Wyjdź z piaskownicy

Po wyjściu stamtąd podróżowali przez Galileję, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje mnie, lecz Tego, który Mnie posłał. (Mk 9,30-37)

Zupełnie na chłodno obserwując sytuację, można by (całkiem na chłodno!) rzec: no, ręce opadają! Mają przy sobie Syna Bożego, On im tłumaczy sprawy w życiu najważniejsze, jakby przygotowuje, nakierowuje na to, co ma się wydarzyć, żeby to zbawienie mogło się dokonać… a oni się kłócą, który jest, za przeproszeniem, najlepsiejszy (slang z bajki o sympatycznych pingwinach i lemurach – synek ogląda :D). W praktyce – kto z nich jest mniej wart, mniej godny tego pierwszeństwa. 

Z jednej strony można stwierdzić – masakra, 3 lata za Nim chodzą, i dalej jak w piaskownicy. W pewnym sensie tak. Z drugiej jednak strony, i to w cudzysłowie „ratuje” sytuację: a u nas, z nami dzisiaj jest inaczej, lepiej? Nie w kontekście poklepywania się po plecach w atmosferze „jest super, jest super, więc o co ci chodzi?” (T-Love) – ale tak na serio. My nie jesteśmy za grosz lepsi – a jeśli myślę, że jestem, to albo naprawdę jestem bardzo Bożym człowiekiem, który umie swoje sprawy mocno trzymać na wodzy (gratuluję! i podziwiam), albo brakuje mi trochę dystansu do siebie i samokrytyki.

Tu nie chodzi nawet o to, że tamci nie zrozumieli zapowiedzi odnośnie Triduum Paschalnego – męki, śmierci i zmartwychwstania – gdzie choćby to ostatnie i dzisiaj wielu się w głowach nie mieści, a co dopiero tamtym prostym w większości rybakom galilejskim, i to w powiązaniu z tak dramatycznie dynamicznym biegiem wydarzeń. Do dzisiaj wiele osób ma problem z tym, aby uwierzyć, że Jezus zmartwychwstał i nie można zerojedynkowo uznawać, że są z tego powodu „be”, bo mają wątpliwości, bo nie mogą tego rozgryźć (ha! nic dziwnego, bo nie o rozgryzanie a o wiarę tu idzie 🙂 ), tylko trzeba raczej ich duchowo dopingować, aby te wszystkie sprawy w swoim sercu przemyśleli, przemodlili i aby Ten, który prawdziwie zmartwychwstał, a potem zesłał Pocieszyciela, pomógł im to pojąć i przyjąć.

Mamy bardzo duży problem ze skupieniem uwagi na tym, co ważne, bo się rozpraszamy nagminnie. Zamiast skupić się na tym, co kluczowe, w danej chwili pierwsze, najważniejsze – zajmujemy się, może bezwiednie i jakby tak mimochodem, czymś innym. Pewnie w jakimś sensie wynika to z tego, że wszyscy gdzieś gonią, ciągle biegną, próbując jak najwięcej rzeczy załatwić równocześnie, ogarnąć (i nie mówię, że to źle – wiele osób, w tym ja sam nie raz, robię to dlatego, żeby różne rzeczy wykonać możliwie sprawie i np. mieć więcej czasu dla rodziny). W takich sytuacjach to, co najistotniejsze, po prostu się gubi i gdzieś tam umyka. W rezultacie – wychodzi jak na tym obrazku: Bóg mówi o sprawach wielkich, a oni się przepychają między sobą.

Inny problem, jakby powiązany z tym, to taka niezdrowa rywalizacja. Niezdrowa dlatego, że tamci dyskutowali nie o tym, aby zrobić jak więcej dobrego, pomóc jak największej ilości ludzi, czy nad jakimiś rewolucyjnymi (dzisiaj byśmy to określili. Nie chcieli zrobić czegoś dobrego – po prostu pojawił się problem, bo wszyscy chcieli załapać się na taki najlepszy stołek w Królestwie Bożym – co jakby pokazuje, że nie rozumieli, o co w ogóle chodzi. 3 lata wspólnego „uczenia się” tego Królestwa u boku Jezusa – i, niestety, dalej górę bierze egoizm i rozgrywanie spraw w taki bardzo ludzki sposób, bez względu na czasy i kulturę (dzisiaj nieodłączny element polityki).

Czego zabrakło? Na pewno pokory. Spokoju, dystansu do własnego egoizmu i zastanowienia się nad tym, o czym w ogóle dywagowali – czy to jest jakakolwiek sfera czy materia od nich zależna. W tej samej ewangelii o rozdział dalej jest obrazek, kiedy matka Jakuba i Jana podeszła i prosiła Jezusa dla synów o takie właśnie „miejsca w pierwszym rzędzie”. Co usłyszała? „Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale [dostanie się ono] tym, dla których zostało przygotowane” (Mk 10, 40; praktycznie identycznie u Mateusza: Mt, 20, 23). Na pewno też wyrzeczenia i wyzbycia się ambicji na rzecz ducha służby. Czyli bezinteresowności – czegoś, z czym ja sam mam duży problem, może trochę dlatego, że już kilka razy widziałem, że ludzie niestety nie szanują tego, co otrzymują za darmo.

Zwróć uwagę – Jezus z pewnością znał ich myśli, wiedział co zaszło po drodze. A jednak w żaden sposób nie potępia ich, nie gani – tylko pyta: „O czym to rozprawialiście w drodze?”. Także gniew, awantura, sprzeczka to sfery i płaszczyzny, których Jezus Chrystus w żaden sposób się nie brzydzi, nie omija – ale chce także je, te trudne sprawy, przenikać swoją obecnością. Jego człowieczeństwo oznacza, że także takie interakcje nie są Bogu obce – widział je, obserwował, a przede wszystkim rozumie, z jakiego powodu do nich dochodzi. Chcemy dobrze – a wychodzi, jak wychodzi… W tej rzeczywistości także – obok emocji – stoi Jezus ze swoją miłością. I zaprasza: wyjdź z tej piaskownicy, możesz więcej i lepiej.

Nie kopcie się po kostkach. Nie wyrywajcie sobie stołków. Nie przekrzykujcie się w tym, który jest lepszy, większy, bardziej godny. „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!”. Nie po to, żeby dostać takiego jakby Bożego fanta i wygrać jakiś konkurs (a więc znowu móc powiedzieć: ha! jestem najlepszy!). Żeby być takim narzędziem, naczyniem, przez które Duch Święty rozleje Bożą miłość po świecie. Właśnie mną, moimi słowami, rękami, czynami, decyzjami. 

W tym obrazku Jezus stawia przed uczniami – a więc i przed nami – małe dziecko, jako symbol tego, które w społeczeństwie nie ma głosu, nie liczy się, jest bezbronne, zdane na pomoc i opiekę rodziny, a jednocześnie (co dla mnie było takim dużym rodzicielskim odkryciem jakiś czas temu) jest niesamowicie prostolinijne, otwarte, uczciwe, uczuciowe, pragnie się dzielić. Czyli – wychodzi do drugiego człowieka dokładnie z takim samym założeniem, jak Bóg: tak po prostu, bez tych wszystkich naszych (dorosłych) uprzedzeń, złości, niesnasek, niewyjaśnionych spraw, jakiś zaszłości, kłótni itp.

Żeby nie było wątpliwości – z tego tekstu nijak nie wynikało i nie wynika, że nasza wiara ma być taka jak wiara dziecka w tym sensie, że infantylna. Nie ma być. Wiara to relacja i sfera, która ma w nas wzrastać tak samo, jak my wzrastamy, dojrzewamy, doroślejemy. Ideałem jest, gdy wiara jest taka, jak u dziecka – otwarta, prosta, bez uprzedzeń, ufna – i do tego mamy zmierzać. Ale jeśli masz lat, powiedzmy, 20 i twoja relacja z „bozią” to codzienny wyrecytowany raczej z przyzwyczajenia i trochę bezmyślnie „paciorek”, do kościoła chodzisz bo zawsze „się chodziło” i tak jakby siłą rozpędu, spowiadasz się ze zjedzenia zbyt wielu słodyczy, „bycia niedobrym dla rodziców” i właściwie tyle – hmm, to chyba jednak coś jest trochę nie tak. Bóg nas traktuje na serio i tego samego oczekuje ode mnie. Niech ta nasza wiara będzie świeża i rozkwita – jak to wszystko teraz, wiosną, za oknem, od kilku dni w całej Polsce pięknie podlewane hektolitrami deszczu 🙂

Tyle razy – oni w tym obrazku ewangelicznym, a każdy z nas w swoim życiu – dajemy ciała i po prostu przegrywamy daną rundę ze Złym, który (chwilowo!) jest górą w naszych słabościach. Tu właśnie wkracza Bóg – dyskretnie pokazując, że można być dużo lepszym i wygrwać. Z ostatniego rzędu, z ostatnich miejsc. 

Wstawaj! Musimy się zmierzyć ze światem 🙂 (ten kawałek ma już 10 lat!)

Dodaj komentarz