako niemowlę w piątki nie ssał piersi”. Najpierw powinniśmy wykonywać dobrze swoje zwyczajne ludzkie rzemiosło. Ale samo rzemiosło nie wystarcza. Trzeba tak żyć, aby być tego życia artystą. Świętość to prawdziwa sztuka życia.

Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa. 

Początkiem miłości jest bojaźń Bożą – przynajmniej się lękaj. Ta przestroga jest dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić. 

Słońce świeci, ale dla każdego z nas pod odrobinę innym kątem. Dlatego posłuszeństwo ma różne odcienie – nie chodzi o sztampę. 

– Czym jest fałszywa pokora?
– Jedną z jej form jest na pewno nastawienie, by za wszelką cenę żyć ze wszystkimi w zgodzie. Gdyby Pan Jezus żył ze wszystkimi w zgodzie, to nie umarłby na krzyżu. Dogadałby się z faryzeuszami, Herodowi by się ukłonił. Nieraz trzeba być twardym. 

Często myślimy w ten sposób: chodzę do kościoła, żony nie biję, nie zdarzam, nie kradnę, nie upijam się, wobec tego jestem porządnym człowiekiem. A święty powiedziałby: to dopiero początek rzemiosła. 

Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłosiernym okiem Ojca”, który mnie rozumie, pozwala nawet na grzech, by móc przebaczyć. Pismo Święte mówi, że „początkiem mądrości jest bojaźń Boża”, a dopiero potem się wchodzi na szczyty. Z tą „bojaźnią” jednak tak można się zżyć, że w niej pozostaniemy. Stąd bierze się cierpiętnictwo – umiłowanie cierpienia dla niego samego, a także różne stereotypy, np. że jeśli Bóg kocha, to zsyła krzyżyki, itp. Tymczasem cierpienie bez miłości jest całkiem bezsensowne. Przeżywając cierpienie, powinniśmy przede wszystkim modlić się: Panie Boże, daj mi miłość, bo bez miłości ja tego nie zniosę!

Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

Wmawiają nam niekiedy religijni wegetarianie, nawet niekoniecznie katolicy, że przecież Bóg powiedział: „Nie będziesz zabijał” (Wj 20, 13). Takie tworzenie ideologii świadczy o nieznajomości całego Objawienia, b o już po potopie nowe złożył Bogu ofiarę ze zwierząt (Rdz 8, 20n), a Bóg pozwolił na spożywanie mięsa, byle nie z krwią (Rdz 9, 4). Cały kult Starego Przymierza opierał się w dużej mierze na ofiarach ze zwierząt. Księgi święte podają dokładnie, jak należy je zabijać i składać na ofiarę. W Nowym Testamencie zaś Bóg ukazał św. Piotrowi we śnie „czworonożne zwierzęta domowe i dzikie, płazy i ptaki podniebne” i nakazał „Zabijaj, Piotrze, i jedz!”. Gdy Piotr się wzbraniał, że nie weźmie do ust nieczystego jedzenia, usłyszał: „Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił” (Dz 11, 5-10). Używanie w tej dziedzinie argumentów biblijnych jest nadużyciem. 

Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 

Jest czymś oczywistym, że nie sam habit czyni mnicha. Także w habicie można być łobuzem. A jednocześnie jest wyraźnym znakiem. Habit czy sutanna, a nawet choćby koloratka to weksel, który zawsze musi mieć pokrycie. Mnich nie powinien w świecie ukrywać tego, że jest mnichem. Przecież ma być świadectwem wartości w zlaicyzowanym świecie. O czym więc mówi regularne chowanie swojego prawdziwego (oby!) „ja” pod zasłoną świeckiego ubrania, by się w tej masie, broń Boże, nie wyróżniać, a może nie zdekonspirować?

Jan Paweł II często wzywał świeckich, by nie lękali się świętości. A skoro mają się nie lękać, to zakładał, że jest ona możliwa także w życiu świeckim. Jeśli dzielę swoje serce z żoną, to stajemy się w ten sposób jednym i wtedy jako jedno jesteśmy obrazem miłości Chrystusa do Kościoła. 

Powołanie do takiego czy innego stanu daje Bóg, i każde powołanie ma doprowadzić do świętości. 
>>>
I jeszcze krótki cytat z mojego ulubionego Szymona Hołowni – w kontekście lamentowania nad idiotami, którzy znęcali się i zabili biednego psa. Właściwie, to kontekst o wiele szerszy. Ale tak mi się przypomniało:

Szkoda, że umiejętność kojarzenia tych dwóch okoliczności – kto znęca się nad zwierzętami, nigdy nie zbuduje sensownej relacji z ludźmi, przeciwnie – jest wielka szansa, że po psie pobije żonę, skatuje dziecko, zabije sąsiada. – tak opornie przebija się w społeczeństwie. Nie rozumiejącym, że nie ma co spierać się o to czy zwierzę ma czy nie ma cała duszę, skoro nie-machanie ręką na wszelkie przejawy bestialstwa po prostu nam się opłaca. Tymczasem u nas jedni – przepraszam za słowo – pitolą jakieś smętne zawijasy, że przecież tyle spraw jest ważniejszych, że przecież zwierzę to nie człowiek (powtarzam – człowiek który przestaje być człowiekiem w stosunku do zwierząt, przestaje być człowiekiem w ogóle, bo nie można być trochę „ludzkim”, nieprawdaż, człowiekiem dla babci i dziadka, a sadystą dla sąsiadki czy kotka). Inni jak zwykle uderzają w nutę „wiadomo że będzie dręczyć się zwierzęta w katolickim kraju” (nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale jako katolika i człowieka który prawa zwierząt ma na względzie, bardzo mnie to wkurza). Jeszcze inni będą milczeć, jak sąsiedzi wspominanych młodzieńców z Lipnicy Małej, którzy dziś opowiadają chętnie, jak to owi panowie zawiesili nad potokiem bernardyna i rzucali do niego (na żywca) siekierami. Jak chlali na umór i urządzali sobie gonitwy. Oni nie rozumieją, że mogą być następni. Że ci durnie mogli po pijaku zabić tym autem nie psa, ale czyjeś dziecko. Bohaterscy górale z Lipnicy opowiadają teraz dyrdymały, że się boją. Jak mawiał śp. ks. Tischner – g…no prawda. Kłopot w tym, że bohaterskim góralom nie che się ruszyć tyłków. Bo jakby się cała wieś skrzyknęła, panowie spieprzaliby z pięknej Orawy z prędkością światła, tak że nie zdążyliby wyhamować przed Tczewem (wiadomo, że w Polsce na odsiadkę się czeka, ciekawe jak ta banda zostanie przyjęta w swoich rodzinnych pieleszach).

Dodaj komentarz