Pozornie roztropne budowanie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki. (Mt 7,21.24-27)
To dopiero! Wielu pewnie by się uniosło „świętym” oburzeniem. Że co – że ja nieroztropny? Przecież całe życie niczym innym, jak roztropnością pod jej niby to synonimem kalkulacją się posługuję. Liczę, kalkuluję, prognozuję, rachuję. Szkoda, że nie w odniesieniu do tego, co trzeba. Szkoda, że tylko kasę, zyski, kontakty, wizytówki i numery telefonów osób które mogą coś „załatwić”, odznaczenia, tytuły naukowe, dyplomy i ordery. Żeby tak ładnie wyglądać, żeby sąsiedzi w pas się kłaniali, żeby być tym autorytetem do którego ludzie się odnoszą, który pytają o znanie. Ideał, mąż stanu, człowiek sukcesu. 

I o przysłowiowy kant pewnej części ciała można to potłuc. Żadna to roztropność – a wręcz jej przeciwieństwo. Pozorne budowanie domu na skale, podczas gdy naprawdę wznosi się, może i Bóg wie jak wielką twierdzę, ale na piachu czy w bagnie. Nie trzeba wcale wielkich ulew, występujących z brzegów nurtów rzek czy wichury, żeby szlag ją trafił. Wystarczy, jak w takiej grze, wyjąć jedną cegiełkę, ot, gdzieś w fundamentach czy nawet niekoniecznie. Już coś zaczyna nie grać. Spójność zostaje zachwiana. A za chwilę – wszystko runie. I ten upadek jest nie tyle wielki dla samej takiej twierdzy, co dla tego, kto ją tak misternie i zupełnie bez sensu wznosił. Upadek dumy, pychy, własnego ego. Upadek, z którego samemu bardzo trudno jest się podnieść. Adwent to piękny czas, żeby zrozumieć że nie zawsze chodzi o to, żeby samemu i wbrew wszystkim, na pokaz – ale o wiele lepiej i sensowniej z kimś, razem, w dobrym celu. Z Bogiem, na przykład. Najlepszy z możliwych. 
Z tym domem budowanym na skale to jest tak, że nie wygląda spektakularnie. Po prostu człowiek, który go – nawet nieświadomie – wznosi jest sumienny, odpowiedzialny, prawy, prawdziwie roztropny (nie jak roztropek budujący na piachu), i gromadzi te rzeczy, które nie tyle ładne, błyszczące, kosztowne, bajeranckie i szpanerskie, co po prostu naprawdę wartościowe. Jednak nie mierząc po ludzku, tylko Bożą miarą, którą kiedyś każdego z nas zmierzą. Dopiero wtedy – i tego zadziwienia, a zarazem sukcesu, każdemu życzę – człowiek ze zdziwieniem stwierdzi, że udało mu się zbudować całkiem solidny dom, na porządnych fundamentach. Nie – mówiąc, a – robiąc.