Ale

Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka. A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć. Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże! Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego. (Łk 9,51-62)

Kalendarz liturgiczny jest tak skonstruowany, że poza niedzielą, nieco krótszej wersji tego tekstu słuchaliśmy  także wczoraj, o tych deklaracjach różnych ludzi (Mt 8, 18-22). Ale po kolei. 
Wydaje mi się, że – po ludzku rzecz biorąc – Jezus miał jak najbardziej prawo okazać niezadowolenie z faktu, że Samarytanie po prostu Go olali. Nie wnikając w kontekst kulturowy – tak mieli, relacje Samarytan z Żydami nie należały do najlepszych, stąd trudno się dziwić, że nie chcieli gościć tych, którzy co roku wędrowali do Jerozolimy. Dlatego akurat ta reakcja uczniów nie dziwi – martwi natomiast jej tło. Musieli już bowiem czuć się na tyle silni i mocni, żeby zaproponować siłowe rozwiązanie, generalnie nieco nie z tego świata. Jezus oczywiście zabronił takiego działania – bo jak by się miało niszczenie miasta (niczym Sodomy i Gomory – to akurat z dzisiejszego czytania, Rdz 19,15-29) do nauki o miłosierdziu i wybaczeniu? Nijak. Dlatego Bóg uczy, że zemsta i siła to nie droga, jaką powinien się kierować człowiek wiary. Prościej to przełożyć sobie na naszą współczesność – ile razy człowieka szlag trafia z powodu piętrzących się problemów, trudności, braku zwykłego zrozumienia, życzliwości, a czasem ewidentnej wrogości? I nie oznacza to wcale, że mamy prawo takiej osobie rozwalić nos czy inną część ciała, chcąc się odegrać (bezmyślnie zupełnie). Może i człowiek się lepiej wtedy czuje – ale czy jest lepszy? Na pewno bliższy grzechu. 
I dalej – trzy obrazki ludzi rzekomo „gotowych” – czy jednak?
Jestem prawie pewien, że ten pierwszy nie miał pojęcia, o czym mówi. Owszem, w tamtych czasach podążanie w tłumie zapatrzonych w Jezusa mogło się wydawać czymś pięknym i atrakcyjnym – był szanowany, ludzie wychodzili Mu na spotkanie, gościli wędrujące z Nim osoby. Ale czy o to chodzi? Ta idylla miała się bardzo szybko skończyć finałem na krzyżu, po którym większość (poza kobietami i Janem) po prostu zwiała. Budujące jest to, że ten człowiek wyraził gotowość – oto ja, poślij mnie – nieco innymi słowami. Zawierzył swoje życie Panu – tak jak ja to zrobiłem, ślubując żonie, kto inny przyjmując święcenia kapłańskie czy składając śluby zakonne – na swoje indywidualnej i wyjątkowej drodze. My nie wiemy, co nas na naszej drodze czeka, jaka by ona nie była – sztuką będzie właśnie gotowość, to przysłowiowe „co postanowisz, niech się ziści” (jak śpiewał Kaczmarski), po prostu zaufanie Bogu. 
Drugiego z kolei Pan sam powołał – tak jak Dwunastu, a ten chciał pochować ojca. Chyba w żadnym momencie życia bardziej niż teraz, tydzień po pogrzebie Mamy, nie rozumiem go lepiej. Trzeba powiedzieć jasno – Jezus nie potępia go za to, że chciał dochować tradycji i zapewnić pochówek ojcu – szczególnie w kontekście tego, jak często dzisiaj na starość rodziców wysługuje się różnej maści domami spokojnej starości, byle tylko nie mieć „problemu” na głowie. Tu Jezus jakby przesadził z przykładem, albo posłużył się niejako skrajnością. Bardzo dobrze, że tamten chciał pochować ojca. Nie jest dobrze, gdy do spraw ważnych stosujemy najróżniejsze wymówki, zazwyczaj wymyślone albo po prostu naciągane. Nie od razu złe. Boimy się zrobić ten pierwszy krok i zaryzykować z Jezusem. Zawsze jest jakieś „ale”, mniej lub bardziej sensowne – optymalnie po to, żeby nie podjąć jednoznacznej decyzji, ale odwlec ją w czasie, pozostawić sobie furtkę, utrzymać status quo. Idź, pochowaj ojca – ale miej świadomość, że to nie zwalnia z obowiązku podjęcia decyzji. Bóg cię powołał – co ty na to?
Trzeci człowiek to z innej strony widziany problem tego drugiego. Chciał się pożegnać – przez może szacunek dla rodziców, rodziny. Tylko że one także nie zwalniają z obowiązku podjęcia decyzji, zadeklarowania się. Choćby w takiej sytuacji – stwierdził, że chce iść za Jezusem, idzie się żegnać, a mama czy ojciec zabraniają – co powinien zrobić, ulec? Ma swój rozum i serce, powinien iść za jego głosem. Jest pewna hierarchia i w jej myśl taka sytuacja nie powinna stanowić problemu dla człowieka, który naprawdę jest wierzący. W tym „oglądaniu się wstecz”, o którym mówi Jezus, nie chodzi o to, aby zapomnieć, zamknąć za sobą i udawać, że nic nie było. Pamiętać trzeba, a tym bardziej wyciągać wnioski. Chodzi o to, aby nie babrać się w bagienku i błotku tego, co człowiek wcześniej narozrabiał, rozpamiętując bez końca i zamęczając się – bardzo często największy problem to nie przebaczenie przez Boga, które jest, a przebaczenie samemu sobie przez człowieka. To wszystko już było, wyciągam wnioski i idę dalej – mając w perspektywie cel ostateczny, ale skupiając się przede wszystkim na tym, co tutaj i dzisiaj. Bez żadnych „ale”.