Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Jakimowicz_Pan_Bog_uwielbiam_500px

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.

Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze – powyżej to „Gdziekolwiek” Czesława Miłosza z tomiku „To” z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo – w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem – mianowicie książki „Pan Bóg? Uwielbiam” Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 
Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki – przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem „Boga który doświadcza chorobami”. Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci – ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą – nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem „wspólnoty niedowierzania”. Bardziej trafnie się nie da. 
Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej – pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu – to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: „Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie” (…) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą „wola Boża”.
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, „w którego ranach jest nasze zdrowie”. Wiem o tym. 
  • „Wszystko, co mam, jest twoje” – to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • „Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc”. To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa „ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje” (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię – wyjaśnia Najwyższy – abyś przynosił owoc. Co więcej – by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by… nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim „pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby” w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: „Zaakceptuj swoją chorobę”! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? – to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • „Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło” – to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov – „marszem życia przez cmentarze świata”.
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. – My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć – opowiada trapista o. Michał Zioło. – Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg „daje chorobę”, stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to „działa”? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie „dogorywa”, rzuciła krótkie: „nie mają już wina”. Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: „jesteś wolny od niemocy”. Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór – ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale… żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o „parafii jako wspólnocie wspólnot”, skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: „Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?”. Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię… Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: „zrób coś, bo ja jestem pusty” (Robert „Litza” Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: „Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego”, a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: „bądź wola Twoja” i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: „Ja się nie nadaję”. Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Nie „z Tym” – ale „w Tym”.
  • „Klient nasz pan” słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. „Nie musisz płacić!” – przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu – 5xD – dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: „A ile to kosztuje?”. 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada „koronkę szczęścia”, pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: „ile płacę?”. 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: „łaska”. Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze „ma łaskę”.
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo… On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być „dobrym człowiekiem”. Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: „ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem” (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: „winien – ma”. 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. „Zresetowął” nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: „Kochasz?”. „Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem…”. „Piotrze, kochasz?”. „Ale…”. „Kochasz?”. 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: „To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie”. „Tak, amen” – mówi Ojciec – „Dajmy mu to”. Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. „Kto jest moim bliźnim?”nie znaczy „Komu mam jeszcze pomóc?”, ale „Kto mi pomoże?” (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: „Błogosławię”! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: „Będą narzekać wszystkie narody ziemi” (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:”To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie”. 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat… To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy – bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: „Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi”.
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg – najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata – będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne „miejsce”, w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one – powiedzielibyśmy dziś – kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: „Czego się smucisz?”. „Bo jest smutno” – odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: „macie coś do jedzenia?”. Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia „kto my nie som”. Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

Promienie w Bożej tęczy

Dzisiaj – wybór świetnych myśli z książeczki, właściwie wywiadu-rzeki, jaki Artur Sporniak przeprowadził z o. Leonem Knabitem OSB (najsłynniejszym chyba polskim zakonnikiem w ogóle, a na pewno benedyktynem) pt. Tajemnice zakonu.
Książka raczej niewielka, ale… hmm, piękna na swój sposób. Siłą rzeczy pewne w niej poruszane kwestie – skoro mowa o zakonie i jego „zasadach gry” (a raczej może „zasadach gry w zakonie”) – odnoszą się tylko do benedyktynów. Ja jednak odniosłem wrażenie, że bardzo dużo kwestii można i wręcz warto stosować we własnym, żeby nie było: świeckim, życiu.
Poniżej subiektywny wybór najciekawszych myśli:

>>>

Często okazuje się, że dopiero po spróbowaniu zaczynamy się do czegoś przekonywać i czerpać z tego dużo radości i zadowolenia. Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty! Chodzi o to, by wartości stały się dla mnie zwyczajnością. Tak jak oddech. Wdycham Słowo Boże, czytam dobre książki. Żyję rytmem modlitwy. Pan Bóg staje się codziennością. Co nie znaczy, że wszystkie problemy znikają.

Trzeba odnaleźć się w tej tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć swoją własną barwę.


Mimo nagości zobaczył w nim człowieka! I tak właśnie należy patrzeć na ciało. Trzeba człowieka przyjmować takim, jakim jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co.

Mnisi traktują opata jak pana i władcę, a opat traktuje siebie jako sługę. I na tym polega paradoks życia mniszego – gdy tak żyjemy, wtedy wszystko układa się dobrze.

W trudnych sytuacjach człowiek kłóci się z Panem Bogiem. Ale jest też druga strona medalu – siostry to odebrały jako świadectwo pokory i posłuszeństwa. Były bardzo zbudowane. Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa.

Początkiem miłości jest bojaźń Boża – przynajmniej się lękaj. To przestroga dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić.

Najważniejsze wskazówki: wczytuj się w Pismo Święte,m rozmawiaj z Bogiem, wpatruj się w miłującego Ojca. I dopiero na końcu: nie zmuszaj Boga do tego, żeby cię musiał karać.

Gniew jako emocja nie jest zły sam w sobie. Jezus też się gniewał na ludzi, których zbawił. Trująca jest dopiero zaciekłość – taka zatwardziałość w gniewie: poczekaj, ja ci jutro pokażę!

Porównuj się z Panem Bogiem, z którym zawsze przegrasz, bo jesteś od Niego niższy, i zawsze wygrasz, bo wiesz, że jesteś przygarniany i kochany.


Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłującym okiem Ojca”, który mnie rozumie, powala nawet na grzech, by móc przebaczyć. 


Jezus, jako Syn Boży, nie musiał cierpień, a jednak chciał być z nami do końca. Bóg Stwórca zgodził się na to, by ludzie i aniołowie mieli wolną wolę. Skutek jest taki, że świat jest nieustającym dramatem. Ale nie zostawił na samych sobie. Jezus wszedł w samo centrum i głębię tego ludzkiego dramatu, by go przemienić na chwałę i wieczne szczęście – z miłości. To jest tajemnica wiary, musimy pochylić głowy, bo jej do końca nie zrozumiemy, ale na pewno daje nam ona siły do zmagania się z życiem.

>>>

Książeczka u wydawcy chyba niedostępna, ale tu i ówdzie w internecie widziałem. Ja czytany egzemplarz wynalazłem w bibliotece publicznej :) Może mała praca domowa – dowiedzieć się czegoś o jakiś zakonach, skoro mamy de facto „rok zakonników”? 

O przestawianiu wajchy i nie tylko

Kilka najciekawszych myśli z wywiadu, jaki na łamach numeru 15/2014 TP ze Zbigniewem Nosowskim przeprowadzili Błażej Strzelczyk i Piotr Żyłka:
  • W latach 80. Kościół miał monopol na bycie dobrym. Wówczas pod jego skrzydłami gromadziło się wszystko, co było przeciwko komunie. I nagle nastąpiła radykalna zmiana. To jest to musujące wino – szybka i głęboka zmiana sytuacji społecznej, powodująca, że przyzwyczajenia z PRL do tego „wina” nie pasują. Dla wielu nie było jednak tak oczywiste, że oto przekraczamy pewien próg, za którym jakościowo musi zmienić się społeczna rola Kościoła.
  • Najważniejsze jest pytanie: czy dążymy do tego, by stanowić jakąś grupę nacisku we wnętrzu Kościoła, czy też opisujemy pożądaną tożsamość Kościoła i do niej dążymy.
  • – Skoro Kościół otwarty jest całością, a nie frakcją, to po co używać słowa „otwartość”? Czemu nie mówić po prostu o Kościele Powszechnym? – Żeby uświadomić tym, którzy pojęcie otwartości krytykują, że otwartość jest wartością, że nawoływanie do otwartości nie jest podlizywaniem się światu, tylko obowiązkiem katolika. 
  • Dlaczego ateiści są ateistami? Ostatni sobór mówi, że jest w tym także nasza wina, bo przedstawiliśmy zły obraz Boga. W Polsce jedną z odpowiedzi na to, dlaczego wielu katolików nie podpisuje się pod postulatem otwartości, jest fakt, że to my sami – piewcy otwartości – źle przedstawiamy otwartość. Istnieje forma otwartości, która wyklucza. 
  • Kiedy czujesz się wykluczany przez konserwatystów? Kiedy słyszysz, że de facto jesteś poza wspólnotą. Kiedy ci mówią, że tak naprawdę to zdradziłeś Kościół. Gdy ktoś uważa, że jego opinie są jedyne słuszne. Wiem, że czasem sam ulegam takiemu sposobowi myślenia i dzieje się to na łamach naszych pism, programowo głoszących otwartość. 
  • Błędem wielu publicystów jest zabieranie głosu w sprawach, w których mają wyłącznie poglądy, a nie są kompetentni. 
  • Zdarza się w publicystyce katolickiej wyścig o to, kto ostrzej potępi, ale dla mnie sęk jest nie w tym, żeby ostrzej, tylko trafniej. (…) Ja wolę mądrzej. Wolę nie tylko nazwać problem, ale także zaproponować rozwiązanie. 
  • Aparecida to apel o przestawienie zwrotnicy, o fundamentalną zmianę w patrzeniu na misję Kościoła. Z kierunku jazdy „obsługujemy tych, którzy przychodzą” na kierunek „wychodzimy do tych, których w Kościele nie ma”. Zamiast liczyć tych, którzy przychodzą, musimy zacząć liczyć tych, których nie ma. Przestawianie wajchy nigdy nie jest łatwe, bo trzeba zmieniać wieloletnie przyzwyczajenia, np. kulturowo zakorzeniony model duchownego.

Tak, zdecydowanie, „Krytyczna wierność” Nosowskiego jest bardzo wysoko na liście książek, które muszę kupić i przeczytać – tzn. znaleźć czas i fundusze :) 

Kościelna wiosna według Rysia

Tę książkę czytałem dość długo, ale niewątpliwie była warta czasu poświęconego na przegryzienie się przez nią. Bp Grzegorz Ryś ponownie nie zawiódł, a zaciekawił, ubogacił i podsunął nowe pomysły – nie tyle może dla mnie jako mnie samego, ale tego, gdzie, jak i w jaką stronę Kościół powinien zmierzać szczególnie właśnie dzisiaj. 
Kościelna wiosna niedroga, poręczna, fajna książka – w moim wypadku – na drogę. Wiosna – jak mówi sam autor – dlatego, że Kościół się odmładza, zaczyna rozumieć i doceniać rolę świeckich w swojej wspólnocie. 
Nie będę się zbyt dużo rozpisywał – po prostu warto po nią sięgnąć. Biskup Grzegorz, który mówi, że nie umie mówić rekolekcji inaczej, niż tylko komentując Pismo Święte – szkoda, że wielu innych koniecznie w ramach kazań (bo trudno to nazwać homiliami) za wszelką cenę mówi o wszystkim, tylko nie o tym. Że to nie wiara jest złożona, a ludzie prości – ale wiara prosta a ludzie pokręceni. O koniecznym poczuciu więzi – nie tylko ze swoją grupką, parafią, ale i z całym Kościołem. O potrzebie tworzenia małych wspólnot w poszczególnych parafiach, żeby ludzie się odnajdywali w nich, a nie w wielkich anonimowych parafiach. O tym, że we wspólnotach trzeba partycypować – a nie je organizować. O tym, że w życiu właściwie chodzi tylko o to, aby stanąć wobec Boga, który mówi, i znaleźć odpowiedź na Słowo od niego otrzymane. O tym, jak odkrywać Komunię Świętą pod dwiema postaciami. O tym, że świeccy powinni brać czynny udział w liturgii, a nie brać udział w teatrze jednego aktora – kapłana. O poszukiwaniu znaków najuboższych – na wzór Jezusa, który zamknął się dla nas w kawałku chleba. O tym, że w Kościele nie można ludzi „obsługiwać”. O pokusie oglądania owoców swojej pracy od razu, tu, zaraz. 
I pewnie o bardzo wielu innych rzeczach – o których każdy musi przekonać się sam, jeśli chce, i po prostu książkę przeczytać.  
>>>
Wyników nie mam, czekam. 

Niewidzialne światło

Skończyłem właśnie czytać, pierwszą od dłuższego czasu, religijną książkę – wywiad-rzekę Jarosława Gowina i Doroty Zańko z śp. abp. Józefem Życińskim pt. „Niewidzialne światło” (co ciekawe, wg informacji wydawcy, książka niedostępna). Dziwi, ponieważ na okładce jest data wydania 2011, jednakże z treści wynika jednoznacznie, że rozmowy prowadzone były dużo wcześniej, za pontyfikatu jeszcze (dzisiaj już błogosławionego) Jana Pawła II. Można się doliczyć – pewnie 2003 rok. Książka momentami dłużąca się – cóż, w końcu rozmówcy to filozofowie – ale w której znalazłem kilka, fakt – długich – ale naprawdę ciekawych myśli, którymi niniejszym się podzielę.
W Kościele zawsze były różnice. Jedni w Bogu widzieli Boga grozy, a w religii mysterium tremendum, drudzy szukali Boga miłości, a religia była dla nich mysterium fascinosum. Dopóki są to podejścia komplementarne, takich różnice nie trzeba się obawiać. Natomiast kiedy jakaś grupa zaczyna twierdzić, że jedynymi prawdziwymi katolikami są tropiciele liberałów i masonów, oraz uważa, że ma monopol na katolicyzm i nie musi zważać na głos biskupów, to sytuacja staje się wysoce niepokojąca. (…) W epoce PRL ten świat był względnie uporządkowany, ci, którzy bronili uczciwości i przeciwstawiali się indoktrynacji, przemawiali mniej więcej takim samym językiem. Ale w sytuacji pluralizmu niektórzy gubią swoją tożsamość chrześcijańską i nadrabiają to krzykiem. Zaczynają się domagać, by Kościół „mówił jednym głosem”. Mówienie jednym głosem szczególnie lubią kaprale i przedszkolanki; efektem tego może być albo militaryzacja społeczeństwa, albo jego zdziecinnienie. Natomiast w Kościele zawsze była wielość. To ona stanowiła bogactwo, dzięki któremu mógł się rozwijać: byłą duchowość dominikańska, karmelitańska czy franciszkańska, były odmienne tradycje uniwersyteckie, byli św. Tomasz i św. Bonawentura oraz ich odmienne drogi filozoficzne. Ci, którzy bezmyślnie chcą niszczyć to bogactwo Kościoła, sugerując przyjęcie jedynego słusznego modelu chrześcijaństwa, ulegają raczej ideologicznym wpływom PRLu, tak różnym od Ewangelii.
Czy w kategoriach pragmatycznych Chrystus Pan miał wielkie osiągnięcia? Swoich współczesnych nie nawrócił. Podzielili się na zwalczające Go partie. W Wielki Piątek nie było ich na Golgocie, zgromadzili się tam ci, którzy chcieli sobie pokpić albo pogapić się. 
Na początku fascynował mnie Chrystus z Taboru – Chrystus wielkich uniesień, których świadectwa odnajdywałem w tekstach mistyków, Chrystus z Kazania na górze. Natomiast gdybym mia teraz wybrać jakąś scenę, w której postawa Chrystusa przemawia do mnie najmocniej, to była by to scena Ogrójca. Bo kiedy Go pojmano i poprowadzono, wszystko zaczęło się toczyć niezależnie od Niego, bieg wydarzeń został Mu narzucony. Wystarczyło zachować osiągalne minimum spokoju i poddać się logice oprawców. Natomiast Ogrójec z tym straszliwym napięciem, krwawym potem, oczekiwaniem na to, co ma nadejść, był miejsce Jego najważniejszej decyzji: „Niech się spełni wola Twoja, ale jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich”. Ten Chrystus z Ogrójca jest mi po latach najbliższy…
Najważniejsze zdanie, do którego powracam zawsze w trudnych doświadczeniach życiowych, pochodzi z Ewangelii Łukasz (4, 30). To zdanie zamykające opis zdarzenia w nazaretańskiej synagodze, gdzie Chrystus powiedział słuchającym Go ludziom, że to On jest zapowiedzianym Mesjaszem, na którym spełniają się słowa Izajasza, a oni wywlekli Go za miasto i chcieli strącić w przepaść. Łukasz komentuje to lakonicznie: „On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Trzeba umieć „przechodzić pośród” i oddalać się z miejsc, w których rządzi logika agresji. Jeśli możliwa jest konstruktywna rozmowa, należy zostać i podjąć ją. W przeciwnym razie lepiej odejść.

Nie sztuka jest mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją mieć. Wokół Chrystusa wielokrotnie rozgrywały się wydarzenia, w których, po ludzku rzecz biorąc, powinien był dowodzić swojej racji. Nie robił tego. 

Pisać na piasku, wiedząc, że słowa zaraz zatrze wiatr, to też naśladowanie Chrystusa. My chcielibyśmy każde nasze słowo wykuć w spiżu i utrwalić dla przyszłych pokoleń. 
Długą tradycję ma u nas model „katolika Zagłoby”, w którego wierze głębokie było jedynie przekonanie, iż „wśród wszystkich nacji naszą sobie szczególnie Pan Bóg umiłował”. Według znanej opinii Lechonia, w modelu tym brak ducha modlitwy szedł w parze z niechlujstwem duchowym, a wiara religijna ponadczasowego Zagłoby „ograniczała się do tego, że ‚lubił zjeść święcone’, węszył (…) wszędzie niewiarę, masonerię, żydostwo, miał wciąż na ustach Boga i Kościół”. Zagłoba w wersji Sienkiewiczowskiej miał przynajmniej poczucie humoru. Iluż my natomiast mamy współczesnych Zagłobów, którzy rezerwują dla siebie funkcje jedynych obrońców wiary i demonstrują agresję wobec reszty świata. 
Jakkolwiek potoczyłyby się losy XXI wieku, jakiekolwiek zaszłyby zmiany cywilizacyjne, nie wolno nam gorszyć się światem ani potępiać go. Uczestnicząc w Chrystusowym dziele zbawczym, mamy przynosić ze sobą powiew innej rzeczywistości, która w tym często nieludzkim świecie będzie jak żywe róże na tle betonowego miasta. Bez Boga róże nie zakwitają. Po to, byśmy mogli prowadzić długie rozmowy, szukać ideałów rozwoju osobowości, pytać, w imię czego należy być uczciwym i jaki jest najgłębszy sens cierpienia, potrzeba nam odniesienia do tego fundamentu, jakim jest Bóg, do tego najbardziej konkretnego przykładu, jaki ukazuje Jezus Chrystus w swoim cierpieniu i zmartwychwstaniu, jawiąc się w mrokach naszego życia jak niewidzialne światło – ukryte, ale obecne i dające nadzieję na ujrzenie rzeczy w ich właściwych wymiarach. 
Kiedy myślę o Hipponie czasów św. Augustyna, o jego oddziaływaniu na północną Afrykę, którą potem zalał islam, stawiam sobie pytanie: w którym momencie katolicy zaniedbali współpracę z łaską Ducha Świętego, tak, że pewne terytoria znalazły się poza wpływem chrześcijaństwa? Takie fakty przypominają nam o naszej odpowiedzialności. Nie można składać wszystkiego na oddziaływanie Ducha Świętego. Nie można akceptować eklezjologii kwietystycznej, która zapomina, że człowiek jest twórczym współpracownikiem Pana Boga w dziele zbawienia. Ale z drugiej strony, jeszcze bardziej przeraża mnie eklezjologia samozwańczych obrońców Kościoła, którzy utwierdzają się nawzajem w przeświadczeniu, że tylko oni są prawdziwymi katolikami, że reszta świata ich nie rozumie, że trzeba wreszcie zrobić porządek w Kościele, usuwając z niego ukrytych wrogów… W ten sposób zawsze pojawiały się sekty. Dzisiaj mentalność ta pobrzmiewa między innymi w Radiu Maryja. 

Na pewno nie wolno zła tolerować, tłumacząc się chęcią uniknięcia zgorszenia czy jakimkolwiek innym szlachetnym celem. Cel nie uświęca środków. Pierwotne chrześcijaństwo potrafiło zdobyć się na poinformowanie potomnych o szokującym fakcie zdrady Judasza. Na kartach ewangelii nie przemilczano zaparcia się Szymona Piotra. Z drugiej strony, nie prowadzono wtedy szczegółowych analiz, w jakich ratach wypłacano Judaszowi srebrniki ani jakie były ukryte motywy słabości u św. Piotra. Mamy tu więc jasne świadectwo prawdy, odwagę w podejmowaniu odpowiedzialności za Kościół, ale również świadomość, że nie da się do końca zwerbalizować tajemnicy zła w jego łonie.

Jeśli już dochodzi do takich [skandale pedofilskie w Kościele] sytuacji w Kościele, reakcja może być tylko jedna. Chrystus wyraził ją słowami” „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Prawda, która ostatecznie uosobiona jest w Chrystusie, musi być w takich przypadkach wartością podstawową. Jeśli nie reaguje się na zło, jest to formą współuczestniczenia w nim. Natomiast pytanie, jak świadectwo prawdzie łączyć zarówno z roztropnością, jak i z miłością bliźniego, jest przykładem kwadratury koła, której w życiu nie rozwiąże się na poziomie ogólnym. W każdym indywidualnym przypadku trzeba w sposób niepowtarzalny konstruować triadę: prawda – roztropność – miłość.
To tylko kilka, wybranych przeze mnie fragmentów. Wielka wiara autora, podparta także ogromną wiedzą i doświadczeniem wybrzmiewa w bardzo wielu miejscach tej książki. Do której przeczytania zachęcam. 

Proste jest prawdziwe, a prawdziwe jest proste

W weekend skończyłem czytać kolejną rozmowę, wywiad-rzekę Petera Seewalda z Benedyktem XVI pt. Światłość świata. Na marginesie tego, że bardzo lubię tę formę książek, była to lektura mocno odkrywcza. Przybliża ona bardzo postać papieża, który nie waha się mówić w sposób bardzo przystępny i zrozumiały dla ludzi zwykłych o sprawach bardzo ważnych, kluczowych, a często gęsto rozmazywanych publicznie i zafałszowywanych. Mówi dla ludzi – mimo że sam jest wybitnym teologiem, naukowcem, do tego nierzadko posądzanym o zbytni rygoryzm (szczególnie w kontekście wieloletniej pracy na czele Kongregacji Doktryny Wiary).

Myślę, że im bardziej ktoś ma problemy ze zrozumieniem czegokolwiek w sprawach wiary, Kościoła, katolicyzmu – tym bardziej powinien po tę lekturę sięgnąć. Myśli o życiu, o świecie, o Kościele dzisiaj, o homosekualiźmie, kapłaństwie kobiet. Tradycyjnie – kilka najlepszych moim skromnym zdaniem myśli.
Wiedza jest władzą. To znaczy, że gdy coś poznam, to mogę też tym dysponować. Wiedza przyniosła ze sobą władzę, ale w taki sposób, że możemy teraz własną mocą zniszczyć ten świat, który – jak nam się wydaje – całkowicie poznaliśmy. Staje się jasne, że w dotychczasowym rozumieniu pojęcia postępu jako połączenia wiedzy i władzy brakuje istotnego elementu, a mianowicie aspektu dobra. Oto jest pytanie: czym jest dokładnie dobro? Dokąd wiedza ma prowadzić władzę? Czy chodzi tylko o to, aby móc nad czymś panować, czy też trzeba postawić pytanie o wewnętrzne kryteria, o to, co jest dobre dla ludzi, co jest dobre dla świata? Właśnie to, jak myślę, nie dokonało się w wystarczającej mierze. Przez to w dużym stopniu w gruncie rzeczy zaniedbany został aspekt etyczny, rozumiany również jako odpowiedzialność przed Stwórcą. Gdy bowiem władza jest napędzana tylko wiedzą, ten rodzaj postępu staje się rzeczywiście niszczycielski. 
Powszechnie wiadomo, że pojęcie prawdy stało się podejrzane. Oczywiście jest faktem, że zbyt często było ono nadużywane. W imię prawdy dochodziło do nietolerancji i okrucieństwa. Stąd też obawy, gdy ktoś mówi: to jest prawda, albo nawet: ja mam prawdę. Nigdy jej nie mamy, najwyżej ona ma nas. Nikt nie zaprzeczy, że z pretensjami do prawdy należy być ostrożnym i przezornym. 
Musimy mieć odwagę, aby powiedzieć: Tak, człowiek musi szukać prawdy; jest do tego zdolny. Oczywiście, prawda potrzebuje kryteriów, które mogłyby ją zweryfikować i sfalsyfikować. Musi także iść w parze z tolerancją. Prawda wskazuje nam jednak na stałe wartości, które ludzkość uczyniły wielką. Dlatego trzeba na nowo uczyć się pokory i w niej się ćwiczyć, aby uznać prawdę i pozwolić, aby ona była normatywna. 
Istnieją ustalone normy myślenia, które mają być narzucone wszystkim. Są one ogłaszane w tak zwanej negatywnej tolerancji. 
Ciągle na nowo ukazuje się w człowieku Boża obecność. To jest to zmaganie, które przenika całą historię. Jak powiedział św. Augustyn: Historia świata jest walką pomiędzy dwoma rodzajami miłości: miłości do siebie samego – aż do zniszczenia świata; i miłością do innych – aż do rezygnacji z siebie samego. Ta zawsze widoczna walka trwa także w naszych czasach. 
Widać, że człowiek dąży do nieskończonej szczęśliwości, chciałby osiągnąć przyjemność aż do ostatnich granic, chciałby posiąść to, co nieskończone. Tam jednak, gdzie nie ma Boga, nigdy mu się to nie uda. Dlatego musi on sobie sam stwarzać to, co nieprawdziwe, tworzyć fałszywy absolut. 
Nie każdy pontyfikat musi mieć całkiem nową misję. Teraz chodzi o kontynuację i uchwycenie dramaturgii czasu; w nim należy trzymać się mocno Słowa Bożego jako decydującej instancji i równocześnie nadać chrześcijaństwu prostotę i głębię, bez których nie może ono działać.
Rzeczywiście żyjemy w epoce, w której konieczna jest nowa ewangelizacja; w której Ewangelia powinna być głoszona w swojej wielkości, ciągle aktualnej racjonalności, a zarazem głoszenie to winno mieć moc przekraczającą to, co racjonalne, aby docierać w nasze myślenie i rozumienie.
Trzeba oczywiście zawsze pytać o to, co – nawet jeśli uważane było za przynależące do istoty chrześcijaństwa – stanowiło jedynie wyraz pewnej epoki. Czym jest zatem to, co rzeczywiście istotne? To znaczy,  że musimy powracać ciągle na nowo do Ewangelii i do przekazu wiary, aby zobaczyć, po pierwsze, co do niego należy? Po drugie, co w uprawniony sposób zmienia się wraz z upływem czasu? Po trzecie: co do przekazu wiary nie należy? Zasadniczym problemem jest ostatecznie zawsze umiejętność właściwego rozróżniania. 
Sformułowanie Jana Pawła II jest bardzo istotne: Kościół nie ma „żadnej władzy”, aby wyświęcać kobiety. My nie mówimy, że nie chcemy, ale że nie możemy. Pan nadał Kościołowi postać dwunastu apostołów, a ich następcami stali się później biskupi i prezbiterzy. To nie my nadaliśmy Kościołowi tę postać, została ona przez Niego ukonstytuowana. Podporządkować się temu jest aktem posłuszeństwa, szczególnie trudnego w dzisiejszej sytuacji. Ale właśnie to jest ważne, że Kościół pokazuje: Nie jesteśmy jakimś samowolnym reżimem. Nie możemy robić tego, co chcemy. Szukamy woli Pana dla nas i jej się trzymamy, nawet jeśli to w tej kulturze i tej cywilizacji jest mozolne i trudne. 
Jedną rzeczą jest to, że są oni [homoseksualiści] ludźmi z ich problemami i radościami i że jako ludzie, nawet jeśli noszą w sobie takie skłonności, zasługują na szacunek i nie mogą być z tego powodu dyskryminowani. Szacunek dla człowieka jest czymś absolutnie podstawowym i rozstrzygającym. Czymś innym jest jednak wewnętrzny sens seksualności. Można by powiedzieć, jeśli ktoś tak chce wyrazić, że ewolucja wyłoniła płciowość w celu reprodukcji gatunku. Tak widzi to również teologia. Sensem seksualności jest zbliżenie mężczyzny i kobiety, a przez to dawanie ludzkości potomstwa, dzieci, przyszłości. To jest wewnętrzna determinacja, która jest zawarta w istocie seksualności. Wszystko inne jest sprzeczne z jej wewnętrznym sensem. Tego musimy się trzymać, także wtedy, gdy w naszych czasach się to nie podoba. 
Nie jestem z zasady przeciwko komunii na rękę, sam tak jej udzielałem i tak ją przyjmowałem. Przez to, że teraz proszę o przyjmowanie komunii na kolanach i udzielam jej do ust, chciałem podkreślić cześć należną realnej obecności Chrystusa w Eucharystii. (…) W tej atmosferze, którą – jak się uważa – tworzy także przyjęcie komunii, łatwo pomyśleć: wszyscy przesuwają się do przodu, to i ja pójdę. Chcę mocno zaakcentować, że powinno być oczywiste: tu dzieje się coś szczególnego! Tutaj jest obecny Ten, przed którym pada się na kolana. Uważajcie na to! To nie tylko społeczny ryt, w którym moglibyśmy wszyscy uczestniczyć bądź też powstrzymać się od uczestnictwa. 
Idziemy coraz bardziej w kierunku chrześcijaństwa z wyboru, zdecydowanego. Od niego zależy bowiem, w jakim stopniu ogólne oddziaływanie chrześcijaństwa będzie skuteczne. Powiedziałbym, że dzisiaj trzeba z jednej strony wzmacniać, ożywiać i rozszerzać to zdecydowane chrześcijaństwo, aby więcej ludzi wyznawało świadomie swoją wiarę i żyło nią.  Z drugiej strony musimy uznać, że chociaż jako chrześcijanie nie jesteśmy po prostu czymś tożsamym z kulturą czy narodem jako takimi, to jednak mamy siłę, aby tworzyć i kształtować kulturowe i narodowe wartości, które są przyjmowane także wtedy, gdy większość społeczeństwa nie jest wierzącymi chrześcijanami. 
– Czy papież wierzy ciągle w to samo, w co wierzył, będąc dzieckiem?
– Odpowiedziałbym tak samo. Ująłbym to tak: proste jest prawdziwe – a prawdziwe jest proste. Nasza trudność polega na tym, że stojąc przed wielkim drzewem, nie zauważamy już lasu; że wobec tak wielkiej wiedzy nie znajdujemy już mądrości. 
Tylko dopóty zafascynowani jesteśmy poszczególnymi odkryciami, mówimy: nie ma nic więcej; wiemy już wszystko. Jednak w momencie, w którym rozpoznajemy niesłychaną wielkość całości, wzrok podąża dalej i pojawia się pytanie o Boga, od którego wszystko pochodzi.

Pełne zanurzenie

Obiecywałem ostatnio, więc wklejam – moim skromnym zdaniem najlepsze myśli z książki Marcina Jakimowicza (z załogi GN) Pełne zanurzenie. O czym jest ta książka? O Bogu, na pewno. Ale przede wszystkim o człowieku, o którego ten Bóg walczy – a głupi człowiek się broni, ucieka czy za wszelką cenę próbuje pokazać, że da sobie radę sam (podczas gdy nie da). Bardzo prawdziwa – trudne i bolesne słowa o naszej ludzkiej małości, ale przedstawione w zestawieniu z nadzieją, która nie zna końca, przyniesioną przez Jezusa. 
Czasem trzeba czasu ciemności, by dostrzec, jak ogromnie brakuje nam światła. Sytuacje, które przeklinamy, okazują się zbawienne. Jezus odkupił nas w najbardziej przeklętej sytuacji, jaka mogła Go spotkać. Gdyby nie niewola Babilonu, Izraelici nie zatęskniliby za Bogiem.
Czy Bóg wyrwała Szadraka, Meszaka i Abed-Nego z tej przeklętej sytuacji przenosząc ich w bezpieczne miejsce lub gasząc rozpalony ogień? Nie. On do nich zstąpił. Bóg nie wyrwie cię z cierpienia. On do niego zejdzie. Będzie tam z tobą. Towarzyszyć ci będzie powiew Jego wiatru.
Modląc się do Niego, wołamy: „W pracy Tyś ochłodą, w skwarze żywą wodą, w płaczu utuleniem”. W płaczu, w skwarze, w pracy. Nie po płaczu, po skwarze. On jest „w”. Bóg zstępuje do przeklętych sytuacji naszego życia i przemienia je. 
Kto tu walczy. Ja czy Bóg? Dlaczego każda modlitwa tak wiele ostatnio mnie kosztuje? Bo biorę jej ciężar na siebie. Tymczasem Bóg zaprasza: złóż swój ciężar na Mnie. Oddaj mi swój czas. Usiądź, odetchnij, zaufaj. To nie ty jesteś zbawicielem swojej rodziny. Oddaj mi swoje problemy. Otwórz bramy! Ja wejdę.
Już dawno zrozumiałem, że to, co po ludzku rzecz biorąc jest mocne, imponujące, fascynujące, wcale nie musi być takim dla Boga – mówi Adam Szewczyk. – Im bardziej jesteśmy przekonani, że Boga w czymś nie ma, tym bardziej prawdopodobne, że On tam jest. Patrz: nędzna stajenka, krzyż hańby.
W słynnym traktacie „Noc ciemna” Jan od Krzyża pisze: „Bóg jest podobny do ognia, do którego wrzuca się drewno. Jeśli drewno było mokre, pod wpływem ognia staje się czarne, ciemne i brzydkie, oraz wydziela swąd. W miarę jednak osuszania ogień  coraz bardziej je ogarnia płomieniem i usuwa zeń wszystkie ciemne i brzydkie przypadłości, które są jego przeciwieństwem. W końcu, ogarnąwszy je od zewnątrz, rozpala je, zamienia w siebie, czyni je tak pięknym, jak on sam.
Pogarda jest początkiem klęski.
W modlitwie nie chodzi o modlitwę – przekonywał Abraham Joshua Heschel. – W modlitwie chodzi o Boga.

Nie potrafimy przyjąć bezinteresownej Bożej miłości. Kombinujemy, oczekujemy od Boga jakieś formy zemsty. Niemożliwe, by nie wracał do naszych grzechów. Mój przyjaciel jest facetem „po przejściach”. Kilka lat temu spotkał Boga i Jego uzdrawiającą miłość. Zobaczył wyraźnie, że jego grzechy zostały przebaczone. (…) Dlaczego Bóg tak często uzdrawiał trędowatych? Bo nieustannie rozdrapywali swoje rany.
Ciarki przechodzą mi po całym ciele, czuję dziwnie znajome ciepło. Nie mam wątpliwości – Bóg do mnie przemówił. Święta bezczelność. Sam Jezus mówi do setnika: Przyjdę i uzdrowię twojego sługę, a on odmawia, wzbrania się: Panie, wystarczy Twoje słowo. Ono ma moc uzdrowienia.
Nawet jeśli zamiary nieprzyjaciół są zdradliwe, Bóg posłuży się nimi, by nas oczyścić. (…) Bóg na naszej drodze zbawienia może posłużyć się nawet złem. W samym centrum ogrodu Eden umieścił drzewo, na którym siedział… wąż. Demon w sercu raju? Czy Pan Bóg się pomylił?
Spójrz w niebo, jak małe dziecko wznieś ręce do góry i krzyknij: Jezu, ufam Tobie! Przyjdzie tak samo, jak odszedł. Będzie miał wzniesione ręce. Do błogosławieństwa, nie do uderzania. Wzniósł je już raz na krzyżu, gdy przyciągnął ziemię do nieba. Teraz każdy, kto wznosi ręce, naśladuje ten najważniejszy gest świata. Błogosławieństwo. 
Biegamy, szukamy, napinamy mięśnie, pożeramy duchowe książki. A skarb jest na naszym polu. Zakopany pod grubą warstwą brudnej ziemi. Niektórzy z nas, przeorani cierpieniem, już rozpoznają pod bruzdami jego kształty.

Błogosławiona samotność pozwalająca zbliżyć się do Boga. Słowo określające Stwórcę jako Jednego (Ehad) można przetłumaczyć też jako „Sam”, „Samotny”. To Bóg, który opuszczony krzyczy na krzyżu: „Pragnę”; Stwórca, który staje na rozstajach dróg i bezradnie woła: Tutaj jestem, Izraelu, tutaj jestem.
Żyjemy w kulcie produktywności. Chcemy być Wincentymi Pstrowskimi Kościoła. A może spróbujmy potracić dla Boga czas? Poświęcać go – konsekrować.
Wieczność czeka. Tuż za progiem. Czekamy na nią, jak na coś bardzo, bardzo odległego. Zrywamy setki kartek z kalendarza. Tymczasem św. Tereska z Lisieux woła: „Każda chwila to wieczność. Czas jest tylko złudzeniem, snem. Bóg widzi nas już w chwale i cieszy się z naszej wiecznej szczęśliwości”. Teraz jest chwila naszego zbawienia. Nie jutro, za tysiące lat. Teraz. 
Jeśli zejdziesz z Jego ścieżek, to sam odwrócisz się do Niego plecami. A odwracając się tyłem do słońca, skupisz się na swoim długim, szarym cieniu. Pan nigdy nie przestanie być Bogiem, ale może przestać być „Bogiem dla ciebie”. Jeśli przegra konkurencję z telewizją, pracą, rozrywkami. Nawet oderwana od Niego pobożność i religijność może odsunąć Go w cień.
To nie był rachunek sumienia, ale rozpędzający się ciąg samooskarżania się. Siedziałem wypełniony goryczą, zamknięty w sobie, rozżalony, zły. I w tym wszystkim kompletny brak akceptacji swojego życia. Pułapka, na którą wpadam nieustannie. I wtedy przyszło delikatne światło. Poczułem, że Maryja szepcze mi do ucha: te oskarżenia nie pochodzą ode mnie. Nie katuj się nimi. Wejdź w modlitwę. 
Chrześcijanin to człowiek, który stoi w wyłomie muru. Jedną nogą w świętym mieście Jeruzalem, drugą na zewnątrz, w zanurzonym w grzechu świecie. Jedna decyzja, jeden mały kroczek. Albo się modlę, albo się podlę. 
Albo męka Jezusa jest prawdą o mnie o mogę to udowodnić, albo niewiele mam wspólnego z tym przedsiębiorstwem z krzyżem na dachu. I chodzę na Msze jak do sklepu. Wypełniam obowiązki jak w urzędzie. Jestem lojalny. 
Krzyż jest prawdą o mnie, o moich grzechach. Skoro Bóg wybaczył mi zdradę, to jak mógłbym milczeć?
Bez dotknięcia Ducha i zanurzenia w wody chrztu, Biblia jest dla nas „Mitologią” Parandowskiego. Czytamy, ale nie rozumiemy. Cóż z tego, że widzimy przed sobą drogę, skro jest Ona pusta? Nie widzimy na niej Jezusa, błądzimy w niezrozumiałych biblijnych cytatach, korytarzach ksiąg i proroctw. Nie widzimy Tego, który sam o sobie powiedział: „Jestem drogą”.
Rozumiem, Jezus dotknął i uzdrowił, ale dlaczego kazał wziąć ze sobą łoże? Czy wszyscy wokół muszą znać moją grzeszną, chorobliwą przeszłość? Po co? Na świadectwo. Ks. Jerzy Szymik opowiadał: Przypominam sobie jedną z ważniejszych spowiedzi mojego życia. Miała miejsce w kaplicy KULowskiego konwiktu. Spowiednik mówi: Pan Bóg ci przebaczył, zostaw już to wszystko. Nie zostawiaj tego tylko pod jednym względem: zapamiętaj doskonale te doświadczenia, ponieważ już za chwilę przyjdą do ciebie ludzie z tym samym typem trudnego doświadczenia. Być może Pan Bóg przeprowadził cię przez nie po to, byś mógł służyć wiedzą innym. Weź łoże. Na świadectwo, że Bóg uzdrawia.
Zmartwychwstały pan młody nie wypomina zbrodniarzom dramatu, lecz ponownie… zaprasza ich na wesele. Jaka jest Jego wizja nieba? „Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”. Pokora Boga zapiera dech w piersiach. Czy przy takim Panu Młodym można nie świętować?
Pan działa „pięć pod dwunastej”. Gdy już zawiodą absolutnie wszystkie ludzkie powiązania, znajomości. Wiele razy doświadczyłem tego na własnej skórze. Działał, gdy już zniechęcony machnąłem ręką. Wtedy wiedziałem, że to Jego ręka. Nie mogłem niczego przypisać sobie.
Ile razy już upadałem przez ten sam grzech? Ile razy znów dałem się nabrać? Chorowałem na „swoją chorobę”. Historia uczy nas tego, że niczego nas nie nauczyła – kręcą głową sceptycy. Mają sporo racji.
Brać węże do ręki to łapać szatana na gorącym uczynku. Laska, którą Mojżesz dokonał cudów, zamieniła się w węża. Pan rozkazał: chwyć go! I jadowity gad powtórnie stał się punktem oparcia. Ileż to osób wyprowadza innych z grzechów, w których wcześniej sami tonęli! Bernard Natanson, zanim stał się obrońcą życia, zabił tysiące nienarodzonych. Złap węża. Uderzysz nim w skałę. Wytryśnie woda. 
Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. 
„Kiedyś to było dobrze. Jezus przechodził, uzdrawiał” – marudzimy. Jezus nie wszedł do domu urzędnika. Uzdrowił jego syna „na odległość”, dotknął go słowem. Dlaczego narzekasz? Przecież słyszałeś w niedzielę Ewangelię. Uwierzyłeś Bogu na słowo? Wracaj, syn twój żyje. 
Skandal. Bóg schodzi z tronu, by na kolanach umyć stopy tym, którzy za kilkanaście godzin uciekną, zaprą się Go, stchórzą. Aniołowie zasłaniali skrzydłami swe oczy przed Jego pokorą. Bo On nieustannie chce im służyć.

Co zrobił Jezus cudownie rozmnażając chleb? Wzniósł oczy do nieba i zaczął błogosławić. Co u ciebie? Stara bieda. Wciąż źle ci się wiedzie? Ciągle spuszczasz wzrok na ziemię i przeklinasz?
„Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr, który złożył takie wyznanie, niedługo potem krzyknął: nie znam tego człowieka. To ciekawe. Nie widział już wtedy w Jezusie „Mesjasza, Syna Bożego”, ale nawet zwykłego człowieka. Upadł bardzo nisko. Ale jest skałą. Pan buduje świątynię, zbierając odrzucone kamienie. 
Przynosili chorych pod sam koniec dnia, gdy było ciemno. Gdy lekarze bezradnie rozkładali ręce. „Pięć po dwunastej”, gdy człowiek nie potrafił już niczego zmienić. Zaszło słońce, pojawił się Bóg. Wielu moich znajomych sporo straciło: zdrowie, rodzinę, pieniądze. Znaleźli Boga. Za nic nie oddadzą tej perły. Pan położył na ich głowach rękę i uzdrowił ich. Późnym wieczorem.
Wolałbym sam umrzeć, niż widzieć śmierć syna. Domyślam się, co czuł samotny Bóg widząc agonię Golgoty i rozpiętego między niebem a ziemią niewinnego Baranka. Od dwóch tysięcy lat żyjemy w czasach ostatecznych. Bóg przyszedł na świat. Ale nie spodobał się ludziom. Zabili go, wyrzucając poza miasto. Powróci. 
Działacz katolicki – reaguję na te słowa alergicznie. Pasują do najemników, nie synów. Całe życie będę zapracowywać na Bożą miłość, żonglować zasługami, w końcu domagać się nagrody. A synowie siądą na kolanach Ojca. Początkowo nie będą mieli śmiałości, ale zaprowadzi ich tam ogromna tęsknota. Jaką świętą bezczelność miała Mała Tereska, która chciała stanąć przed Bogiem z pustymi rękami!
Łatwo jest pisać o śmierci. Trudniej umierać z dnia na dzień. Bóg daje mi niesłychaną obietnicę: otworzy mój grób i krzyknie: Wstawaj. Już teraz woła: wyjdź na zewnątrz! Ale ja bronię się: Po co? Czy wszyscy muszą widzieć, że jestem martwy? Że nie ma we mnie wiary?
Scenariusz każdego grzechu. Szept: Spróbuj, na pewno nie umrzesz! Widzę, że zakazane drzewo „jest rozkoszą dla oczu”. Zrywam owoc. Dostrzegam swoją nagość, a w tym samym czasie Bóg przechadza się po ogrodzie, w porze powiewu wiatru (Ruah). Jest pełen błogosławieństwa. Ja nie mogę złapać tego wiatru w żagle, otworzyć się na łaskę, bo ukrywam się w zaroślach i odwracam twarz. Znów dałem się nabrać.

 Zachęcam do poczytania :)

Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty. Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

W weekend połknąłem (bo książka dość niewielka i lekko się czyta) Tajemnice zakonu – rozmowę o. Leona Knabita OSB z Arturem Sporniakiem. Jest to fascynująca opowieść, w formie jakby wywiadu-rzeki, podzielonego na odrębne zagadnienia, o życiu w zakonnych murach. O. Leon Knabit przedstawia w niej świat zamknięty dla zwykłego człowieka – ale ukazuje w nim prawdy, które są uniwersalne dla każdego – mnicha, księdza czy świeckiego. Książka, miejscami poważna, miejscami pełna humoru i ciepła, dotyka takich zagadnień jak powołanie, przyczyny wstąpienia do klasztoru i kwestie życia w odosobnieniu; jest mowa o pokorze, modlitwie, pracy – ale także materiach może bardziej związanych z zakonem, jak posłuszeństwo, ubóstwo, post. Odpowiada on także na pytania o to, czym różnią się współczesne zakony od dawnych, w jaki sposób nowoczesność przeniknęła do zakonów, zmieniając nieco ich charakter. Całość pozwala też zorientować się co nieco w duchowości benedyktyńskiej, zrozumieć jak jej założenia mogą i dzisiaj być realizowane. 
Najfajniejsze kilka myśli:
Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty.

Trzeba odnaleźć się w tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć własną barwę. 

Prawdziwa duchowość nie polega na odwróceniu się od świata i od człowieka. Owszem, trzeba rozróżniać między światem złej woli ludzkiej – którym nie powinniśmy mimo wszystko gardzić, tylko zastanawiać się, co można zrobić, żeby był lepszy – a światem stworzenia Bożego, który jest wspaniały.

Czy ktoś kiedyś pomodlił się za rozbierającą się striptizerkę? Mężczyźni albo się niezdrowo podniecają, albo z odrazą mówią „ździra”. 

Trzeba przyjmować człowieka takim, jaki jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co. 

Chodzi o to, żeby patrzeć na świat z miłością. Nienawidzić grzechu, a miłować braci. 

Większość chrześcijan narzeka. A ja wolę pokazywać. Mówię: „Popatrzcie, jest dużo wspaniałych rzeczy na świecie!!’. W  życiu chrześcijanina, wśród osób świeckich i zakonnych, kładzie się często większy nacisk na tajemnice bolesne. A przecież mamy i radosne, i chwalebne, i tajemnice światła!

Zapytajmy, jak przedstawić świętość, aby była atrakcyjna? Trzeba zrezygnować z takiej sztucznej, naiwnej idealizacji: „Już jako niemowlę w piątki nie ssał piersi”. Najpierw powinniśmy wykonywać dobrze swoje zwyczajne ludzkie rzemiosło. Ale samo rzemiosło nie wystarcza. Trzeba tak żyć, aby być tego życia artystą. Świętość to prawdziwa sztuka życia.

Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa. 

Początkiem miłości jest bojaźń Bożą – przynajmniej się lękaj. Ta przestroga jest dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić. 

Słońce świeci, ale dla każdego z nas pod odrobinę innym kątem. Dlatego posłuszeństwo ma różne odcienie – nie chodzi o sztampę. 

– Czym jest fałszywa pokora?
– Jedną z jej form jest na pewno nastawienie, by za wszelką cenę żyć ze wszystkimi w zgodzie. Gdyby Pan Jezus żył ze wszystkimi w zgodzie, to nie umarłby na krzyżu. Dogadałby się z faryzeuszami, Herodowi by się ukłonił. Nieraz trzeba być twardym. 

Często myślimy w ten sposób: chodzę do kościoła, żony nie biję, nie zdarzam, nie kradnę, nie upijam się, wobec tego jestem porządnym człowiekiem. A święty powiedziałby: to dopiero początek rzemiosła. 

Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłosiernym okiem Ojca”, który mnie rozumie, pozwala nawet na grzech, by móc przebaczyć. Pismo Święte mówi, że „początkiem mądrości jest bojaźń Boża”, a dopiero potem się wchodzi na szczyty. Z tą „bojaźnią” jednak tak można się zżyć, że w niej pozostaniemy. Stąd bierze się cierpiętnictwo – umiłowanie cierpienia dla niego samego, a także różne stereotypy, np. że jeśli Bóg kocha, to zsyła krzyżyki, itp. Tymczasem cierpienie bez miłości jest całkiem bezsensowne. Przeżywając cierpienie, powinniśmy przede wszystkim modlić się: Panie Boże, daj mi miłość, bo bez miłości ja tego nie zniosę!

Bo na końcu jest miłość. A tam, gdzie miłość, nie ma lęku.

Wmawiają nam niekiedy religijni wegetarianie, nawet niekoniecznie katolicy, że przecież Bóg powiedział: „Nie będziesz zabijał” (Wj 20, 13). Takie tworzenie ideologii świadczy o nieznajomości całego Objawienia, b o już po potopie nowe złożył Bogu ofiarę ze zwierząt (Rdz 8, 20n), a Bóg pozwolił na spożywanie mięsa, byle nie z krwią (Rdz 9, 4). Cały kult Starego Przymierza opierał się w dużej mierze na ofiarach ze zwierząt. Księgi święte podają dokładnie, jak należy je zabijać i składać na ofiarę. W Nowym Testamencie zaś Bóg ukazał św. Piotrowi we śnie „czworonożne zwierzęta domowe i dzikie, płazy i ptaki podniebne” i nakazał „Zabijaj, Piotrze, i jedz!”. Gdy Piotr się wzbraniał, że nie weźmie do ust nieczystego jedzenia, usłyszał: „Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił” (Dz 11, 5-10). Używanie w tej dziedzinie argumentów biblijnych jest nadużyciem. 

Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 

Jest czymś oczywistym, że nie sam habit czyni mnicha. Także w habicie można być łobuzem. A jednocześnie jest wyraźnym znakiem. Habit czy sutanna, a nawet choćby koloratka to weksel, który zawsze musi mieć pokrycie. Mnich nie powinien w świecie ukrywać tego, że jest mnichem. Przecież ma być świadectwem wartości w zlaicyzowanym świecie. O czym więc mówi regularne chowanie swojego prawdziwego (oby!) „ja” pod zasłoną świeckiego ubrania, by się w tej masie, broń Boże, nie wyróżniać, a może nie zdekonspirować?

Jan Paweł II często wzywał świeckich, by nie lękali się świętości. A skoro mają się nie lękać, to zakładał, że jest ona możliwa także w życiu świeckim. Jeśli dzielę swoje serce z żoną, to stajemy się w ten sposób jednym i wtedy jako jedno jesteśmy obrazem miłości Chrystusa do Kościoła. 

Powołanie do takiego czy innego stanu daje Bóg, i każde powołanie ma doprowadzić do świętości. 
>>>
I jeszcze krótki cytat z mojego ulubionego Szymona Hołowni – w kontekście lamentowania nad idiotami, którzy znęcali się i zabili biednego psa. Właściwie, to kontekst o wiele szerszy. Ale tak mi się przypomniało:
Szkoda, że umiejętność kojarzenia tych dwóch okoliczności – kto znęca się nad zwierzętami, nigdy nie zbuduje sensownej relacji z ludźmi, przeciwnie – jest wielka szansa, że po psie pobije żonę, skatuje dziecko, zabije sąsiada. – tak opornie przebija się w społeczeństwie. Nie rozumiejącym, że nie ma co spierać się o to czy zwierzę ma czy nie ma cała duszę, skoro nie-machanie ręką na wszelkie przejawy bestialstwa po prostu nam się opłaca. Tymczasem u nas jedni – przepraszam za słowo – pitolą jakieś smętne zawijasy, że przecież tyle spraw jest ważniejszych, że przecież zwierzę to nie człowiek (powtarzam – człowiek który przestaje być człowiekiem w stosunku do zwierząt, przestaje być człowiekiem w ogóle, bo nie można być trochę „ludzkim”, nieprawdaż, człowiekiem dla babci i dziadka, a sadystą dla sąsiadki czy kotka). Inni jak zwykle uderzają w nutę „wiadomo że będzie dręczyć się zwierzęta w katolickim kraju” (nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale jako katolika i człowieka który prawa zwierząt ma na względzie, bardzo mnie to wkurza). Jeszcze inni będą milczeć, jak sąsiedzi wspominanych młodzieńców z Lipnicy Małej, którzy dziś opowiadają chętnie, jak to owi panowie zawiesili nad potokiem bernardyna i rzucali do niego (na żywca) siekierami. Jak chlali na umór i urządzali sobie gonitwy. Oni nie rozumieją, że mogą być następni. Że ci durnie mogli po pijaku zabić tym autem nie psa, ale czyjeś dziecko. Bohaterscy górale z Lipnicy opowiadają teraz dyrdymały, że się boją. Jak mawiał śp. ks. Tischner – g…no prawda. Kłopot w tym, że bohaterskim góralom nie che się ruszyć tyłków. Bo jakby się cała wieś skrzyknęła, panowie spieprzaliby z pięknej Orawy z prędkością światła, tak że nie zdążyliby wyhamować przed Tczewem (wiadomo, że w Polsce na odsiadkę się czeka, ciekawe jak ta banda zostanie przyjęta w swoich rodzinnych pieleszach).