Zabiegana gotowość

Spóźnione, zeszłotygodniowe…

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)>

Jezus nigdy człowieka nie straszy – choć ktoś może tak uważać, czytając pobieżnie te słowa. Tak naprawdę, zarówno pierwotni słuchacze tych słów wtedy, jak i my dzisiaj możemy powiedzieć śmiało – noo, sprawdza się. Bo tak jest. Tu nie chodzi o to, czy potrafimy sobie pewne zjawiska wytłumaczyć, że dzisiaj jest w tym zakresie lepiej – bo wiemy, co to zaćmienie księżyca, potrafimy je co do sekundy przewidzieć, rozumiemy na czym polegają komety, jak funkcjonują ciała niebieskie, staramy się zapobiegać powodziom czy tsunami albo huraganom. Choć, tak naprawdę, z tej wiedzy niewiele wynika – i tak, przy całej swojej technice i postępie, co chwilę jakby Bóg pokazywał palcem: za bardzo wierzycie w siebie i swoje możliwości. 
Stąd tak konkretne i dosadne słowa – uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Można być człowiekiem bardziej niż bardzo zajętym, a równocześnie tracić czas na sprawy jedynie doczesne. W których, rzecz jasna, nie ma nic złego samego w sobie – mam rodzinę, pracuję, muszę zapewnić sobie i bliskim dach nad głową, pożywienie, pokarm itp. Ale w tym wszystkim nie mogę utracić Bożej optyki, nie mogę zapomnieć o Bogu i sprawach o wiele dalej niż do następnej wypłaty czy raty kredytu sięgających. 
Chrześcijanin to człowiek chodzący z podniesioną głową i także o tym Jezus nam dzisiaj przypomina. Ale nie ze względu na zarozumiałość czy wyjątkowo wysokie o sobie mniemanie, przerośnięte ego – nic z tych rzeczy. Człowiek chodzący z głową prawie że w chmurach – właśnie dlatego, że świadomy swojej małości, słabości i grzeszności, a zarazem nie chcący za nic przegapić Najważniejszego Gościa, który zmierza ku nam – z jednej strony, aby ponownie narodzić się w betlejemskiej stajni, a z drugiej strony od wieków z każdym dniem zbliża się, aby dokonać ostatecznego Sądu nad tym, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Te nasze głowy w górze mają być po prostu uniesione Bożym Duchem, nie inaczej jak tylko z radości spowodowanej bliskością tego, czego wyczekujemy – przyjścia Pana. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy On przyjdzie faktycznie za mojego życia, czy dopiero gdy moje kości zmienią się znowu w popiół po wielu latach czy wiekach spędzonych w grobie – liczy się to, czy i jak na Niego czekałem, co z tym swoim danym i zadanym życiem zrobiłem. 
Co więcej – adwent to czas podejmowania pracy nad sobą i wyrzeczeń, zatem Bóg prosi, abym – poza pracą i czasem dla Niego (to dopiero wyczyn…) – znalazł też w sobie chęć i umiejętność do podzielenia się z innymi, wsparcia ich. Wigilijne Dzieło Pomocy w postaci świec czy Szlachetna Paczka ks. Jacka Stryczka i jego Stowarzyszenia Wiosna to pewnie najbardziej rozpoznawalne pobożne inicjatywy – przy czym nie jedyne, więc warto popatrzeć, co się dzieje naokoło, w parafii, albo po prostu samemu spróbować pomóc, ot, choćby sąsiadowi w potrzebie, o którym mało kto wie. Twórczo i dobrze wykorzystać ten czas, a przede wszystkim nie zmarnować go na sobie jedynie. A może w tym wszystkim znaleźć inspirację i sposób na działanie dla innych nie tylko adwentowe? Paradoksalnie, człowiek bardzo w ten sposób zajęty z pewnością Boga nie przegapi, ani dnia Jego przyjścia. Po prostu będzie na niego gotowy – w tym, czym będzie się zajmował. Taka zabiegana gotowość. 
>>>
>Nie chwaliłem się dotąd, bo trochę zarobiony byłem po sesji, nadrabiając najpilniejsze zaległości – zakończona pozytywnie, wszystko pozdawane w pierwszych terminach ze średnią powyżej 4 🙂 Tak więc za wszelkie wsparcie niezmiernie dziękuję – biorąc pod uwagę np. przebieg kolokwium ustnego czy układ pytań testowych, nie wątpię, że Ktoś mi pomagał 🙂
>>>
Pewnie wielu ma takiego pecha, jak ja, ponieważ pracuje w godzinach, w których nijak się nie da brać udziału w roratach. Niestety. Paradoksalnie, sam byłem kilka lat wstecz w rodzinnej parafii przeciwnikiem „wieczornych” mszy roratnich.  
Trzeba sobie radzić – a ja polecam Langustę na palmie, czyli internetowe rekolekcje adwentowe o. Adama Szustaka OP pt. „Nocny złodziej” (linki do poszczególnych nagrań są na profilu o. Adama na FB). Nowe części w niedziele, wtorki i czwartki adwentu.
>>>
Bardzo dużo się dzieje. Nasz dotychczasowy sufragan odbył wczoraj ingres do katedry pelplińskiej, jego dotychczasowa stolica tytularna przypadła już, o ile pamiętam, nowemu sufraganowi białostockiemu, zresztą nie jedynemu polskiemu biskupowi mianowanemu w tych dniach (także za granicą). Papieski sekretarz ks. prałat Georg Gaenswein od wczoraj jest Prefektem Domu Papieskiego w randze arcybiskupa – ciekawe łączenie stanowisk, mnie martwi to, że może sugerować brak zaufania Benedykta XVI do innych osób i podejrzliwość w kontekście ledwo co zamkniętej (pytanie, czy do końca rozwiązanej w zakresie mocodawców?) afery z jego kamerdynerem. A z zakonnego podwórka – suspensa nałożona na dniach przez prowincjała na o. Fabiana Błaszkiewicza SI, znanego i charyzmatycznego kaznodziei, trenera rozwoju osobistego, który (nazwijmy to po imieniu) porzucił swój dom zakonny… po czym, po podaniu powyższego do wiadomości, odmówił komentarza, zdając się na wolę przełożonych. 

Bóg robi to samo. S. Małgorzata Chmielewska i Wspólnota Chleb Życia

Tak jakoś o książkach ostatnio – nic nie poradzę, nadrabiam zaległości czytelnicze – skoro siedzę w domu praktycznie z niewielką przerwą już drugi tydzień. Tym razem sięgnąłem po Generał w habicie. Opowieść o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i Wspólnocie Chleb Życia Stanisława Zawady. Jest to, jak pisze wydawca, opowieść o najsłynniejszej polskiej zakonnicy – i dużo w tym prawdy. Tak się składa, że od jakiegoś czasu staram się systematycznie śledzić bloga s. Małgorzaty – do czego każdego zachęcam, zadziwiając się, jak tak zapracowana osoba ma jeszcze czas na bardzo regularne umieszczanie krótkich, a jednocześnie świetnych zapisków, spostrzeżeń dotyczących życia, świata, wiary i Boga.

Jej brązowy habit i białą chustkę na głowie znają wszyscy. Tak samo jak wysoką, szczupłą sylwetkę i ostry głos. Przyznaje, że robiła w życiu wiele rzeczy. Była nauczycielką, sprzątaczką w męskim klasztorze, pracowała z niewidomymi, odwiedzała kobiety w więzieniu, czasem zabierała do siebie na przepustki. Od wielu lat mieszka z bezdomnymi, alkoholikami, samotnymi matkami i recydywistami po długich wyrokach. Dla niektórych jest źródłem zgorszenia, bo ma dzieci, niekiedy zaklnie jak szewc, bo kurzy papierosa za papierosem. Ci jednak należą do nielicznych. Dla większości jest postacią charyzmatyczną. Każdy, kto choć raz ją spotkał, twierdzi, że nigdy jej nie zapomni.

Generał w habicie to nie tylko opowieść o Małgorzacie Chmielewskiej i jej najbliższych. Przede wszystkim to historie ludzi, z którymi żyje na co dzień, tych, którym po ludzku się nie powiodło.

Małgorzata Chmielewska (ur. 1 stycznia 1951 w Poznaniu) – przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”. W dzieciństwie rodzice nie dbali o jej wychowanie religijne. Po ukończeniu nauki w szkole średniej rozpoczęła studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Dopiero po ich zakończeniu zwróciła uwagę na katolicyzm. Początkowo myślała o wstąpieniu do zakonu benedyktynek, następnie do małych sióstr Karola de Foucauld. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach i w duszpasterstwie niewidomych u ks. Stanisława Hoinki na ul. Piwnej w Warszawie. Organizowała także pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 wstąpiła do wspólnoty „Chleb Życia” w Bulowicach koło Kęt, śluby wieczyste złożyła we Francji w 1998 roku. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Kobieta Roku 1996 ma czworo adoptowanych dzieci.

Mało szablonowy życiorys, prawda? Zachwyca mnie przede wszystkim jej upór, dążenie do znalezienia swojego miejsca na ziemi i w Kościele. Próbowała w wielu miejscach, pukała do różnych zgromadzeń – w każdym z nich szukała swojego powołania. Co ją wyróżnia? Potrafiła szczerze powiedzieć, Bogu i sobie – to nie to, nie tego szukam. I szukała dalej, aż znalazła najbardziej radykalną formę pomocy tym wszystkim, których my sami odtrącamy – ludzi z marginesu, nałogowców, bezdomnych, odrzuconych – po prostu zamieszkała z nimi, oferując im perspektywę, możliwość godnego życia, wspólnotę. 
 
O czym jest ta książka? To chyba każdy powinien ocenić sam. Już pierwsza jej karta, po stronie tytułowej, zwyczajowo poświęcana dedykacji autora, zawiera bardzo mocne słowa. Nie, nie dedykacji. Przypomnienia, zwrócenia uwagi, jakby wręcz wyrzutu sumienia. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). A dalej? Przejmująca i jakże prawdziwa historia samej s. Małgorzaty, jej poszukiwania, tworzenia wspólnoty Chleb Życia tak na świecie, jak i w Polsce, i codzienności, życiowych sytuacji w domach, które wspólnota prowadzi dla tych, którzy się pogubili. A to wszystko – nie dość, że bardzo twardo osadzone w realiach, rzeczywiste, żadne laurki pełne ochów i achów – jeszcze przeplatane opowieściami osób, opisującymi im pokręcone niekiedy bardzo mocno życia, którzy odnaleźli się jakoś właśnie we wspólnocie Chleb Życia. 
To książka o tych, których my – może nie tyle ludzie sukcesu, co jakoś tam sobie dający radę, z pracą, domem, rodziną, perspektywami, planami – często nie zauważamy, albo bardzo staramy się nie zauważać. Dużo może w niej brutalności – ale nie dlatego, żeby coś jaskrawo przedstawić, wywrzeć wrażenie – tylko dlatego, że tak wygląda codzienność ludzi bezdomnych, bez perspektyw, pozostawionych samym sobie. To ludzie, którzy gdzieś kiedyś popełnili błędy – i, co może wydać się dziwne, gdy sami o tym mówią, nie próbują się usprawiedliwiać; mówią, jak jest, wiedzą że źle postąpili. I próbują poskładać te swoje życia, wyjść na przysłowiową prostą. Nie stają się przez te postanowienia ideałami – dalej ciąży im bagaż doświadczeń, cierpienia, odrzucenia, nałogi, ciągoty związane z życiem na ulicy. Jednym się udaje zmienić, innym nie. Może właśnie dlatego opowieść o nich jest tak prawdziwa – bo nie zawsze są w niej happy endy.
Oto ledwie garść najciekawszych krótkich myśli (s. Małgorzaty, ale także innych, cytowanych tam osób) – nie sposób przytoczyć wszystkie, bo niektóre mają sens tylko w kontekście całych, czasem sporych opisów sytuacji: 
Nie umoralniam nigdy. Zastanawiam się, jak im pomóc. 

Miłosierdzie potrzebuje wyobraźni.

Tych, którzy przychodzą po pomoc, nazywa prorokami. – To Chrystus ich do nas przysyła i sprawdza, czy widzimy Go w drugim człowieku – tak uważa. 
 
Nie ma pojęcia „mam dość swojej biedy”. Biedak może zawsze pomóc drugiemu biedakowi, który jest w jeszcze gorszej sytuacji.

Żebym mogła z czystym sumieniem zjeść obiad i spokojnie położyć się spać, muszę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby inni też mogli spać i jeść. 

Nie stać nas było na wszystko, ale niedobrze, gdy na wszystko stać. Człowiek wychowywany bez ograniczeń nigdy nie zrozumie, że w życiu są ograniczenia. 

Zaczęłam rozumieć, że Kościół to coś więcej niż moja parafia.

Nie można zrywać więzów z ludźmi, za których jesteśmy odpowiedzialni. Miłość to wierność.

Gdy człowiek przestaje szukać – to jest koniec życia. Mam nadzieję, że Pan Bóg nie raz mnie jeszcze w życiu zaskoczy. 

Chrystus prowadzi nas, wskazuje drogę, i pyta – co ty na to? Trzeba mieć tylko odwagę i wyruszyć. 

Miłość zakłada poszanowanie wolności drugiego człowieka. Jeśli czyjś wybór jest zły – pozostaje nam czekać, aż ten ktoś to zrozumie i wróci. Bóg robi to samo. 

Nie wystarczy komuś dać talerz zupy, ale trzeba z nim być.

– Skąd u bezdomnych powołanie do kontemplacji?
Andrzej, który z Agnieszką prowadzi dom na Potrzebnej, tłumaczy: Przecież ci ludzie potrafią godzinami siedzieć na dworcu i patrzeć przed siebie. Wystarczy tylko ukierunkować ich wzrok na Chrystusa. 

Nie można pomagać Bogu przez potyczki z innymi. Można komuś pokazać grzech, ale nie można go niszczyć. 

[x Jacek, mieszka i pracuje w jednym z domów wspólnoty]
– Nie możemy się wynosić ponad nich. Oni potrzebują kromki chleba i okazywania solidarności, a nie naszego wywyższania się. 
Zapalił papierosa, mówi dalej:
– Może my nie jesteśmy wcale od nich lepsi, tylko otrzymaliśmy więcej talentów – powiada. – A może jesteśmy słabsi, a oni silniejsi? I dlatego oni dostali większy krzyż, bo go udźwigną, a my byśmy nie podołali?

[s. Małgorzata] Idzie tam [do kaplicy] zawsze, gdy musi podjąć trudną decyzję. Klęka przed Najświętszym Sakramentem i szuka odpowiedzi. 
– Bez Eucharystii zajdziemy tylko w ludzkie relacje ze sobą i albo będziemy do siebie przywiązani, albo nieprzywiązani – mówi. – A to byłaby katastrofa. 

To my jesteśmy niecierpliwi. Szczególnie w stosunku do innych. Bóg czeka czasami wiele lat. I przez te wszystkie lata idzie krok przed człowiekiem, przecierając szlak. On nigdy nie traci co do nas nadziei. 
Bardzo mocno zachęcam – najpierw do kupienia książki, bo z pewnością jakaś część z dochodu z jej sprzedaży zasila dzieła s. Małgorzaty (kosztuje niecałe 30 zł). 
 
Dalej – do śledzenia:

Nie bój się

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)
Dziwny ten tekst, już na pierwszy przysłowiowy rzut oka. Dlaczego? Bo jego pierwsze słowa sugerują, że to o Jezusie, o Jego narodzinach ma być… a nie jest. Do Jezusa autor nie chodzi, w tym konkretnym fragmencie. Za to de facto poświęca go w całości postaci tyleż ważnej, co enigmatycznej – Józefowi, mężowi Maryi, opiekunowi Jezusa. Ważnej, tak – nie tak jak Jezus, Syn Boży, ani nie tak jak Maryja – Matka Boga-Człowieka, dzięki której Boży Syn przyszedł na świat. Ważny, bo odegrał kluczową rolę jako opiekun – i Jezusa, i Maryi (kto wie, czy bez jego determinacji udałoby się uchronić Jezusa przed szaleńczym niszczycielskim szałem Heroda?)… choć Pismo Święte nie wspomina ani jednego jego słowa. Milcząca obecność, czuwanie – zamierzona analogia do Boga?
Kim był Józef – dzisiejszy bohater? Młodym człowiekiem (w tamtych czasach ludzie zawierali małżeństwa w bardzo młodym wieku, niektórzy twierdzą że on i Maryja mogli mieć nawet po 15 lat!), który spotkał kobietę swojego życia, z którą zawarli już ślub, choć jeszcze nie zamieszkali razem. Pięknie. Miłość, młodość, siła, plany, nadzieje. Pewnie zajmowało go głównie, poza pracą, przygotowywanie ich wspólnego domu.m w którym niebawem mieli zamieszkać. A tu nagle okazuje się, że jego żona jest w ciąży. Co teraz? Obydwoje wiedzą, że dziecko nie zostało przez niego, Józefa, poczęte. Teksty mówią, że był człowiekiem prawym – Maryja zaś zapiera się, że nie zdradziła go z nikim, i opowiada scenę zwiastowania: anioł, Boża obietnica… 
Trudno Józefowi zazdrościć tej sytuacji. Prawo żydowskie było w tym zakresie zdecydowane – tak, mąż miał prawo w przypadku zajścia przez żonę w ciążę zanim zamieszkali razem, wręczyć jej tzw. list rozwodowy, i odprawić. Miał spokój wtedy, mógł ponownie się ożenić. Bardzo trudna stawała się jednak wtedy sytuacja takiej oddalonej kobiety – traktowana była jak ladacznica, cudzołożnica, kobieta lekkich obyczajów, praktycznie bez szans na wyjście za mąż, na znalezienie kandydata na męża. Józef nie umiał znaleźć wytłumaczenia sytuacji, ciąży żony, ale nie zakładał zdrady, złej woli z jej strony – co zrobić? Bał się, nie wiedział jak powinien postąpić, i na pewno jego serce przepełniał smutek. 
Chciał sytuację załatwić honorowo, troszcząc się przede wszystkim o żonę – Maryję. Stąd pomysł oddalenia jej w nocy, żeby nikt nie dowiedział się o jej ciąży, żeby nie ściągać na nią zniesławienia i hańby. Czy był człowiekiem idealnym? Daleko mu było, jak każdemu z nas, do ideału – nie był, jak Maryja, niepokalanie poczęty. Wiedział, że musi znaleźć wyjście z sytuacji, i nie może troszczyć się w niej tylko o siebie. Odpowiadał też za swoją żonę. 
Bóg nie przychodzi do nas tylko wtedy, gdy jest pięknie, kolorowo, fajnie, idealnie. Bóg przychodzi do nas zawsze – także wtedy, gdy nie widzimy wyjścia z sytuacji, gdy pozornie znajdujemy się w położeniu bez wyjścia, gdy staje przed nami problem pozornie przynajmniej nierozwiązywalny. Tak, mogło być prawie tak, że Maryja dla Józefa stała się problemem. Ale on tego problemu nie chciał po prostu wyrzucić, usunąć ze swego życia. Bał się, ale był prawy. Dlatego we śnie doznaje objawienia. Objawienia, które przede wszystkim potwierdza to wszystko, co mówiła Maryja. To upewnia Józefa co do jej wierności – nie zmyślała, mówiła prawdę o aniele. Bóg sam jakby tłumaczy Maryję – ode Mnie pochodzi dziecko, które ona nosi.
Ale oznacza to… Tak, Bóg bardzo zdecydowanie wchodzi w jego, Józefa, życie, a odtąd on sam ma do wykonania misję, jakiej nigdy by się nie spodziewał. Jego żona ma urodzić Mesjasza, wyczekiwanego od wieków Zbawcę, który jako człowiek przychodzi pomiędzy ludzi. Bóg pokazuje przez Józefa, że z Nim nie ma sytuacji bez wyjścia, problemów nierozwiązywalnych. Wszystko da się rozwikłać, wszystkiemu można sprostać – o ile człowiek zdecyduje się z Bogiem współpracować. Zauważ – Bóg nie obiecał Józefowi nic w stylu nie bój się, Ja wszystko załatwię. Bez współpracy Józefa byłoby ciężko. Nie wiem, co by było, czy Jezus dożyłby momentu, gdy rozpoczął swoją działalność. Było to możliwe dzięki zdecydowaniu i determinacji Józefa – Bóg wszedł w moje życie, więc ja muszę odpowiedzieć i działać, nie mogę siedzieć w miejscu i użalać się nad sobą. Razem – ja z Bogiem – nie ma rzeczy niemożliwych. 
Prawda jest taka, że od Józefa zależało, czy Jezus przyjdzie na świat. Życie Syna Bożego nigdy nie było bardziej w ludzkich rękach niż wtedy, gdy Jego ziemski opiekun zastanawiał się, co zrobić z zaistniałą sytuacją, z Jego matką i z Nim samym. Bóg-Człowiek mógł przyjść do ludzi, mógł spotkać się z człowiekiem w dużej mierze dzięki temu, co postanowił i jaką decyzję wtedy podjął Józef. Ale nie poddał się presji sytuacji, nie zadziałał pod wpływem emocji i nacisku okoliczności. Zaufał Bogu i przyjął to, a raczej tych, których Bóg przed nim postawił – żonę Maryję i nienarodzone dziecko. 
Często może być tak, że tracimy panowanie, sytuacja wymyka się nam spod kontroli. To mniej więcej musiał czuć Józef. Można wtedy zrobić kilka rzeczy. Można usiąść, biadolić, odsuwając od siebie moment podjęcia jakieś decyzji, której i tak się nie uniknie; za wszelką cenę starając się utrzymać kontrolę, być panem sytuacji, męcząc się coraz bardziej w bezskutecznych próbach opanowania sytuacji, które nas samych po prostu przerastają i przytłaczają. Można zatroszczyć się tylko o samego siebie, mniej lub bardziej słusznie znajdując jakiegoś kozła ofiarnego – niech sobie radzi, ważne że do mnie nikt się nie przyczepi – Maryja do takiej roli była idealna. Można wreszcie sprostać temu, co Bóg przede mną stawia. Można sobie z tym poradzić, ja mogę sobie z tym poradzić – dzięki Bogu, z Jego pomocą. On sam jest rozwiązaniem tego wszystkiego, co sprawy ludzkie przekracza. Ale nie rozwiązuje problemów, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdzieś ponad naszymi głowami, tak że w ogóle nie zauważamy, że coś miało miejsce. Bóg zadziała, gdy ja uwierzę, że On może zadziałać skutecznie.
Jesteśmy tylko ludźmi, i ludźmi. Aż – bo w nasze ręce Bóg złożył wszystko i nas samych na swoje podobieństwo złożył. Tylko – bo nie zawsze to wystarcza, aby sobie poradzić ze wszystkim, co w życiu może się wydarzyć. Nie jest sztuką dopiero wtedy, gdy sytuacji już nie kontroluję, zwrócić się do Boga – choć można tak. Sztuką jest z tym Bogiem cały czas współpracować, wsłuchiwać się w Jego głos, rozpoznawać Jego wolę. Sztuką jest, gdy życie przytłacza, nie załamywać rąk – ale z ufnością i wiarą wyciągnąć je w stronę Boga.
Józef to świetna propozycja osoby patrona na dzisiejsze dziwaczne czasy. Nic nie wiemy o jego słowach, skupił się na działaniu. I działał tak skutecznie, że Mesjasz mógł wypełnić swoją misję, miał warunki i czas, aby do niej dorosnąć. Przede mną na pewno nie stoi zadanie równie spektakularne – ale Józef i tak jest bardzo dobrym wzorem – co w życiu można pominąć (gadanie), a na czym trzeba się skupić (działanie). 
To może wyglądać dziwnie – po ludzku dzieje się coś, co nie ma sensu, burzy istniejący porządek, zmusza do zmiany planów – a Bóg mówi po prostu, jak do Józefa: Nie bój się. Tylko tyle. Wystarczy? Dla człowieka, który temu Bogu wierzy – na pewno. A jak nie wierzy? To nawet, gdyby Bóg mu nie wiem co obiecał – to w imię konsekwencji, i w takie obietnice ów człowiek nie powinien uwierzyć, prawda? Bóg nie jest bogiem ideałów, heroicznych świętych nieskalanych nigdy grzechem – jest Emmanuelem, Bogiem z nami. Każdym z nas, jaki by nie był, z tym co w nim dobre i co złe, ze słabościami i grzechami, z całym najbardziej brudnym dorobkiem życia. Czy to życie nie będzie prostsze, gdy będę o tym pamiętał? Że nigdy tak naprawdę nie jestem sam – ale On jest ze mną. Nie po to, żeby usiąść obok, poklepać po ramieniu i zacząć wsłuchiwać się w moje użalanie się nad sobą – ale aby nadać sensu temu, co wydaje się być tego sensu pozbawionym.
Trzeba też zrozumieć szerszy kontekst tego fragmentu – dotyczący samego Jezusa. To w końcu o Jego rodzinie ziemskiej – matce, opiekunie – mowa. Czy Jezus – w kontekście tej sytuacji, w jakiej dzisiaj widzimy Józefa – przyszedł na świat w, nazwijmy to, typowej, wzorowej ówczesnej rodzinie żydowskiej? Nie. Gdyby nie Boża ingerencja – opieka Jego Ojca – urodziłby się w atmosferze skandalu, kto wie czy od urodzenia nie byłby nazywany bękartem. W końcu nie był, po ludzku, synem męża swojej matki. Tu może kryć się mała wskazówka, abyśmy my sami się nie zagalapowywali w naszych osądach o innych, których życie i sytuacja z pozoru mogą być jednoznacznie niewłaściwe czy grzeszne. Ale oni dalej pozostają ludźmi, naszymi bliźnimi, których mamy obowiązek kochać i którym powinniśmy okazać miłosierdzie. Ocenić – tak, postępowanie, nazwać po imieniu czyny. Ale nigdy nie zapomnieć o samym człowieku. To w końcu dla niego – każdego człowieka, choćby nie wiem jak zagubionego – przychodzi Jezus. Może tylko w tym Adwencie chodzi o zrozumienie tej prawdy? Bóg nikogo nie dyskredytuje – my sami się w tym prześcigamy.
I taka dygresja, coś co mi mocno zaświtało w głowie podczas Mszy. Józef to nie tylko patron rodzin, co przede wszystkim patron i wzór dla każdego ojca. Ojca, którym już dzisiaj sam jestem – nasz synek coraz mocniej, także w kościele, daje o sobie znać w brzuszku żony. On już dzisiaj czeka i prosi zarówno o miłość, jak i o opiekę, o dobre warunki do życia, o zaspokojenie jego potrzeb. Nie od nikogo innego – ale właśnie ode mnie zależy, w jakich warunkach się urodzi, w jakiej atmosferze będzie rósł, czy doświadczy miłości, jaki przykład ja i żona mu damy, jakim dzięki nam będzie człowiekiem. Jezus tak samo – żył wśród ludzi, ale to, jakim był człowiekiem, w dużej mierze wynikało z tego, co wyniósł z rodzinnego domu – od Maryi i Józefa. To wielka odpowiedzialność, o której muszą pamiętać wszyscy rodzice.

Żeby dobrze mierzyć i dać się dobrze zmierzyć

Jezus powiedział do swoich uczniów: Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6,27-38)
Na swoim blogu Jan Turnau nazwał ten tekst radykalnymi przykazaniami Ewangelii,  radośnie wskazując, że na dodatek jest ich więcej niż 10. Słusznie, rzekłbym. Życiowi (…) optymiści zaraz westchną, stękną, jękną – co, znowu jakieś wymogi i podwyższanie poprzeczki? Tak właśnie. Bo Ewangelia i Dobra Nowina nie jest dla mięczaków, leserów czy ludzi, którzy we wszystkim chcą iść na łatwiznę. Taką drogą może i w wiele miejsc czy na wiele stanowisk można się dostać – ale nie w relacji człowiek-Bóg, w tym życiowym wyścigu o szczęście wieczne. 
No i pojawia się problem. Bo jak to, co napisane powyżej, co sformułował Ewangelista, wspominając słowa Jezusa, zestawić z poprzednim tekstem, popełnionym na tym blogu, gdzie mówiłem co nieco o rozumie i konieczności używania go? Z technicznego punktu widzenia, kierując się choćby elementarną troską o potrzeby swoje i najbliższych – trudno porozdawać wszystko ludziom naokoło, potrzebującym (albo też naciągaczom wyglądającym na potrzebujących – niestety, im dłużej patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że naciągaczy i leni jest dużo więcej niż tych naprawdę potrzebujących, i na ulicach zaczepiają po prostu menele, a nie naprawdę ubodzy, bez grosza i bez perspektyw) i jakoś dać sobie radę. Bo pewnych zasobów – jeśli nawet nie dla siebie, to dla rodziny, dzieci – człowiek potrzebuje, żeby jakoś funkcjonować. Nie ma nic za darmo, prawda? A życie kosztuje. 
Podziwiam takich, którzy potrafią zdobyć się na radykalne ubóstwo i życie tylko z jałmużny. Jak to zapoczątkował pewnie jakieś… 800 lat temu Franciszek Bernadone, którego świat poznał jako św. Franciszka z Asyżu, a któremu w młodości daleko było do czegokolwiek (poza bogactwem i zbytkiem), a na pewno do świętości. Jego optyka zmieniła się jednak zasadniczo – i dzisiaj Kościół czci go jako założyciela, pomysłodawcę zakonów żebraczych, które bardzo prężnie działają na całym świecie (nawet w miejscach tak dziwnych, choć niestety – na pewno misyjnych – jak Bronx w USA). Nic nie mają, nic nie gromadzą – potrzebują tylko swojej prostej celi i habitu. Nic nie przyjmują na własność, żeby ich to nie obciążało. Tylko proszą o wsparcie. 
Nie każdy z nas może być franciszkaninem czy pustelnikiem. Nie każdy ma dany taki charyzmat. Zresztą, świat chyba by sobie nie poradził, gdyby cała ludzkość nagle zamknęła się w pustelniach czy klasztorach. Każdy ma swoją drogę, którą kroczy – charyzmat np. franciszkański otrzymują tylko niektórzy. Człowiek żyjący sam może sobie pozwolić na dowolne rozdysponowanie tym, co ma – może to rozdać wszystko, co ma, żyć z jałmużny. Odpowiadając za dom, za dzieci – nie można, bo trzeba się o nie troszczyć, zapewnić im podstawowe sprawy, edukację, miejsce do życia, dom – wiemy, o co chodzi.
Ale ta cała rzeczywistość stadnego, rodzinnego z odpowiedzialnością za członków rodziny i ich słuszne potrzeby życia nie zwalnia z odpowiedzialności, którą wskazuje dzisiaj Ewangelia. O ile zawsze sam miałem problem z tym nadstawianiem drugiego policzka – to nie da się ukryć, nie możemy zapominać o wszystkich tych, którzy są w sytuacji o wiele gorszej niż my sami – bo nie mają dachu nad głową, bo są bezdomni, bo nie mają pracy (nie z własnej winy), itp. 
Mamy do dyspozycji wiele dóbr – i przy racjonalnym gospodarowaniu tymi, nawet niewielkimi, środkami, jakie mamy na swoje i rodziny utrzymanie – można i trzeba pomagać innym. Pewnie – można wyjść z założenia a kto mi pomoże? i przejadać każdą złotówkę. Tylko wtedy Dzień Sądu może się okazać bardzo nieprzyjemną niespodzianką. Tak, to jest egoizm. Nie mówię o tym, aby rozdać majątek rodziny i zostać bez dachu nad głową – nie, nie o to chodzi. Ale o umiejętne wspieranie tych, którzy tego wsparcia naprawdę potrzebują. Czy to przez regularne datki na Caritas, PAH czy inną organizację, ogólnie niosącą pomoc albo jakiejś konkretnej grupie potrzebujących. Albo zwyczajnie – pomagając samemu, nie tak anonimowo, komuś o kim wiesz, że tej pomocy potrzebuje, a najczęściej wstydzi się o tym mówić, o tę pomoc prosić. Być może twoim zadaniem jest właśnie pomoc takiej osobie, Bóg stawia cię na jej drodze, abyś ją wsparł. 
Niech to będzie radykalne – nie lekką ręką przekazanie czegoś, z czego zbywa, ale miłosierny gest oddania czegoś, co oznacza dla mnie samego wyrzeczenie. Zrezygnować z czegoś dla siebie – żeby kogoś tym uszczęśliwić, pomóc, wesprzeć. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! W życiu różnie bywa – kto wie, czy za jakiś czas ja sam nie będę takiej pomocy potrzebował? Wtedy pewnie łatwo jest złorzeczyć, widząc zbytek bogatych albo po prostu dość dobrze sytuowanych – z których niewielu pomaga potrzebującym. A teraz odwróć sytuację – czy tak właśnie sam nie postępujesz? Czy na pewno nie ma w twoim comiesięcznym budżecie pozycji, z których spokojnie mógłbyś zrezygnować, żeby zamiast tego pomóc komuś bezinteresownie?
Nie po to, aby być mecenasem biednych. Nie po to, żeby sąsiedzi i znajomi zachwycali się nad twoją dobroczynnością. Nie po to, aby odbierać później różne dziwne nagrody i wyróżnienia (choć dobrze, że one są, że pokazuje się tych, którzy pomagają innym) za swoją działalność, żeby w gazetach błyszczeć jako dobroczyńca. Nie dla siebie i własnej pychy czy zagłuszenia swojego sumienia – ale bezinteresownie, dla drugiego, nawet zupełnie obcego czy nieznanego człowieka. Dla jego dobra.
Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane. Z tej końcówki wyraźnie wynika – tu nie chodzi tylko o ten aspekt materialny, o kwestię konkretnego wsparcia dla biednych. Tu chodzi o całość podejścia do życia – którego to właściwego, prawdziwie chrześcijańskiego podejścia logicznym następstwem jest wspieranie potrzebujących.
I to wszystko, nade wszystko nie oczekując wzajemności, nie licząc na nią. Może nawet przede wszystkim dla tych, którzy nie podziękują, nie docenią może nawet tej pomocy, a kto wie czy nie zbluzgają czy nie zmieszają z błotem w stylu a czemu tak mało, co ja z tym zrobię, potrzebuję więcej… Czy Bóg kocha tylko tych, którzy Jego kochają? Na pewno nie – dawał temu wyraz wiele razy. Bardzo często działa, aby człowiek się sam nie unicestwił – wbrew niemu. Ale tak naprawdę – dla jego dobra. 
Bądź spokojny. To, że obdarowany nie doceni twojej pomocy, to jego strata. Bóg wszystko widzi – i raduje się tym, co płynie z czystego serca, z miłości, z miłosierdzia. U Niego to nigdy nie pójdzie w zapomnienie. Kto wie, czy kiedyś, na samym końcu, właśnie taki jeden czy drugi bezinteresowny dobry uczynek nie zadecyduje o tym, co stanie się z twoją duszą, jak Bóg ją zmierzy?