W lekkim powiewie przychodzisz

Czasami można, tu i ówdzie, usłyszeć o dowodach na spektakularność i taką po ludzku, widoczną wielkość Boga – a to, że zbudowano taki czy inny kościół (mój ulubiony – tzw. świątynia Opatrzności Bożej, którą uważam, niestety, za pomnik nie tyle ku czci Boga, co niezbyt udany, co widać na każdym roku, zamysł człowieka, który za wszelką cenę chciał coś po sobie pozostawić – można by wręcz dopatrywać się, że samemu Bogu nie jest to w smak, skoro budowa nijak nie idzie, końca nie widać, za to całość nobilituje się np. chowając na de facto placu budowy postaci wybitne jak x Jan Twardowski, lekceważąc jednocześnie wolę samego zmarłego co do miejsca pochówku), a to doszukując się tego w inny sposób w czymś. 
Od nocy z poniedziałku na wtorek, a generalnie od wczoraj, czyli od wtorku, wieje u nas bardzo mocno. Tak mocno, że wczoraj rano, dziarskim krokiem zmierzając do pracy, miałem momentami – a do osób niewielkiego wzrostu nie należę – problem, aby iść pod wiatr. Poza tym – spektakularne widowisko na niebie, szczególnie jeszcze przed wschodem słońca, gdy coś tam już widać jasnego, i na takim tle dosłownie mkną całe zastępy chmur.
 
Tak jak zapatrzenie się w morze – a co, w końcu nad nim (gdy chodzi o region, ale w sumie dosłownie też) mieszkam – tak wpatrywanie się w takie niebo jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że On jest. Mały człowiek, bezmiar wody – a to tylko nasza Zatoka Gdańska; ile więcej jest tego dalej? A to tylko woda. Boga jest o wiele więcej, jest o wiele większy. Analogicznie z niebem. Wielki bezmiar czegoś, co otacza nas, co widzimy czasami lepiej, a kiedy indziej gorzej – ale te chmury są wszędzie, ciągle gdzieś gnają po firmamencie, czasami – jak w tych dniach – tworząc na niebie piękny spektakl. A to tylko chmury, prosta do wytłumaczenia wizualna konsekwencja dawno już wytłumaczonych naukowo zjawisk przyrody.
 
To bardzo pomaga, bo można zrozumieć i próbować przełożyć z Bożego na nasze, jak to jest, że On jest wszędzie i cały czas osobno w każdym miejscu, a równocześnie blisko każdego. Niezmierzony, nierozgryziony, nierozpracowany, zawsze kochający i bliski. A skoro jest wszędzie, więc także i koło mnie – bez względu na to, co się dzieje. Nie da mi zginąć, z najtrudniejszej sytuacji wyprowadzi dobro, o ile poczekam i zechcę zauważyć, nawet z perspektywy czasu. To nie znaczy, że wszystkie moje plany zawsze ułożą się w piękną mozaikę, po której ja – jakby oderwany od rzeczywistości – będę sunął przez życie. To znaczy, że muszę wierzyć, bo On jest – tak jak te chmury na niebie, wszędzie i zawsze blisko.
 
Bardzo lubię ten tekst – w sumie dopiero teraz dowiedziałem się, że to z Jana Kochanowskiego. Organistka czasami grywa u nas, i bardzo pasuje do tej sytuacji. Boga nie ogarniemy, choćbyśmy bardzo chcieli. Jak ktoś ma z Nim – z Jego obecnością, realnością – problem, to takie proste zachwycenie nad tym, co On dla nas wszystkich stworzył, także takimi zwykłymi zjawiskami, może pomóc Go dostrzec. Gdy zrozumiesz, jak mały sam jesteś wobec takiego zjawiska – a jak bardzo samo to zjawisko jest tylko jednym z przejawów wielkości Boga. 
Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
     Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie:
     I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.

Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszytko Twoje,
     Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.
Wdzięcznym Cię tedy sercem. Panie, wyznawamy,
     Bo nad to przystojniejszej ofiary nie mamy.
Tyś Pan wszytkiego świata. Tyś niebo zbudował
     I złotymi gwiazdami ślicznieś uhaftował.
Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi
     I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.
Za Twoim rozkazaniem w brzegach morze stoi
     A zamierzonych granic przeskoczyć się boi.
Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają,
     Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają,
Tobie k woli rozliczne kwiatki Wiosna rodzi,
     Tobie k woli w kłosianym wieńcu Lato chodzi,
Wino Jesień i jabłka rozmaite dawa,
     Potym do gotowego gnuśna Zima wstawa.
Z Twej łaski nocna rosa na mdłe zioła padnie,
     A zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie.
Z Twoich rąk wszelkie źwierzę patrza swej żywności,
     A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.
Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!
     Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.
Chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi,
     Jedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twemi. 

>>>

Jak można poznać miłość, samemu nie kochając? Tylko przez miłość kosztuje się miłości. Innego dostępu do nas nie ma miłość ani my do niej. (o. Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)

3 komentarzy do “W lekkim powiewie przychodzisz”

  1. Baruch pisze:

    Kochanowski, Kochanowski – jak by to pewnie powiedział mój ulubiony profesor na uczelni – wiersz stychiczny, sylabiczny (oczywiście z paraksytonikiem w klauzuli!), z rymami sąsiadującymi, bogatymi, żeńskimi… I tak dalej, hehe!

    A tak poważnie – pomijając moje wspomnienia z poetyki (daj Boże, żebym zaliczył ten egzamin!), to piękne, że w znanych nam przecież od dziecka zjawiskach możemy dostrzec Pana Boga. Przypomnieć sobie najzwyczajniej w świecie o Jego obecności.

    Pozdrawiam serdecznie!

  2. Zim pisze:

    Ja też lubię ten utwór pana Kochanowskiego 🙂 A masz rację… Wczoraj patrzyłam w gwiazdy – pierwszy raz w życiu udało mi się wypatrzeć na południu gwiazdozbiór Zająca, który nie jest zbyt dobrze widoczny w Polsce. Moim marzeniem jest zobaczyć kiedyś na żywo Krzyż Południa. A wystarczy pomyśleć, Ziemia – trzecia planeta od Słońca i akurat w takim miejscu, gdzie życie może się rozwijać… Czy to nie takie cudowne? Bóg żyje.

  3. Soledad pisze:

    Dla mnie wielką radością jest właśnie świadomość, że Pan Bóg jest wszechobecny, a jednocześnie tak bardzo najbliższy. Jestem w Jego dłoniach i wszystko stworzył dla mnie… Nieustanny powód do wdzięczności, więc chcę nią właśnie być.

Dodaj komentarz